wtorek, 26 kwietnia 2011

Pochwała bezmyślności, czyli szczęście do koniuszków palców.

Czuję się dobrze. Jak na kogoś, komu parę dni temu rozcięli brzuch, skórę, mięśnie, macicę, a potem jeszcze przez dobę kazali łazić z drenem. Ale po kolei. Postaram się bez (zbyt) drastycznych szczegółów.

Rodziłam w szpitalu w Katowicach Bogucicach. Z zewnątrz wygląda jak z horroru, w środku stare okna, ponure sale, wspólne łazienki z zapchanym prysznicem. A do tego wspaniali lekarze, którzy mają dla pacjentów czas, świetne położne, delikatne i miłe. Ogólnie cały personel od ordynatora do salowej sprawiał, że każda pacjentka czuła się szanowana i zaopiekowania. Jeżeli miałabym komuś ze Śląska radzić miejsce porodu to tylko tam. Przyleli mnie w środę i noc spędziłyśmy na pogaduchach z rodzącymi na temat „horrory porodowe, czyli - a słyszałam, że jak koleżanka rodziła to...”. Na jedną z pacjentek tak to podziałało, że zaczęła rodzić już w nocy. A my poszłyśmy spać.

Ogólnie cesarka jest paskudna. Boli mniej niż naturalny poród, ale jest w tym bólu coś frustrującego. Jakaś niemoc, świadomość rany, słabość i strach. Poród naturalny boli bardziej, ale to jest mój ból, mój wysiłek, moje pokonywanie siebie. Tak czy inaczej po radościach typu cewnik i zastrzyk do kręgosłupa ( bolało ) przy całkowitej świadomości wyjęli mi młodego. Śliczny był. Maleńki, delikatny i kruchy, ale prześliczny.

Pierwsza doba na leżąco z kombinacją delarganu z morfiną. Potem każą wstać, ale surprajs: mam w brzuchu dren. Przed tym nie ostrzegały najbardziej dzikie fantazje i rozmowy. I chodzę sobie po korytarzu z rurką wystającą z brzucha. Bolało i wkurzało bardzo, ale tak marudziłam, że wieczorem zdecydowano się go wyjąc. I dano mi w opiekę Młode.

Nie lubię dzieci na tyle, żeby pracować jako opiekunka. Lubię swoje. Swoje kocham i mogę się godzinami gapić jak w telewizorek. Pierwszej nocy zaliczyliśmy dramat, bo młody nie umiał ssać. A ja się uparłam, żeby nie dokarmiać. I tak walczyliśmy do 4 rano. On płacząc z głodu, ja z bezsilności. Waga spadła do 2900. Odwodnienie. W końcu się złamałam - dokarmiłam butelką, a rano zaczęliśmy bitwę od początku. Było tym gorzej, że mleka znowu miałam jak na bliźniaki, a on nie umiał pić. Leżał obok mnie i płakał z głodu. W końcu najpierw odciągałam mój pokarm i mu go dawałam butelką. I dalej próbować karmić.

W końcu wróciłam do domu. Bogatsza o jedno dziecko, uboższa o 9 kilogramów.

Karmienie udało się. Teraz je tylko mleko wombacie. W nocy co 2-3 godziny z tą różnicą w stosunku do czasów Natalisa, że jak się obudzi to je 30-40 minut a nie 10 jak to czyniła Nat, no i rano czeka na mnie drugie dziecię. Ogólnie ratuję się muzykę. Średnio chce mi się czytać, ale kiedy młody w nocy chce noszenia, albo długiego karmienia, puszczam na czarnej płycie Cohena Songs of Love nad Hate, Toscę, albo Czajkowskiego. I jest dobrze. A kilka zasad nocnego wstawania to
- nie myśl o tym jak zmęczona, będziesz potem
- jeżeli masz coś zrobić, albo się przespać to ŚPIJ
- nie chodź spać po 24 ( no chyba że jest fajny film)

I tu pochwalona niech będzie moje bezmyślność. Bo ja specjalnie nie myślę do przodu. Nie wiem czy bym się tak łatwo zdecydowała na drugie, gdybym sobie o tym pomyślała. Zastanowiła się jak dam radę. Ja nie myślę - robię, jak mam ochotę.

Podobnie jak będąc we wczesnym liceum nie myślałam, czy warto jest już teraz kogoś pokochać na zawsze i najmocniej. Kocura takiego. Czy dobrze jest mając Natlisa znowu pacać się w nieprzespane noce. Czy warto jest poświecić się pisaniu z którego nie wiadomo co będzie. Nie. Ja zasadniczo nie myślę. Jak chcę, jak mnie ciągnie jak „cygana do skrzypiec, do miodu niedźwiedzia” to skaczę, robię a potem...zazwyczaj jakoś jest. I jest dobrze. Bo szlag z tymi nieprzespanymi nocami. Jestem nieprzytajona. Ale nieprzytomna ze szczęścia. Do trudnej do pojęcia szczęśliwości. Tyle, że mi się w ciele nie mieści.

Natalis wygląda na zadowolonego, ale wiem, że jest to chodzenie po cienkim lodzie. Coś jej się odbiera, coś daje w zamian, ale to musi dopiero poczuć. Staram się z nią jak najwięcej rozmawiać, spędzać jak najwięcej czasu. Pewna mądra osoba powiedziała mi ostatnio, że trzeba zawsze na początku faworyzować starsze dziecko. wtedy wyjdzie równowaga. Biologia cięgnie mnie do młodego. On co dostaje to jest jego, a jej się rozwala cały świat.

Tylko jedne ciemny punkt na tym jasnym niebie. W ferworze radości zadzwoniłam do rodziców i zaprosiłam ich do szpitala. Ze wszystkimi były matki, nawet nie mężowie, ale inne starsze kobiety. tak jak od czasów jaskiniowych. No to ja też zaprosiłam. Przez telefon ogromnie się ucieszyli. Matka nawet zaproponowała urlop, żeby „mi posprzątać bo pewnie masz brud i kto ci pomoże” ( Dla waszej wiadomości: można przejrzeć starsze posty: nie rozwiodłam się, poważnie).

W szpitalu z ojcem gadałam prawie godzinę. Matka pięć minut stała ze skrzyżowanymi rękami, spięta jak lew w klatce. Wszystko było źle, otwarte okno, decyzja, że Natalia pójdzie do szkoły. W końcu kiedy znudziło mi się sapanie nad łóżeczkiem młodego bez patrzenia na niego i powiedziałam; „To może sobie usiądziesz na tamtym ( dalszym) fotelu”. Usłyszałam
- Ja ciebie nie rozumiem. W ciebie chyba jakiś szatan wstąpił, że tak matkę traktujesz.
I poszła do samochodu. A ojciec tylko „ bo mama taka jest, ona jest wrażliwa, na to co jej mówisz”.

Cóż, w Wielką Niedzielę, córce nad łóżeczkiem wnuka powiedzieć, że szatan w nią wszedł. Takich rzeczy się nie robi, ani nie mówi. Ale czemu mnie to jeszcze dziwi. czy to pierwszy raz? Tylko się czasem boję, że jestem jakoś spaczona i jakiś cień tych chorych relacji matka - córka wpłynie na mnie i na Nat. mam tylko nadzieję, że wokół mnie jest tyle fajnych i mądrych osób, które coś takiego by w porę zauważyły i kopnęły mnie w zadek naprawdę mocno.

A na koniec coś pozytywnego. Portret z króliczkiem. A niedługo postaram się wrzucić kilka zdjęć grupowych. Moich i Młodego. I z całą ekipą. No i wiosna przyszła. Taka prawdziwa. Już się nie mogę doczekać, aż mnie wypuszczą na słoneczko. Bo rana to jedno, ale moje przeziębienie i ropny kaszel dalej siedzi. Dobrze mu z nami. Wcale się nie dziwię.




A to pamięta ktoś? Z archiwum bloga 2005. Natalis 3 dni (-;

niedziela, 24 kwietnia 2011

Mamy Mikołaja

Urodzony 21 kwietnia 2011 o 9:13 rani. Waga 3280, 52 cm. 10 apgar. Witamy na świecie. Dziękuję za wszystkie dobre myśli, modlitwy i życzenia. Więcej napiszę jak dojdę do siebie.



Ps. Nie ma różnicy miedzy porodem naturalnym a cesarskim cięciem. Oba bolą. Przed albo po. Ale i tak warto.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Ostatnia prosta

Sytuacja zła, ale nie beznadziejna. Ścigamy się z czasem. W sobotę dostałam gorączki, zapalenia krtani, oskrzeli, kataru, kaszlu i ogólnie kompletu paskudnych objawów. Więc...
Na porodówkę mnie nie położą, bo pozarażam cały oddział. Pod nóż nie wezmą, bo z tym kaszlem to im w tym znieczuleniu miejscowym jelita wykaszlę na operacji. A poza tym istnieje ryzyko zakażenia. Powinni mnie najpierw wyleczyć, zrobić antybiogram, ale raz, ze wód mało i nie można czekać, dwa, ze młody może się sam zacząć pchać na świat nawet teraz. I lipa.

Dali zestaw antybiotykowy dość mocny i czekają do środy ( w nadziej, że się młody jeszcze dwie noce nie urodzi a ja w środę nie pozarażam całego oddziału). W Czwartek rano idę pod nóż. Święta w szpitalu. Cóż, przynajmniej sprzątanie mnie ominie. Miałam kryzys w niedzielę wieczorem, ale teraz już jestem w dobrym humorze. Monetami czarnym, ale co tam. A teraz kompletuje mp3 do szpitala. I w ramach optymistycznych i energetycznych nastrojów biorę też to (-; Jeszcze by tego brakowało, żeby głupia igła w kręgosłup i cewnik zestresowały wombata. Aż tak się jeszcze nie zestarzałam. Po prostu; kiedy zaczynam się stresować, olewam to i idę dalej.

A i proszę o trzymanie kciuków. W czwartek najbardziej (-;



A na mp3 to i ogólnie cała Led Zepplin IV






a poza tym sprawdzam czy umiem obsługiwać nowy aparat (-;

sobota, 16 kwietnia 2011

Wombaty są z kosmosu. Koty też.

Jesteśmy rodziną kosmitami. To pewne. Nie wiem z jakiej planety, ale z jakiejś na pewno.
Spędzam ostano jakiś czas integrując się z mamami koleżanek Natalki. Bardzo fajne babki ogólnie. Nauczycielki, prawniczki, standard życia podobny do naszego. Tyle, że my jesteśmy kosmici. Serio. Otóż wzbudzam ogólną sensację faktami, że;
- Nie mam w domu telewizora ( i nie oglądam Gwiazdy robią coś-tam)
- Nie myję okien RAZ NA MIESIĘC ( ale raz lub dwa razy w roku, częściej mi się nie chce)
- Gram w Rpg
- Jedną z największych radości macierzyństwa znajduję w czytaniu dziecka. Dziecko jestem czasem niewyczesane, ale poczytane.
- Łażę do kina, teatru, na imprezy, planszówki, nie robię natomiast wielu pożytecznych rzeczy
- Byłam na rejsie ( a przecież może być sztorm!)
- Nie wchodzą u nas w grę wakacje typu 3 tygodnie na kwaterach w wiosce nad morzem z dzieckiem i mężem. Wspólne spacerki. Obawiam się, że bym się pod dwóch dniach urwała.
- Olewam mycie podłóg ( co drugie konieczne) i w tym czasie czytam
- Ogólnie mam odwagę mieć drugie dziecko w czasach kiedy cukier za 5 zł i ogólnie strach
- śpię z kotami ( z jednym bo drugi woli inne miejsce)

i wiele innych

Wniosek pierwszy: Jestem z kosmosu. Nie mówię i nie myślę, że jestem jakoś lepsza. Bardzo lubię towarzystwo tamtych mam i szanuję je. Ale ja naprawdę skądś spadłam. Mam tylko nadzieję, że nie sroce spod ogona.
Wniosek drugi: Szczęście, że trafiłam na drugiego kosmitę z mojej planety, bo z gatunkiem ziemian nie wiem jak bym się miała rozmnażać


A z wiadomości wombacich:
W piątek miałam być u lekarza i dowiedzieć się kiedy wyjmą obywatela M. Lekarza nie było, będzie w poniedziałek i wtedy ustali termin cesarki. Może na przyszły tydzień. dam znać jak będę jechać, chyba, że mnie nagle chwyci. Tak czy inaczej zaczynamy wieczór: „ wombat, a ty rodzić będziesz, czy mogę się piwa napić” (-;

Tak czy inaczej jestem trochę przerażona odpowiedzialnością, tego, że to ja wybrałam imię. Natalię wybrał Kot, nawet mi się podobała i zdjęło to ze mnie odpowiedzialność. Gdzieś się jeszcze pałętają imiona Paweł i Łukasz, ale chyba na 99% Mikołaj. Czemu? Bo wieki temu wiedziałam, że będę miała syna Mikołaja. Mikołaja z łemkowskich kapliczek na wolnym powietrzu. Świętego nie z kościoła, a z lasów, z gór, z posągów kamiennych co stoją jak posagi Światowida. Pośród zwierza leśnego i buczyny. W miejsca takich jak Świerzowa Ruska i dolina Nieznajowej. I podoba mi się, że to patron żeglarzy, złodziei, panien co chcą wyjść za mąż i kupców. Każda z tych osób ma w sobie coś co wiąże się z jakąś zmianą, z przejściowością, w jakimś sensie z życiem na obrzeżach. I chciałabym, żeby mój syn miał właśnie jakąś umiejętność zmian, jakiś niepokój, wolność, który będzie go pchał to tu to tam. I dlatego też Mikołaj.

A ten z kapliczek jest taki jak ten:



Z innych newsów, to odkryliśmy z moją betą problem z moim pisaniem. Dokładnie dwa. Cóż zawsze lepiej wiedzieć co jest nie tak.
- Imeisłowizm galopujący czyli o 50%b za duże stężenie imiesłwowów.
Zamiast kot poszedł do kuwety i tam się odlał.
Ja piszę: Poszedłszy do kuwety kot spędził tam czas szczając.

- Dwa to „Problem safari”. Niby jest akcja bo coś się głównemu bohaterowi dzieje. Spotyka kogoś, coś widzi, bla bla bla. Ale jest tak aktywny jak Kowalki na safari wieziony przez trzech nigrów przez sawannę. Siedzi sobie i widzi „ O tu proszę państwa żyrafa, a tu słoń”. I taka to fabuła.

Ale się staram. I mam już 3/4 napisane. 15 rozdziałów. 230 stron. I szkic do miniaturki dla Hamstee.




I jeszcze jedna obserwacja socjologiczna a propos ciąży. Ja ogólnie bardzo lubię być w ciąży. I lubię o tym mówić i dzielić się wrażeniami z b l i s k i m i i osobami, które znam. Z jakiś jednak powodów w Polsce ciąża staje się sprawą w s z y s t k i c h kobiet. Osoby w sklepie obuwniczym, warzywnym, u fryzjera, w bibliotece i na ulicy zaczepiają mnie, pytają o to który tydzień, jakie ułożenie, jak będę rodzić, jak rodziłam ostatnio, zasypują dobrymi radami.

Ogólnie z moja potrzebą intymności i przestrzeni powinno mnie do drażnić, ale ta wspólnota kobiet mnie w jakiś sposób rozczula. Takie to pierwotne i jakoś czułe. Chociaż nie ulega wątpliwości, że moja ciąża jest własnością całej populacji kobiet.

A dziś weszłam do mięsnego - kolejka na 30 minut czekania a pani kierowniczka jak nie huknie:
- O cho-cho, a pani jeszcze na nogach? To nie miał być jakoś termin teraz?
- Eeee, no tak, w przyszłym tygodniu idę.....
- To proszę tu bez kolejeczki, a co cesarska? Bo moja chrześnica miała, w Gliwicach. W sumie tak bez bólu łatwiej rodzić, ale potem się dłużej goi...

( głos gdzieś z kolejki)
- I cewnik założą
- ale dla dziecka mniejsze ryzyko, ja też rodziłam tak i sobie chwalę.

( I się zaczęło. I trwało długo)


Jedno co mnie złości w ciąży to, że jutro w warszawie premiera Turandot w reżyserii Trelińskiego. I mnie nie puścili. A plakat bardzo zachęcający. Reżyser też. Kilka spektakli w kwietniu i maju. Teoretycznie na jesień można by jakoś kogoś z Warszawy odwiedzić, ale wtedy nie ma co już liczyć. I klops.


Zdążyłam wprawdzie pójść na Młyn i Krzyż, ale niestety poszłam ze zbyt dużymi oczekiwaniami, przez co film odrobinę rozczarowała. Może tak: spodziewałam się arcydzieła, był fajny film. Doskonały, malarski, ale chyba zbyt ascetyczny i chłodny. Czegoś zabrakło.

A filmowo pierwszy raz zrobiłam Natalce cenzurę. Wyłączyłam film i zrobiłam pogadankę. Nie zdzierżyłam Anastazji Disneya. Rasputin zombie to było dla mnie za dużo. Bo śmierć nie jest czymś ani do śmiania się, ani do bania. To po prostu coś co jest i co każdego czeka. I to jej powiedziałam. Chyba mam deficyty poczucia humoru.

poniedziałek, 28 marca 2011

Makbet. Tragedia. A miłość jest jak żarówka.

A miało być tak pięknie. Lubię eksperymenty w sztuce, lubię Szekspira, lubię na nowoczesne. Niestety jak się okazało, nie wystarczy mieć kilku dobrych pomysłów i genialnej sztuki żeby zagrało. Tragedia Makbeta w reżyserii Redbada Klijnstra jest potwornie nierówna, ma momenty fajne, ma ( choć rzadko) genialne - ale ma też dłużyzny, słabizny i nudy. I tego nie wybaczam.

Rozumiem (chyba!) ogólną wizję reżysera gdzie Makbet jest sztuką rozgrywaną nie tyle między aktorami, między postaciami, ale w głowie głównego bohatera - to jest jego własne show szaleńca. Taki everyman. Bardzo podobały mi się kostiumy, pomysły użycia kamery, radia ( szczególnie w scenie gdzie Makbet słucha wiadomości w oblężonym zamku wyszła świetnie ) ale całość jest słaba.

Po pierwsze wtręty panów narratorów o naturze Makbeta, naturze zła i innych demonach były nudne i słabe. Po drugie część pomysłów może i była ciekawa, ale zupełnie nie łapałam czemu miały służyć. Nie było w tym wspólnej wizji, czegoś co przekonywało, uderzało. Trzy to Lady Makbet, która nie wiem czy ze swojej winy, czy z niedogadania z reżyserem grała tak drętwo, nieprzekonywująca i nudno, że ręce opadały. Gdybym nie wiedziała, że tam są zarysowane jakieś relacje między nią a mężem to bym nie zgadała. Ot słaba III planowa postać żeńska z nudnymi monologami. Zgroza.


Zresztą monologi Makbeta też momentami były recytowane bez wyrazu. Całość sztuki była poprzetykana zabawnymi gagami jak choćby wejście portiera i jego monolog. Portier był świetny, ale jak trzeba takimi tanimi komediowymi sztuczkami ratować Szekspira ( i publiczność żeby nie zdechła z nudów) to jest źle. Bardzo źle.

Chyba najjaśniejszy punkt spektaklu to scena Malcolma ( Grzegorz Mielczarek - którego znamy z Króla Leara w STU) z Macduffem. I co dziwniejsze to akurat scena bez super efektów i pomysłów. Po prostu dano aktorom trochę pograć.

Ja na scenie zniosę wszystko. Widziałam już Othella na statku i Myszki Micki w Don Giovannim. I wtedy mi się podobało, bo każdy z tych najdziwniejszych artefaktów czemuś służył, miał jakiś sens, służył wspólnej wizji reżysera. A tu było od czapy. Nie wystarczy zamienić wiedźm na śpiewające pielęgniarki, żeby było nowocześnie i pomysłowo.


A w środku spektaklu na scenie pojawiło się to. I chociaż było to dziwne i niespodziewane to podobało się. Bardziej niż niektóre monologi. I miało więcej sensu.



A z innej beczki....

Kiedy my oddawaliśmy się sztuce nowoczesnej Natalis został z dziadkami. Z zaczęło się dziać coś, co niejasno podejrzewałam, że będzie. Czyli typowe w mojej rodzinie targowanie się o miłość.

Natalis zapytał babci, czy będzie kochać jej brata. Babcia, która zawsze i wszystko wnuczce przytakuje i obiecuje, tym razem zamilkła. W końcu wybąkała, że jeszcze nie wie czy w ogóle, ale jak już to będzie go na pewno kochać MNIEJ. W rozumieniu mojej rodziny takie coś miało być miłe do Natalki ( komunikat „Ja kocham cię bardziej”).

O dziwo, Nat wychowana u nas wcale się tym nie ucieszyła tylko zmartwiła. Jak to, jej brata, ktoś może nie kochać. Pytała mnie o to samo. I tłumaczyłam, że z miłością to jest tak, jak z żarówką w pokoju. Świeci. I ktoś wchodzi to nie zabiera światła innej osobie. Tak samo ona nie zabiera mi niczego, tym, że kocha tatę. Mnie cieszy, że kocha też kogoś innego.

I dlatego tak samo ja będę jej brata kochać, tak samo jak ją. Jakby jeszcze jedna osoba weszła do pokoju gdzie świeci się światło. I nic jej z tego nie ubędzie. No bo w końcu czy można powiedzieć, które oko jest droższe, które bardziej boli kiedy się zrani? Oba są i są częścią mnie. Jak N. i M.

piątek, 25 marca 2011

Zapuszkowany Wombatus hipohondrikus, czyli grysik za który płaci NFZ

Było tak jak pisałam. Skierowanie do szpitala miałam na dziś czyli na piątej. Mój lekarz ( pan Łordynatopr X) miał zadecydować czy wód jest mało ale dość, czy dolewamy. Spanikowałam przyszłam we wtorek. Dr X nie było, a mnie jako jego pacjentkę profilaktycznie do szpitala zapuszkowano. Na badania do jutra.
Jutro ( tj we środę) coś badano, coś obserwowano, bo wód faktycznie mało, ale czy to jest za mało kto kto to wie... W każdym razie NFZ za dobę pobytu pacjentki nie zapłaci ( bo jak na dobę to wcale nie taka chora). Obiecano że zbadają i wypiszą w czwartek. W czwartek zrobiono wszystkie możliwe badania, które orzekły, że wód jest mało, ale nie na tyle mało, żeby dolewać, a o wypisie zdecyduje Łordynator który będzie...jutro czyli w piątek. Ogłosiłam nieoficjalny strajk głodowy i paskudnego niedoprawionego jedzenia nie tknęłam. ( Przez co wracam ze szpitala z większym synem, a mniejszym tyłkiem).
Po małym ataku płaczu, histerii i groźbie zakwitnięcia wytłumaczono mi, ze tak będzie lepiej, a że nie chciałam palić za sobą mostów, to zostałam. W piątek rano przyszedł łordynator, spojrzał głęboko w oczy, powiedział że jest nieźle i mogę iść do domu.

Było przyjść w piątek, cholera. Głupi, głupi, wombat.

Pobiegłam jak struś pędziwiatr do kuwety. A teraz biegam po własnym terytorium szczęśliwa jak wombat we własnej norze.

Ale przynajmniej poznałam szpital. Jest obskurny, brzydki, niekomfortowy. Ma za to fachową mi miła opiekę od lekarzy przez położne aż do salowych. Ma dobry oddział noworodkowy i fajną atmosferę. I myślę, że jak obywatel M nic nie poszaleje to po 14 04 zgłaszam się tam do cięcia. Wyjścia specjalnie nie mam bo M odwrócony do świata zadem.

I przy okazji mała refleksja. Przy porodach są ojcowie. Kiedy mi się to nie podobało, bo to jest nasza kobieca sfera, ale teraz chce Kota blisko, jako wsparcie. Ale przy łożach rodzących są też matki ( teściowe, babcie, ciocie - ogólnie spokrewnione kobiety z pokolenia do góry). I zadziwiła mnie ta więź jaka się w tej sytuacji między nimi tworzy. Potrafią siedzieć i gadać godzinami o tym co wyprasowały, co było w serialu, co widziały w sklepie. Po babsku. Po trochu mnie to zadziwiało, po trochu czułam lekką zazdrość. Ja na samą myśl, że matka moja mogła by przyjechał do szpitala dostałam ataku paniki i chęci uciekania w kapciach w nos. Myślę, że jestem w jakiś sposób niekompletna. Zdolności do pewnych relacji mi brakuje. W jakiś sposób relacja z Kocurem, Natalią i w obywatelem M są jedynymi stałymi emocjonalnymi ze światem. Tak, mam przyjaciół, ale dzięki Kocurowi czuję się na tle związana ze światem, na tyle żywa, że mogę te relacje kontynuować.

Nie wiem gdzie byłabym bez nich. Na pewno to tu to tam, bez korzeni, bardziej świecie idei, estetyki niż relacji. Bo między ludźmi ogólnie zazwyczaj znajduje się bardzo dobrze, muszę tylko pilnować, żeby za dużo mnie w tych relacjach nie było.

I tylko taki plus, że miałam czas czytać. Z czytadeł do poduszki zakochałam się w M. Krajewskiem. Trup, odór alkoholu, bardzo podejrzane typy półświatka, mrok i wspaniały styl. Erynie mnie zauroczyły. A co do Komnat Woll Hall, których nie skończyłam ciągle mam uwagę, że potwornie irytowało mnie, że nie wiadomo było w dialogach kto jest kim i kto w danej chwili mówi. Irytujące. Mniemam, że to zasługa tłumacza.

poniedziałek, 21 marca 2011

Marcowo

Miałam dziś cudowny dzień urodzinowy. Masę dobrych życzeń od fajnych ludzi. Dobrze, że jesteście blisko.

Spacer w słońcu, góra sushi, góra prezentów. Lody w gorących śliwkach. Bardziej i mniej spodziewanych. (-;
Tylko przegrałam zakład z Kocurem i za karę będzie oglądanie „klasyki”. Czyli Ghost Busters. Podobno mam braki w klasyce filmowej. Lat '80.

A w czasie spacerów wizyta między innymi w sklepie z winylami. Bo zakupiłam ostano adapter i kolekcjonuję fajne płyty. Aktualnie mam już:
- Phantom of the opera ( orginal cast)
- Don Giovanni ( Siepi, Corena, Danco)
- Leonard Cohen Songs of love and hate
- Wielki Czarodziej Oz ( dla Natlisa)
- Tosca ( dziwne wykonanie, troszkę histeyczne, bardzo stare)
- George Brassens
- Enrico Caruso ( składanka)
- Hair ( orginal cast)

I powiem tyle, Czarne płyty to jest wehikuł czasu.

Dziś jestem absolutnie szczęśliwa i nie martwię się niczym, a jutro rano prawdopodobnie idę do szpitala. Może na kontrolę, może mnie zostawią. M. ma 2,5 kg ale ciągle się nie odwrócił. Ma bardzo mało wód. Jak mało nie wiem, ale możliwe, że bardzo mało. Jak doleją też się może nie odwrócić, ale będzie mógł się swobodnie ruszać przynajmniej i trochę wyrobi mięśnie. Może będą dolewać, co podobno jest średnio przyjemne ( igła do brzucha), a może nie. Zobaczymy. Nie martwię się na zapas, chociaż w sumie byłoby o co. Będzie jak ma być i damy sobie z tym radę. Co prawda skierowanie mam na piątek, ale udam się jutro z jakąś bajeczką. Hipochondria podstawą przetrwania w Polskiej Służbie Zdrowia.


Trzymajcie kciuki. Bo wiecie jak to ja. Gram twardą, ale trochę mam stracha. Troszkę. Ale ciiii.

Rodzić jeszcze nie planuję, bo na początku kwietnia wchodzi do kin Młyn i Krzyż. I jeszcze mamy weekend w Krakowie. Może się uda ;-P