czwartek, 30 czerwca 2011
Wyrosło mi
Zakwitł mi storczyk, który w zeszłym roku jechał ze mną pksem z Beskidy Niskiego. A potem z Flambergu też coś maleńkiego ze mną jechało w środku. I tak to wyrosło.

wtorek, 28 czerwca 2011
Lekko i letnio
Wreszcie lato, ciepło i spokojnie. Dalej sobie piszę. Jeszcze kawałeczek. A potem się obaczy co to warte. I będzie dłubanie z korektą.
W zeszłą niedzielę mieliśmy chrzest Mikołaja. Było nadspodziewanie fajnie. Nawet moi rodzice (oboje!) byli dość sympatyczni. Szczerze mówiąc nie było tak od kilku lat. Nie robię sobie nadziei na zapas, bo wiem, że to się bez powodu może zmienić z dnia na dzień. Tak czy inaczej, wiem, że moim stylem życia ich rozczarowałam i raczej się z tym nie pogodzą. Ale też zaczynają się przekonywać do młodego. I to jest dobre i pozytywne. Bo to znaczy, że to nie on ma płacić za to, że ja jestem jaka jestem. (-;
Ogólnie chrzest był okazją do przemyślenia sobie kilku rzeczy duchowych. Czy naprawdę chciałam go ochrzcić i dlaczego. No bo nie dlatego że wypada. Ryba mnie, co wypada.
I nie pojmuje takiego nastawienia które prezentowała mama koleżanki Natalki z przedszkola. Powiedziałam jej, że mieliśmy problem z wyborem chrzestnych, bo duża część znajomych i rodziny niewierzących, albo w związkach niesakramentalnych. A ta pani na to: - A to się akurat trzeba przyznawać na spowiedzi z kim się żyje. Nic bym nie powiedziała, żeby karteczka była i żeby chrzest była jak trzeba. ZGROZA. Nie chcę takiego chrztu, nie chce takiego myślenia.
Tak czy inaczej wszystko przemyśleliśmy, przemedytowaliśmy i bardzo tego chrztu chcieliśmy. I daliśmy Mikołajowi bardzo fajnych chrzestnych.
Co nie znaczy, że mnie znowu Kościół ( mój Kościół) nie zirytował. Podczas mszy dzieci łażą tu i tam. Biegają przed ołtarzem ( nie wchodząc po schodkach tam gdzie nie powinny). Nie krzyczą. Są sobą. I nagle ksiądz przerywa i prosi, żeby zabrać te dzieci bo to nie plac zabaw. To co? Matka ma iść na plac zabaw? Ma związać dziecko? Może rozwiązaniem byłoby urządzeni kącika z wykładziną, klockami, kredkami. Niech się w jakimś kątku dzieciarnia bawi, byle nie hałasowała. Bezdzietni będą zadowoleni i dzietni też. Jak powiedziałam o pomyśle krewnej to się oburzyła, że jak to kościół to nie plac zabaw, żeby kredki i klocki. Ja tam pamiętam brata Rogera - jak dla mnie człowieka Świętego, wokół którego bawiła się dzieciarnia na mszy i były i rysowaczki i misie. A księżom życzę rychłego zniesienia celibatu, dobrze im to zrobi na zrozumienie świata. Bo formacja na szklanej górze seminarium nie wystarcza, a starokawalerstwo źle im na percepcję świata robi. Jakby jeden z drugim sam miał dzieci, to by sam tą wykładzinę przybijał gwoździkami.
A czytelniczo znowu zabrałam się za Krajewskiego. Już pisałam chyba, że jest powtarzalny, ale byłam bardzo ciekawa spotkania w jednej jego książce dwóch jego postaci Popielskiego i Mocka. Głowa Minotaura jest jedną z najciekawszych książek Krajewskiego. Tak, wszystkie jego książki są czytadłami, na dodatek okrutnie powtarzalnymi, gdzie wszyscy bohaterowie to prostytutki, morfiniści, i sadomasochistyczni degeneraci. Ale jego niewątpliwym atutem jest język i plastyczność przedstawia świata. W przeciwieństwie do A. Christie która koncentruje się na tle - na zbrodniarzu i podejrzanych - Krajewski koncentruje się na samym detektywie. Właściwie do pewnego stopnia cała fabuła jest tutaj tłem. I zdecydowanie wole Popielskiego niż sadystycznego Mocka. Cóż, potwierdza to regułę, że z czasem tworzy się dojrzalsze konstrukty literackie.
Dieta trwa. Idzie mniej więcej kilogram tygodniowo. Jeszcze 8 zostało. I już nie jestem permanentnie głodna. Czuję się lekko i zdrowo. Może dlatego, że się nie głodzę, jem wszytko tylko w małych porcjach, jogurty naturalne, kasze, chude mięso. Zaczyna mi się ta dieta podobać. Zwłaszcza, że wprowadziłam do niej Yerba Mate. Młodemu kolosalne dawki kofeiny nie szkodzą ( pływał w nich w wodach płodowych) a mi robi to dobrze. Mojemu ciału należy się dobro-traktowanie ciąży.
Za tydzień i kilka dni jedziemy do Jawornika. Który to już raz? Strasznie się ciesze. I na tą okazję zakwitł po roku storczyk, którego przywiozłam z Łańcuta i potem wiozłam PKSem prze Beskid Niski.
A to dla wszystkich czytelników. Mrożona zielona herbata z kardamonem, imbirem i goździkami dla wszystkich! Szkoda że tylko w formie wirtualnej, ale w niektórych przypadkach to zawsze można zmienić. Prawda?
W zeszłą niedzielę mieliśmy chrzest Mikołaja. Było nadspodziewanie fajnie. Nawet moi rodzice (oboje!) byli dość sympatyczni. Szczerze mówiąc nie było tak od kilku lat. Nie robię sobie nadziei na zapas, bo wiem, że to się bez powodu może zmienić z dnia na dzień. Tak czy inaczej, wiem, że moim stylem życia ich rozczarowałam i raczej się z tym nie pogodzą. Ale też zaczynają się przekonywać do młodego. I to jest dobre i pozytywne. Bo to znaczy, że to nie on ma płacić za to, że ja jestem jaka jestem. (-;
Ogólnie chrzest był okazją do przemyślenia sobie kilku rzeczy duchowych. Czy naprawdę chciałam go ochrzcić i dlaczego. No bo nie dlatego że wypada. Ryba mnie, co wypada.
I nie pojmuje takiego nastawienia które prezentowała mama koleżanki Natalki z przedszkola. Powiedziałam jej, że mieliśmy problem z wyborem chrzestnych, bo duża część znajomych i rodziny niewierzących, albo w związkach niesakramentalnych. A ta pani na to: - A to się akurat trzeba przyznawać na spowiedzi z kim się żyje. Nic bym nie powiedziała, żeby karteczka była i żeby chrzest była jak trzeba. ZGROZA. Nie chcę takiego chrztu, nie chce takiego myślenia.
Tak czy inaczej wszystko przemyśleliśmy, przemedytowaliśmy i bardzo tego chrztu chcieliśmy. I daliśmy Mikołajowi bardzo fajnych chrzestnych.
Co nie znaczy, że mnie znowu Kościół ( mój Kościół) nie zirytował. Podczas mszy dzieci łażą tu i tam. Biegają przed ołtarzem ( nie wchodząc po schodkach tam gdzie nie powinny). Nie krzyczą. Są sobą. I nagle ksiądz przerywa i prosi, żeby zabrać te dzieci bo to nie plac zabaw. To co? Matka ma iść na plac zabaw? Ma związać dziecko? Może rozwiązaniem byłoby urządzeni kącika z wykładziną, klockami, kredkami. Niech się w jakimś kątku dzieciarnia bawi, byle nie hałasowała. Bezdzietni będą zadowoleni i dzietni też. Jak powiedziałam o pomyśle krewnej to się oburzyła, że jak to kościół to nie plac zabaw, żeby kredki i klocki. Ja tam pamiętam brata Rogera - jak dla mnie człowieka Świętego, wokół którego bawiła się dzieciarnia na mszy i były i rysowaczki i misie. A księżom życzę rychłego zniesienia celibatu, dobrze im to zrobi na zrozumienie świata. Bo formacja na szklanej górze seminarium nie wystarcza, a starokawalerstwo źle im na percepcję świata robi. Jakby jeden z drugim sam miał dzieci, to by sam tą wykładzinę przybijał gwoździkami.
A czytelniczo znowu zabrałam się za Krajewskiego. Już pisałam chyba, że jest powtarzalny, ale byłam bardzo ciekawa spotkania w jednej jego książce dwóch jego postaci Popielskiego i Mocka. Głowa Minotaura jest jedną z najciekawszych książek Krajewskiego. Tak, wszystkie jego książki są czytadłami, na dodatek okrutnie powtarzalnymi, gdzie wszyscy bohaterowie to prostytutki, morfiniści, i sadomasochistyczni degeneraci. Ale jego niewątpliwym atutem jest język i plastyczność przedstawia świata. W przeciwieństwie do A. Christie która koncentruje się na tle - na zbrodniarzu i podejrzanych - Krajewski koncentruje się na samym detektywie. Właściwie do pewnego stopnia cała fabuła jest tutaj tłem. I zdecydowanie wole Popielskiego niż sadystycznego Mocka. Cóż, potwierdza to regułę, że z czasem tworzy się dojrzalsze konstrukty literackie.
Dieta trwa. Idzie mniej więcej kilogram tygodniowo. Jeszcze 8 zostało. I już nie jestem permanentnie głodna. Czuję się lekko i zdrowo. Może dlatego, że się nie głodzę, jem wszytko tylko w małych porcjach, jogurty naturalne, kasze, chude mięso. Zaczyna mi się ta dieta podobać. Zwłaszcza, że wprowadziłam do niej Yerba Mate. Młodemu kolosalne dawki kofeiny nie szkodzą ( pływał w nich w wodach płodowych) a mi robi to dobrze. Mojemu ciału należy się dobro-traktowanie ciąży.
Za tydzień i kilka dni jedziemy do Jawornika. Który to już raz? Strasznie się ciesze. I na tą okazję zakwitł po roku storczyk, którego przywiozłam z Łańcuta i potem wiozłam PKSem prze Beskid Niski.
A to dla wszystkich czytelników. Mrożona zielona herbata z kardamonem, imbirem i goździkami dla wszystkich! Szkoda że tylko w formie wirtualnej, ale w niektórych przypadkach to zawsze można zmienić. Prawda?
sobota, 18 czerwca 2011
Wombat od-wagi
Wierzę, że każda kobieta ma swoją wagę, niezalewną od norma w której czuje się dobrze i wygląda pięknie. Część koleżanek 10 kg więcej niż ja teraz wygląda bosko. Problem w tym że moja waga naturalna waha się około 49-52 kg. Z Natalisem przytyłam mało i zgubiłam szybko. Z Mikołajem leżałam i jadłam byle co. I teraz mam tyle co w 9 miesiącu z Nat.
Tydzień temu zaczęłam Dietę przez duże D. Nie mogę jej robić po mojemu ( czyli czekolada i zupka chińska zamiast obiadu) bo karmię. Czyli jem 5 malutkich posłów, jogurty, otręby, ciemny chleb, wędlinę. Zero śmietany do truskawek. Jest już 59, czyli kilogram mniej. Czyli do końca wakacji powinnam wrócić do spodni 36 które tęsknie patrzą na mnie z szafy.
Choć w tej całej diecie rozbroiła mnie Natalka. „Mamo, wiesz wezmę jutro batonika i dam ci gryza żeby tata nie widział”.
A z innej beczki to będąc z młodym w poradni na badaniu bioder z nudów przejrzałam leżącego tam Newsweeka. Znalazłam totalnie koszmarny artykuł jak to nasze państwo „funduje dzieciom pustogłowie bo za >naszych czasów< ( czyli pokolenia rodziców) było dobre książki dla dzieci a teraz nie ma”. Fajny chwytliwy tytuł tylko, że debilizm aż głowa boli.
Problem z książkami dla dzieci jest nadmiar głupiego i brzydko ilustrowanego chłamu, w którym pływa wiele wartościowych pereł, które niestety trzeba wyławiać. Jest nurt „taniej bajki dla debili z ilustracjami jakby je moje koty robiły w paincie” są też koszmarne „bajki terapeutyczne” które są milusie i pouczające. Ale są świetne nowości. I dla mniejszych ( płyń, wombacie) i dla starszych ( Opowieści pandy Tafli, Interesy Pana Kota). Jest też allegro ze starszymi wydaniami - na przykład baśni cygańskich, Narni, Muminków, malutkiej czarownicy, Oza, Dziadka do Orzechów. Są biblioteki - a tam wszystko to za darmo.
Trzeba tylko iść z dzieckiem, wypożyczać i czytać. I nie jest rolą państwa żeby zapewnić dzieciom książki. To jest rola rodziców. A ci mają do wybory wszystkie książki własnego dzieciństwa ( w nowych i starych wydaniach) i dużo nowych perełek, których po prostu trzeba poszukać. (Jak zresztą każdej innej dobrej książki).
Myślenie, że państwo powinno to czy tamto mnie mierzi. Państwo powinno nie przeszkadzać, nie cenzurować i pozwolić mi czytać co chcę. Państwo nie pójdzie za mnie i nie poczyta na głos ( i całe szczęście, czyż miałabym słuchać Czarodzieja z Oz głosem Tuska?) więc nie ma co narzekać jak kiedyś było fajnie, a jak jest źle.
A może państwo ma dofinansowywać „te dobre i wartościowe” książki dla dzieci? I jakaś pani urzędnik na wysokim stołku ma decydować, które to są te wartościowe i fajne? Na jakiej podstawie i czemu? Chyba podziękuję.
A mój ojciec dalej ignoruje młodego. Matka nieśmiało wyraża pewne zainteresowanie, ale raczy mnie przy tym komentarzami, przy których ręce opadają. Ale przynajmniej mogę się z nich domyśleć, a w zasadzie być powodów takiego zachowania. Nie będę teraz o tym pisać. Może potem. Tylko dwa nioski. Pierwszy: mam toksyczną rodzinę, bardzo. Ćwiczę w sobie buddyjskie cnoty: wyrozumiałości i współczucia. Jakby na to nie patrzeć to oni są nieszczęśliwi nie ja.
Tydzień temu zaczęłam Dietę przez duże D. Nie mogę jej robić po mojemu ( czyli czekolada i zupka chińska zamiast obiadu) bo karmię. Czyli jem 5 malutkich posłów, jogurty, otręby, ciemny chleb, wędlinę. Zero śmietany do truskawek. Jest już 59, czyli kilogram mniej. Czyli do końca wakacji powinnam wrócić do spodni 36 które tęsknie patrzą na mnie z szafy.
Choć w tej całej diecie rozbroiła mnie Natalka. „Mamo, wiesz wezmę jutro batonika i dam ci gryza żeby tata nie widział”.
A z innej beczki to będąc z młodym w poradni na badaniu bioder z nudów przejrzałam leżącego tam Newsweeka. Znalazłam totalnie koszmarny artykuł jak to nasze państwo „funduje dzieciom pustogłowie bo za >naszych czasów< ( czyli pokolenia rodziców) było dobre książki dla dzieci a teraz nie ma”. Fajny chwytliwy tytuł tylko, że debilizm aż głowa boli.
Problem z książkami dla dzieci jest nadmiar głupiego i brzydko ilustrowanego chłamu, w którym pływa wiele wartościowych pereł, które niestety trzeba wyławiać. Jest nurt „taniej bajki dla debili z ilustracjami jakby je moje koty robiły w paincie” są też koszmarne „bajki terapeutyczne” które są milusie i pouczające. Ale są świetne nowości. I dla mniejszych ( płyń, wombacie) i dla starszych ( Opowieści pandy Tafli, Interesy Pana Kota). Jest też allegro ze starszymi wydaniami - na przykład baśni cygańskich, Narni, Muminków, malutkiej czarownicy, Oza, Dziadka do Orzechów. Są biblioteki - a tam wszystko to za darmo.
Trzeba tylko iść z dzieckiem, wypożyczać i czytać. I nie jest rolą państwa żeby zapewnić dzieciom książki. To jest rola rodziców. A ci mają do wybory wszystkie książki własnego dzieciństwa ( w nowych i starych wydaniach) i dużo nowych perełek, których po prostu trzeba poszukać. (Jak zresztą każdej innej dobrej książki).
Myślenie, że państwo powinno to czy tamto mnie mierzi. Państwo powinno nie przeszkadzać, nie cenzurować i pozwolić mi czytać co chcę. Państwo nie pójdzie za mnie i nie poczyta na głos ( i całe szczęście, czyż miałabym słuchać Czarodzieja z Oz głosem Tuska?) więc nie ma co narzekać jak kiedyś było fajnie, a jak jest źle.
A może państwo ma dofinansowywać „te dobre i wartościowe” książki dla dzieci? I jakaś pani urzędnik na wysokim stołku ma decydować, które to są te wartościowe i fajne? Na jakiej podstawie i czemu? Chyba podziękuję.
A mój ojciec dalej ignoruje młodego. Matka nieśmiało wyraża pewne zainteresowanie, ale raczy mnie przy tym komentarzami, przy których ręce opadają. Ale przynajmniej mogę się z nich domyśleć, a w zasadzie być powodów takiego zachowania. Nie będę teraz o tym pisać. Może potem. Tylko dwa nioski. Pierwszy: mam toksyczną rodzinę, bardzo. Ćwiczę w sobie buddyjskie cnoty: wyrozumiałości i współczucia. Jakby na to nie patrzeć to oni są nieszczęśliwi nie ja.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Światy prawdziwe i zmyślone

Skończyłam czytać Prowadzącego Umarłych wydawnictwa Czarne. Właściwie to nie przeczytałam tej książki a połknęłam. Może jestem już zmęczona fikcją i łaknę reportaży. Książka bardzo dziwna i wstrząsająca. Zbiór wywiadów, praktycznie bez komentarza z Chińczykami, którzy z jakiś powodów są wykluczeni społecznie; kasiarz, robotnik napływowy, handlarz ludźmi, mistrz feng-shui, były nauczyciel, bezdomny, ślepy muzyk, lunatyk. Los każdego z nich związany jest z tragiczną i okrutną historią chin, wydarzenia są tak traumatyczne, że czasem trudno uwierzyć, że w ogóle prawdziwe; wielki głód, rewolucja kulturalna. Książka niesamowita, bo nie stawia żadnych tez i wniosków.
Może poza tym, że świat jest skomplikowane.
Bo ci ludzie, po tak różnych, często straszliwych, losach są tak skrajnie różni. Czasami są odrażającym, pozbawiani empatii, są donosicielowi i katami. Ale są też ci wielkiego serca, altruistyczni, ciągle wierzący w ideały i starający się znaleźć w tej okrutnej rzeczywistości skrawek spełnienia dla siebie. Jeżeli już miałabym robić jakieś jedno uogólnienie, to jak bardzo w tych ludziach tkwi konfucjanizm - nikt nie odważył się ani wprost, ani między słowami powiedzieć, to system, władza, komunizm był winny. Nie, to urzędnik X, sąsiad , policjant. W jakiś sposób jest to wstrząsające. Ale tak czy inaczej dziękuję autorowi za tą podróż do Chin i za możliwość poznania tych wszystkich ludzi. Za świat prawdziwy chociaż daleki.
Nataliswoi czytam dalej Narnię ( Srebrne Krzesło) a przedtem miałyśmy przerwę na Mio, mój Mio. Ania powiedziała, że to książka niesamowicie smutna. Ja w zasadzie tak tego nie odczuwałam. Historia niekochanego samotnego chłopca, który pewnego dnia znika ze świata, dociera do Krainy Dalekiej i chociaż na początku jest szczęśliwy musi stoczyć straszny pojedynek. Niby banalna historia z dobrym zakończeniem. A potem jak obuchem w głowę jedno zdanie „ że ciotka myśli, że ja tak naprawdę siedzę na skwerku i bawię się butelką i wszystko sobie wyobrażam”. Czyli to wszystko było na niby. Zostaje tylko samotność. Natalka na szczęście nie wyhaczyła tego podtekstu, a ja pomyślałam, że też uciekałam jako dziecko do Krainy Dalekiej. Też mieszkał tam ktoś kto mnie kochał i to było prawdziwe. Chociaż ciotka myślała, że siedzę i gapię się za okno, albo siedzę na dachu garażu. I może dlatego nie było mi po Mio smutno. Bo chociaż jest jak jest, to zawsze jest Kraina Daleka.
A dla zainteresowanych telenowelą macierzyństwo mam prezent: zdjęcia młodych. Mikołaj z miną „Tak jest, panie prezesie” i Natalis. Tylko jedno mnie martwi, albo nie nie martwi, ale wkurza. Jak bardzo mój ojciec go nie akceptuje. Rodzice, a ojciec zwłaszcza ostentacyjnie go ignorują. Nie pytają się co u niego, a jak są u Natalki to nie patrzą w jego kierunku, nie dotykają, nie mówią, a wszelkie tematy zbywają. Aż się dziś wystraszyłam, czy mój syn też nie jest wymyślony.
Mam kilka teorii czemu tak jest, ale to już zupełnie inna historia.
środa, 1 czerwca 2011
Książkowo, płytowo, czerwcowo
Dziś nie o M.
A przynajmniej nie tylko.
Przeczytałam właśnie Oryksa i Derkacz M. Atwood. Rok Potopu, który powstał później, jako kontynuacja tej książki, przeczytałam wcześniej. Nie wiem czy to dobrze. Aniołak czytał w odwrotnej kolejności i uważa, że Rok Potopu to jakby fanfik do Derkacza. Chyba w takim razie liczy się kolejność czytania a nie powstawania, bo ja miałam odwrotne wrażenie. Rok Potopu podobał mi się o wiele bardziej. Ta sama historia, ta sama opowieść widziana oczami innych bohaterów.
Atwood napisała post-apo. Świat po katastrofie, po epidemii, bezwodnym potopie. Napisane jak zwykle w sposób czarujący, wciągający i plastycznie, ale...
Może za drugim razem nie razem nie robiło takiego wrażenia, tak czy inaczej byłam raczej rozczarowana. Najtrudniejsze z Atwood jest to, że pisze na tyle dobrze, że człowiek nabiera się na jej sztuczki i dopiero po przeczytanie całości kończy z mdłym uczuciem, że coś tu nie gra. Mamy tu wizję świata podzielonego na strzeżone kompleksy wszechwładnych korporacji i pełne przemocy plebsopolis, wszystko nastawiane na zysk i konsumpcję. Karykatura współczesnego świata. Ładnie to napisane. Tylko mam wrażenie, że pani Atwood zapomniała, że CZŁOWIEK JEST SKOMPLIKOWANY. Ludzkość przeżywała różne okresy; krwawe, naznaczone w równym stopniu podłością, nieprawością jak i bohaterstwem i altruizmem. I w sumie czytając to co zostało napisane sto, dwieście, trzysta lat temu, mam wrażenie, że aż tak dużo się nie zmieniło. I jeżeli skręca za bardzo w jakąś stronę to tylko po to, żeby odbić sinusoidą w drugą. Od postu do karnawału i z powrotem.
W sumie jedyna futurystyczna książka, w której nie czułam fałszu, projekcji leków autora, ale po prostu kontumacje naszego świata był cykl Hyperion - Endymion. Bo mimo całej otoczki sf- turbo napędów, sztucznych inteligencji i skoków w czasoprzestrzeni to jest książka o ludziach. O poszczególnych ludziach i i społeczeństwach. A tu tego zabrakło. Są za to świetnie napisane lęki autorki. Nie przypuszczałam, że będę się kiedykolwiek tak czepiać Atwood. A jednak.
Z lżejszych rzeczy skończyłam czytać Bezduszną. Kupiłam z ciekawości nie oczekując niczego. Albo przynajmniej niczego dobrego. I trafiłam na książkę cudownie lekką i zabawną. Doskonały prestiż powieści wiktoriańskiej, wielkie oko puszczone do czytelnika i wilkołaki biegnące nocą z płaszczami w zębach ( po przecież dżentelmen nie może być nagi po przemianie z powrotem w człowieka...).
Poza tym kot wrócił w Grecji. Przywiózł górę prezentów, w tym trochę winyli. Po przesłuchaniu Avalanche w wykonaniu N. Cava ( a jest to chyba jeden z moich ulubionych utworów) przez pierwsze pięć minut nie wiedziałam, czy powinnam tegoż artystę zabić czy wielbić. Wybrałam to drugie, choć przez cały czas nie wyszłam jeszcze z szoku. Osoby o mocnych nerwach zapraszam do posłuchania tu:
Druga płyta jaką dostałam to Cats w oryginalnym wykonaniu. Odwołuje wszystkie pochwały w stosunku do wersji z Romy. Wersja Londyńska bardziej „operowa” i przypomina to czym Koty tak naprawdę są; czyli kocimi zaduszkami, magicznym spotkaniem kotów na którym tylko jeden z nich ma otrzymać nowe życie.
Z aktualności wombacich to odwleka się chrzest Mikołajowy. Czemu? To jest temat na dłużą bardzo gorzką notkę do której jeszcze nie dorosłam chyba. Ale to kwestia czasu, bo ten temat we mnie się kotłuje. I zaczyn się rodzić głęboko duży bunt. I smutek.
Poza tym ( ach, obiecywałam sobie nie porównywać...) to gdybym jednak miała porównywać....to teraz jest mi łatwiej niż wtedy z Natalsiem. To jakieś bardziej świadome macierzyństwo. Wiem co mnie czeka i się tym ciesze. Bez matki na karku. To jest moje, czekane i się tym ciesze. A młody jest bezproblemowy.
Tylko, kiedy noszę go w chuście spotykam dziwne reakcje starszego pokolenia. „ Ło jejku, takie gołe stópki, bez czapeczki...jak to tak dziecko szmatą przywiązane, to się udusić może”. Baby prawie policję chciały wzywać, bo taką szmatą dziecko wiążę to się udusić może. Dziwni są ci ludzie.
No i Natalisowi zdjęli dziś gips. Wreszcie. W poniedziałek powrót do przedszkole (-;
A jaki jest młody każdy widzi. Z miną „ja wam jeszcze pokażę”. Mój ojciec skwitował to stwierdzeniem „Eee, ładny to on nie będzie jak Natalka. Jest do ciebie podobny”.
A przynajmniej nie tylko.
Przeczytałam właśnie Oryksa i Derkacz M. Atwood. Rok Potopu, który powstał później, jako kontynuacja tej książki, przeczytałam wcześniej. Nie wiem czy to dobrze. Aniołak czytał w odwrotnej kolejności i uważa, że Rok Potopu to jakby fanfik do Derkacza. Chyba w takim razie liczy się kolejność czytania a nie powstawania, bo ja miałam odwrotne wrażenie. Rok Potopu podobał mi się o wiele bardziej. Ta sama historia, ta sama opowieść widziana oczami innych bohaterów.
Atwood napisała post-apo. Świat po katastrofie, po epidemii, bezwodnym potopie. Napisane jak zwykle w sposób czarujący, wciągający i plastycznie, ale...
Może za drugim razem nie razem nie robiło takiego wrażenia, tak czy inaczej byłam raczej rozczarowana. Najtrudniejsze z Atwood jest to, że pisze na tyle dobrze, że człowiek nabiera się na jej sztuczki i dopiero po przeczytanie całości kończy z mdłym uczuciem, że coś tu nie gra. Mamy tu wizję świata podzielonego na strzeżone kompleksy wszechwładnych korporacji i pełne przemocy plebsopolis, wszystko nastawiane na zysk i konsumpcję. Karykatura współczesnego świata. Ładnie to napisane. Tylko mam wrażenie, że pani Atwood zapomniała, że CZŁOWIEK JEST SKOMPLIKOWANY. Ludzkość przeżywała różne okresy; krwawe, naznaczone w równym stopniu podłością, nieprawością jak i bohaterstwem i altruizmem. I w sumie czytając to co zostało napisane sto, dwieście, trzysta lat temu, mam wrażenie, że aż tak dużo się nie zmieniło. I jeżeli skręca za bardzo w jakąś stronę to tylko po to, żeby odbić sinusoidą w drugą. Od postu do karnawału i z powrotem.
W sumie jedyna futurystyczna książka, w której nie czułam fałszu, projekcji leków autora, ale po prostu kontumacje naszego świata był cykl Hyperion - Endymion. Bo mimo całej otoczki sf- turbo napędów, sztucznych inteligencji i skoków w czasoprzestrzeni to jest książka o ludziach. O poszczególnych ludziach i i społeczeństwach. A tu tego zabrakło. Są za to świetnie napisane lęki autorki. Nie przypuszczałam, że będę się kiedykolwiek tak czepiać Atwood. A jednak.
Z lżejszych rzeczy skończyłam czytać Bezduszną. Kupiłam z ciekawości nie oczekując niczego. Albo przynajmniej niczego dobrego. I trafiłam na książkę cudownie lekką i zabawną. Doskonały prestiż powieści wiktoriańskiej, wielkie oko puszczone do czytelnika i wilkołaki biegnące nocą z płaszczami w zębach ( po przecież dżentelmen nie może być nagi po przemianie z powrotem w człowieka...).
Poza tym kot wrócił w Grecji. Przywiózł górę prezentów, w tym trochę winyli. Po przesłuchaniu Avalanche w wykonaniu N. Cava ( a jest to chyba jeden z moich ulubionych utworów) przez pierwsze pięć minut nie wiedziałam, czy powinnam tegoż artystę zabić czy wielbić. Wybrałam to drugie, choć przez cały czas nie wyszłam jeszcze z szoku. Osoby o mocnych nerwach zapraszam do posłuchania tu:
Druga płyta jaką dostałam to Cats w oryginalnym wykonaniu. Odwołuje wszystkie pochwały w stosunku do wersji z Romy. Wersja Londyńska bardziej „operowa” i przypomina to czym Koty tak naprawdę są; czyli kocimi zaduszkami, magicznym spotkaniem kotów na którym tylko jeden z nich ma otrzymać nowe życie.
Z aktualności wombacich to odwleka się chrzest Mikołajowy. Czemu? To jest temat na dłużą bardzo gorzką notkę do której jeszcze nie dorosłam chyba. Ale to kwestia czasu, bo ten temat we mnie się kotłuje. I zaczyn się rodzić głęboko duży bunt. I smutek.
Poza tym ( ach, obiecywałam sobie nie porównywać...) to gdybym jednak miała porównywać....to teraz jest mi łatwiej niż wtedy z Natalsiem. To jakieś bardziej świadome macierzyństwo. Wiem co mnie czeka i się tym ciesze. Bez matki na karku. To jest moje, czekane i się tym ciesze. A młody jest bezproblemowy.
Tylko, kiedy noszę go w chuście spotykam dziwne reakcje starszego pokolenia. „ Ło jejku, takie gołe stópki, bez czapeczki...jak to tak dziecko szmatą przywiązane, to się udusić może”. Baby prawie policję chciały wzywać, bo taką szmatą dziecko wiążę to się udusić może. Dziwni są ci ludzie.
No i Natalisowi zdjęli dziś gips. Wreszcie. W poniedziałek powrót do przedszkole (-;
A jaki jest młody każdy widzi. Z miną „ja wam jeszcze pokażę”. Mój ojciec skwitował to stwierdzeniem „Eee, ładny to on nie będzie jak Natalka. Jest do ciebie podobny”.
niedziela, 22 maja 2011
sobota, 21 maja 2011
Truskawki
Pół litra jogurtu naturalnego. Pół kilograma truskawek. Dwie wielkie łyżki miodu.
Bzyyyt.
A najpierw przychodzę do sklepu i proszę o truskawki.
- Ojej, to pani nie karmi piersią - mówi zatroskana sprzedawczyni.
( Mój interes czy karmię czy nie)
- Karmię. Ale są jeszcze dzieci, które nie są alergikami. I jeszcze proszę dwie pomarańcze.

A truskawki kojarzą mi się ze studiami. Po egzaminach kupowałam na stawowej truskawki w torebce. Gorzej jak kupowałam je przed egzaminami i szłam na ustny z bluzką ufafraną czerwonymi plamami.
Bzyyyt.
A najpierw przychodzę do sklepu i proszę o truskawki.
- Ojej, to pani nie karmi piersią - mówi zatroskana sprzedawczyni.
( Mój interes czy karmię czy nie)
- Karmię. Ale są jeszcze dzieci, które nie są alergikami. I jeszcze proszę dwie pomarańcze.
A truskawki kojarzą mi się ze studiami. Po egzaminach kupowałam na stawowej truskawki w torebce. Gorzej jak kupowałam je przed egzaminami i szłam na ustny z bluzką ufafraną czerwonymi plamami.