wtorek, 26 kwietnia 2011

Pochwała bezmyślności, czyli szczęście do koniuszków palców.

Czuję się dobrze. Jak na kogoś, komu parę dni temu rozcięli brzuch, skórę, mięśnie, macicę, a potem jeszcze przez dobę kazali łazić z drenem. Ale po kolei. Postaram się bez (zbyt) drastycznych szczegółów.

Rodziłam w szpitalu w Katowicach Bogucicach. Z zewnątrz wygląda jak z horroru, w środku stare okna, ponure sale, wspólne łazienki z zapchanym prysznicem. A do tego wspaniali lekarze, którzy mają dla pacjentów czas, świetne położne, delikatne i miłe. Ogólnie cały personel od ordynatora do salowej sprawiał, że każda pacjentka czuła się szanowana i zaopiekowania. Jeżeli miałabym komuś ze Śląska radzić miejsce porodu to tylko tam. Przyleli mnie w środę i noc spędziłyśmy na pogaduchach z rodzącymi na temat „horrory porodowe, czyli - a słyszałam, że jak koleżanka rodziła to...”. Na jedną z pacjentek tak to podziałało, że zaczęła rodzić już w nocy. A my poszłyśmy spać.

Ogólnie cesarka jest paskudna. Boli mniej niż naturalny poród, ale jest w tym bólu coś frustrującego. Jakaś niemoc, świadomość rany, słabość i strach. Poród naturalny boli bardziej, ale to jest mój ból, mój wysiłek, moje pokonywanie siebie. Tak czy inaczej po radościach typu cewnik i zastrzyk do kręgosłupa ( bolało ) przy całkowitej świadomości wyjęli mi młodego. Śliczny był. Maleńki, delikatny i kruchy, ale prześliczny.

Pierwsza doba na leżąco z kombinacją delarganu z morfiną. Potem każą wstać, ale surprajs: mam w brzuchu dren. Przed tym nie ostrzegały najbardziej dzikie fantazje i rozmowy. I chodzę sobie po korytarzu z rurką wystającą z brzucha. Bolało i wkurzało bardzo, ale tak marudziłam, że wieczorem zdecydowano się go wyjąc. I dano mi w opiekę Młode.

Nie lubię dzieci na tyle, żeby pracować jako opiekunka. Lubię swoje. Swoje kocham i mogę się godzinami gapić jak w telewizorek. Pierwszej nocy zaliczyliśmy dramat, bo młody nie umiał ssać. A ja się uparłam, żeby nie dokarmiać. I tak walczyliśmy do 4 rano. On płacząc z głodu, ja z bezsilności. Waga spadła do 2900. Odwodnienie. W końcu się złamałam - dokarmiłam butelką, a rano zaczęliśmy bitwę od początku. Było tym gorzej, że mleka znowu miałam jak na bliźniaki, a on nie umiał pić. Leżał obok mnie i płakał z głodu. W końcu najpierw odciągałam mój pokarm i mu go dawałam butelką. I dalej próbować karmić.

W końcu wróciłam do domu. Bogatsza o jedno dziecko, uboższa o 9 kilogramów.

Karmienie udało się. Teraz je tylko mleko wombacie. W nocy co 2-3 godziny z tą różnicą w stosunku do czasów Natalisa, że jak się obudzi to je 30-40 minut a nie 10 jak to czyniła Nat, no i rano czeka na mnie drugie dziecię. Ogólnie ratuję się muzykę. Średnio chce mi się czytać, ale kiedy młody w nocy chce noszenia, albo długiego karmienia, puszczam na czarnej płycie Cohena Songs of Love nad Hate, Toscę, albo Czajkowskiego. I jest dobrze. A kilka zasad nocnego wstawania to
- nie myśl o tym jak zmęczona, będziesz potem
- jeżeli masz coś zrobić, albo się przespać to ŚPIJ
- nie chodź spać po 24 ( no chyba że jest fajny film)

I tu pochwalona niech będzie moje bezmyślność. Bo ja specjalnie nie myślę do przodu. Nie wiem czy bym się tak łatwo zdecydowała na drugie, gdybym sobie o tym pomyślała. Zastanowiła się jak dam radę. Ja nie myślę - robię, jak mam ochotę.

Podobnie jak będąc we wczesnym liceum nie myślałam, czy warto jest już teraz kogoś pokochać na zawsze i najmocniej. Kocura takiego. Czy dobrze jest mając Natlisa znowu pacać się w nieprzespane noce. Czy warto jest poświecić się pisaniu z którego nie wiadomo co będzie. Nie. Ja zasadniczo nie myślę. Jak chcę, jak mnie ciągnie jak „cygana do skrzypiec, do miodu niedźwiedzia” to skaczę, robię a potem...zazwyczaj jakoś jest. I jest dobrze. Bo szlag z tymi nieprzespanymi nocami. Jestem nieprzytajona. Ale nieprzytomna ze szczęścia. Do trudnej do pojęcia szczęśliwości. Tyle, że mi się w ciele nie mieści.

Natalis wygląda na zadowolonego, ale wiem, że jest to chodzenie po cienkim lodzie. Coś jej się odbiera, coś daje w zamian, ale to musi dopiero poczuć. Staram się z nią jak najwięcej rozmawiać, spędzać jak najwięcej czasu. Pewna mądra osoba powiedziała mi ostatnio, że trzeba zawsze na początku faworyzować starsze dziecko. wtedy wyjdzie równowaga. Biologia cięgnie mnie do młodego. On co dostaje to jest jego, a jej się rozwala cały świat.

Tylko jedne ciemny punkt na tym jasnym niebie. W ferworze radości zadzwoniłam do rodziców i zaprosiłam ich do szpitala. Ze wszystkimi były matki, nawet nie mężowie, ale inne starsze kobiety. tak jak od czasów jaskiniowych. No to ja też zaprosiłam. Przez telefon ogromnie się ucieszyli. Matka nawet zaproponowała urlop, żeby „mi posprzątać bo pewnie masz brud i kto ci pomoże” ( Dla waszej wiadomości: można przejrzeć starsze posty: nie rozwiodłam się, poważnie).

W szpitalu z ojcem gadałam prawie godzinę. Matka pięć minut stała ze skrzyżowanymi rękami, spięta jak lew w klatce. Wszystko było źle, otwarte okno, decyzja, że Natalia pójdzie do szkoły. W końcu kiedy znudziło mi się sapanie nad łóżeczkiem młodego bez patrzenia na niego i powiedziałam; „To może sobie usiądziesz na tamtym ( dalszym) fotelu”. Usłyszałam
- Ja ciebie nie rozumiem. W ciebie chyba jakiś szatan wstąpił, że tak matkę traktujesz.
I poszła do samochodu. A ojciec tylko „ bo mama taka jest, ona jest wrażliwa, na to co jej mówisz”.

Cóż, w Wielką Niedzielę, córce nad łóżeczkiem wnuka powiedzieć, że szatan w nią wszedł. Takich rzeczy się nie robi, ani nie mówi. Ale czemu mnie to jeszcze dziwi. czy to pierwszy raz? Tylko się czasem boję, że jestem jakoś spaczona i jakiś cień tych chorych relacji matka - córka wpłynie na mnie i na Nat. mam tylko nadzieję, że wokół mnie jest tyle fajnych i mądrych osób, które coś takiego by w porę zauważyły i kopnęły mnie w zadek naprawdę mocno.

A na koniec coś pozytywnego. Portret z króliczkiem. A niedługo postaram się wrzucić kilka zdjęć grupowych. Moich i Młodego. I z całą ekipą. No i wiosna przyszła. Taka prawdziwa. Już się nie mogę doczekać, aż mnie wypuszczą na słoneczko. Bo rana to jedno, ale moje przeziębienie i ropny kaszel dalej siedzi. Dobrze mu z nami. Wcale się nie dziwię.




A to pamięta ktoś? Z archiwum bloga 2005. Natalis 3 dni (-;

2 komentarze:

emcia666 pisze...

O relacje z Natalisem się nie martw, naprawdę. Moja mama ma do dzisiaj nienormalne i dziwne relacje z moją babcią, ale nie odbiło się to na mnie ani trochę. A nawet jeśli to pozytywnie, bo relacje z mama mam aż chyba nazbyt przyjazne. ;)

beyondtheindigo pisze...

B. się cieszę, że byłaś w dobrym szpitalu (chociaż obskurnym) i dobrze Cię potraktowano, bo dużo się słyszy o tym, że kobiety na oddziałach położniczych nie są traktowane dobrze... No i cieszę się, że Natalia nie jest bardzo zazdrosna i że Ty jesteś szczęśliwa i się dobrze czujesz :)

Prześlij komentarz