sobota, 17 lipca 2010

Śmierć w Wenecji

Wróciłam z Wenecji. Nie z tej we Włoszech, choć efekt tej na której byłam nie była ani odrobinę mniejszy. Chcieliśmy z kotem iść na coś do kina, a oferta oscylowała między Szrekiem ileśtam a Drużyną A. Na szczęście znalazłam w Światowidzie Wenecję Jana Jakuba Kolskiego. Jego filmy zasadniczo lubię. Są sympatyczne, malarskie, oryginalne i magiczne. Podobała mi się i Afonia, i Jańcio i Jasminum, choć nie nazwałabym ich arcydziełem. Czegoś mi brakowało i to coś znalazłam w Wenecji.

Tematycznie Wenecja skojarzyła mi się z Labiryntem Fauna. Wrażliwość dziecka, okrucieństwo wojny i świat który nie wiadomo, czy do końca jest magiczny czy zmyślony. Ale Labirynt przy Wenecji wydaje mi się o wiele bardziej jednowątkowy i toporny. Zbyt dosłowny. W Wenecji elementów fantastycznych prawie nie ma. Właściwie zupełnie nie ma, jest za to świat marzeń, zmysłowa rzeczywistość pełna tęsknoty, zapachów i kolorów, która jest rozszarpywana przez rzeczywistość wojny.

Nie jest to do końca film o Marku – głównym bohaterze. Ma on bardziej rolę spajania wielu wątków i historii. Jego własnych marzeń o Wenecji, Wenecji mieście magicznym, wyśnionym, miejscem gdzie będzie szczęśliwy i kochany. Nie chcę tu być – cięgle powtarza Marek – i buduje sobie najpierw w wyobraźni potem w piwnicy swoją Wenecję. Jest też świata jego matki i jej sióstr, który kojarzy się z Trzema Siostrami Czechowa. I świat wojny, pokazany za pomocą klisz i symboli, oczami dziecka, ale w miarę trwania filmu miałam wrażenie, że ta wojna zaciska mi na szyi pazury.

Film ( słusznie!) nagrodzony za zdjęcia, ma jak dla mnie zupełnie niedocenianą reżyserię. Nie ma tu zupełnie zbędnych elementów, a wszystko łączy się w perfekcyjną układankę, taką dokładność widziałam tylko u Almodovara. Może właśnie dlatego tak działa na emocje, przez to, że z początku tak wolny, senny, chwyta za duszę i porywa w świat, który jest nie tylko bajkowy, ale i okrutny. A śmierć jest jak najbardziej realne, niepotrzebna i często przypadkowa. Film nie próbuje pokazać niczego z punktu wiedzenia dziecka, on to robi. I zarzut, że historia jest pokazana stereotypowo jest absurdalny, bo dokładnie tak to mogło być widziane. Może rozumiem to tak bo ja też miałam swoją „Wenecję” i taż zamykałam oczy mówiąc ja nie chcę tu być.

Nie ma tu żadnego czytelnego czy narzucającego się przesłania. Może inni recenzenci je widzieli, ja nie. Jest natomiast, o czym w recenzjach nie czytałam przerażający smutek. Mniej więcej od połowy filmu ryczałam, co zdarza mi się niezwykle rzadko ( Na scenie śmierci w słonecznikach prawie nic przez łzy nie widziałam). O ile poprzednie filmy Kolskiego były może nieco melancholijne, to ten był absolutnie głęboko poruszający. Wstrząsający i smutny. Bo Wenecja pozostała przecież tylko zalaną piwnicą.


I jeszcze jedno mnie smuci. A właściwie to nawet złości. Ostatnio rozmawiałam ze znajomym na temat kina w Polsce i powiedziałam, że zasadniczo jest słabo. A teraz zobaczyłam obraz poruszający, który nie na tylko naszego marnego podwórka jest wybitny, ale rewelacyjny na tle wszystkich filmów. I co? Nagroda za obraz, wyświetlany kilka razy w kinie studyjnym dla 4(!) osób, a kiedy czytam recenzje to za głowę się łapię czy ci mądrzy panowie od filmów to oglądali. A przy tym promowany jest patetyczny toporny o gracji hipopotama Katyń i nudny zupełnie bez pomysłu Rewers.

Ps. Z tej okazji zrobiłam na blogu listę ulubionych filmów ( lista obok na dole). I jakby nie patrzeć są tylko dwa nasze. Kolskiego. I Wenecja jest zdecydowanie lepsza.

środa, 14 lipca 2010

Wakacyjnie. Dwa słowa co u wombata.

Upalnie, wakacyjnie. Jeszcze ze wspomnieniami z Gdyni, z czasem wspaniałych rozmów babskich w nocy w kuchni o książkach i innych demonach, a już pakuję się na kolejne wyjazdy. Z Gdyni przywiozłam dużo ciepła i gościnności, dziękuję Zuzie ( jej rodzinie za cierpliwość...) i Ewejce. W międzyczasie robimy remont korytarza, raz się lepiej dogadujemy, raz gorzej, ale efekt jest niezły. A oprócz tego korzystam z faktu , że Nat nie ma przedszkola i spędzamy czas robiąc najróżniejsze rzeczy – wesołe miasteczka, baseny. W wesołym miasteczku zabrałam Nat na wszystkie karuzele na które mnie rodzice nie puszyli (-; A wieczorami włóczymy się po imprezach. Córka już na tyle duża, że da się ją zabierać z nami. Po wyjściu w nocy od Gawronów rzuciła na korytarzu „super była ta impreza”. Kształci się dziewczyna. Jedyny tego minus, że nie mam chwili, żeby się skupić na pisaniu Czegoś Nowego Dużego. Na razie spisuję notatki na marginesach i gromadzę wena w słoikach.


Teraz Jawornik z Natti i dziewczynami. A zaraz potem tydzień w „kompletnym nigdzie” czyli Wołowcu w Beskidzie Niskim. Trochę po pagórkach i chaszczach pochodzimy. (-; Potem Flamberg, a na końcu na jesieni rej z Grecji z Hanią, Levisem i Ociepkami. Miejmy nadzieję, że kierowanie łódką będzie wychodziło mi lepiej niż prowadzenie samochodu. A na sam koniec Operowy Berlin jesiennie (-;

Kiedy myślę o tych wakacjach to cieszę się, że są mniej szarpane i stresujące niż te w zeszłym roku.

Wakacyjne czytanie M. Atwood „Zbójecka Narzeczona”, Conrad „Heart of Darkness”
Oglądanie Astropia

A to kilka zdjęć Nat. Z warkoczykami.
Znikam do biblioteki i zabieram się za ciasto z porzeczkami.




niedziela, 20 czerwca 2010

Superwidowisko...jak nasze autostrady.

Kilka słów o „Superwidowsku” Turandot we Wrocławiu. Ogólnie jestem za tym, żeby opera wychodziła do ludzi. Podoba mi się pomysł widowisk w plenerze, w piknikowej atmosferze z herbatą w termosie ( dzięki Natti!) pod gwiaździstym niebem. Podobają mi się też wszelakiego rodzaju eksperymenty i nowatorstwo w operze jak i w teatrze. Zresztą dość entuzjastycznie pisałam tu o Berlińskiej wersji, która była bardzo nowoczesna i dla niektórych dziwna.

A mimo to wczoraj byłam zniesmaczona i rozczarowana. Zawalono w zasadzie prawie wszystko z małymi wyjątkami, ale chyba najgorszym winowajcom jest tu reżyser pan Michał Znaniecki. Reżyseria była tak koszmarna, niespójna i bezsensowna, że nie można było się dopatrzeć w ogóle jakiejkolwiek wizji i interpretacji. Czułam się jak na notabene „sperprodukcji” Wiedźmin. Bo Wrocławska Turandot tak miała się do treści opery, jak film Wiedźmin jak do książki Sapkowskiego.

Do dyspozycji miano ogromną przestrzeń na której ustawiono ogromnej wielkości spiralny mur (?!) i ogólnie bardzo się starano, żeby całej tej przestrzeni w ogóle nie wykorzystać. Po scenie biegali co jakiś czas tancerze w dziwacznych strojach, woalach i z piłkami (?!) ale wszystko to nie miało żadnego związku z fabułą, ani z tym co w danym momencie się działo. Ogólnie na całej dużej przestrzeni prawie nic się nie działo – co jakiś czas ktoś biegł w losowym kierunku i machał rękami, ale brakowało dynamizmu i jakiejkolwiek synchronizacji. Śpiewacy byli widoczni w zasadzie tylko z kilku Vipowskich miejsc a telebimy pokazywały ich stojących w innym kierunku, przez co połapanie się co w zasadzie dzieje się na scenie było zadaniem niełatwym.

Sama Turandot to historia o miłości i władzy – od reżysera zależy którą interpretację uzna za ważniejszą. Tu miłości nie było. Kalaf nie patrzył wcale w kierunku Turandot zazwyczaj stał d niej bokiem i tyłem. Nie było pokazane ani grama emocji między nimi. W scenie zagadkami stoi za jej tronem. Dlaczego? Nie wiadomo. Nawet III akt śpiewa do niej bokiem. Szczerze mówiąc to dziwactwo zirytowało mnie najbardziej. Wypruć Puccieniego z emocji to się trzeba postarać.
Władzy też tu nie ma. Cesarz siedzi gdzieś z tyłu jak z budki z lodami. Wprawdzie tron Turandot ( przypominający nieco gigantyczny kwiatek z papierka cukierku) stoi na wysokości, ale Kalaf kiedy tylko chce podchodzi do niej i stoi za jej plecami. Do symbolu władzy, do Chińskiej księżniczki. W chwili „uderzenia w gong” gongu w ogóle nie ma, ale książę stoi za tronem i uderza ręką w ziemię. Jak King-Kong – gdybym nie wiedziała o co chodzi, to bym nic nie zrozumiała.

Chór był gdzieś schowany – zamiast robić za tłum Pekiński robił za dziwaczny głos z offu. Orkiestra też była gdzieś daleko, słyszalna była średnio a synchronizowana ze śpiewakami jeszcze gorzej. Nagłośnienie ogólnie pozostawiało wiele do życzenia, podobnie jak praca kamerzysty który dawał obraz na telebim. O maleńkim druczku napisów już nie wspomnę. Jak się człowiek skupiał na czytaniu nie widział tego dramatu na scenie.

Widać że budżet nie był jakoś mały. Dekoracje były zrobione z rozmachem, wprowadzono projekcje multimedialne. Latające baloniki, nawet fajerwerki pod koniec III aktu ( Same ognie sztuczne były kiczowate, psujące konwencje i skutecznie zagłuszające muzykę). Ale zabrakło temu wspólnej wizji i interpretacji. Szkoda.

Jadąc miałam duże oczekiwania do reżyserii ( bo to się da zrobić) a bałam się wokalu. Nasłuchałam się wersji Maria Guleghina - Marina Poplavskaya - Marcello Giordani i cóż, wiedziałam, że raczej tej klasy gwiazd nie będzie. Nie wiem czy mogę się jakoś autorytarnie wypowiadać, ale w tym „superwidowisku” śpiewacy byli najmniej winni. Zwłaszcza Liu (Jana Doležílková) i Turandot ( Evgenyia Kuznetsova) słuchało się bardzo miło. Mocne wyraźne głosy. Calaf śpiewał może nieźle ale za cicho i jakoś bez emocji to w połączeniu z grą aktorską nie robiło specjalnego wrażenia.

Wiem, że o dobre głosy najtrudniej. Tym bardziej mi żal – bo mimo że zebrano fajne głosy ( żeńskie przynajmniej) sporą publiczność i budżet to nie wyszło. Zabrakło koncepcji, wyobraźni, dbałości o szczegóły. Sam rozmach niestety nie wystarczy. Chyba, że komarom, których było sporo.

środa, 16 czerwca 2010

Oif'n Weg Steht a Boim

Tak wyszło, że przyszło mi śpiewać wieczorem kołysanki. Aaaa, kotki dwa, Z popielnika, Był sobie król i inne. I czasem szperam też za innymi, nie tylko polskimi. Jakiś czas temu zlazłam kołysankę, która bardzo mnie poruszyła. Nie po polsku, w yiddish i trochę musiałam poszperać zanim zlazłam jej tekst i tłumaczenie. Czasem ją też próbuję podśpiewywać, choć ktoś znający język chyba umarłby ze zgrozy nad błędami wymowy. Ale tak czy inaczej jest piękna, więc pozwolę ją sobie zamieścić. Z dedykacją dla Natalki, Jasia, Olgusi, Emilki, Julki (-; Plus tłumaczenie, które udało mi się znaleźć.


"A Tree Stands by the Road"

By the wayside stands a tree
Bent against the storm
All the birds from this tree
Flew away

Three to the west, three to the east
And the rest to the north
Leaving the tree
Alone and unprotected

Then I told my mother: look
Please don’t stop me
Soon mother I will
Become a bird

I will sit in the tree
And will comfort it
During the winter with my tender care
And a beautiful song

Mother says: no my child
And she cried
You might freeze to death
On this tree, God forbid

I told her: Mom save your
Beautiful eyes
Because before you know it
I will become a bird

Mother cried: Itsik my dear boy
Look for God’s mercy
Put on a scarf
Otherwise you'll catch cold

Put on your galoshes
It will be a harsh winter
And wear your fur hat too
Oh woe is me

Put on also your warm jacket
Do this you foolish child
If you don’t wish to become a guest
Amongst all the dead

I lift up my wings but it’s hard to fly
Too many things to wear
Has Momma put
On her weak little fledgling

Sadly I gaze
Into my mother’s eyes
Knowing that it was her love
That kept me from becoming a bird

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Biblioteczka...tym razem trzydziestolatki (-;

Drodzy moskwiczanie i goście stolicy! Moskiewskie metro to system transportu, którego użytkowanie wiąże się z podwyższonym ryzykiem.
[Informacja w wagonie moskiewskiego metra]
Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła.
Chan


Strasznie się cieszę, kiedy z niecnacka wpada mi w łapki genialna książka. Tak było z Hakawatim, idę sobie do Empiku, przekładam i wiem, że to jest Ta książka. Tym razem książkę wyszukał Pan Kot. I nie mógł się oderwać. Tak jak kilka dni później ja.

Metro 2033 Dymitra Glukhovskyego jest w jakiś sposób porównywalne do Patroli Łukanienki. Rosyjską atmosferą i pełnokrwistymi postaciami. O ile w Patrolach są typowo fantastyczne założenia – magowie – wampiry to w metrze tego nie ma prawie w ogóle. Jest za to mroczna wizja posapokaliptyczna świata po trzeciej wojnie i ostatnich niedobitków ludzkości, którzy chowają się w moskiewskim metrze. Wszystkie wątki nadnaturalne są z pogranicza jawy i snu i w zasadzie nie wiadomo co się w zasadzie dzieje, co jest urojeniem, a co realnym zagrożeniem. I chyba nikt tak jak Rosjanie nie rozumie pojęcia Tajemnicy – czegoś o czym się raczej szepcze nie mówi. Książka jest dużo mroczniejsza niż Patrole – zakończenie, którego nie chcę zdradzać jest gorzkie, przygnębiające i stanowi bardzo ostre rozliczenie z cywilizacją człowieka. I co jeszcze jest dodatkowym bonusem to cała książka jest pełna najróżniejszych nawiązań książkowo – filmowych. Od Strugackich, Diuny, Władcy Pierścieni po Gwiezdne Wojny. I można się kłócić na ile ma to podstawy logiczne – ile mogłaby demograficznie przetrwać w metrze taka grupka ludzi, ale chyba nie ma to sensu. Bo cała książka jest w tym kontekście metaforą cywilizacji homo sapiens i najróżniejszych jej zachować i poglądów.

sobota, 12 czerwca 2010

Dobry był dzisiaj dzień....



sobota, 5 czerwca 2010

Biblioteka cztero i pół latki

Ponieważ bloga czytają też osoby mające małoletnie dzieci i zapewne tym dzieciom czytają pozwolę sobie zamieścić mój mały osobisty subiektywny zbiór najlepszych książek dziecięcych. Kiedyś czytałam o paskudnych niedojrzałych matkach, które fundują sobie dzieciaka bo chcą im kupować słodkie ubranka na allegro. Cóż, ja ubranek kupować nie lubię. Za to kupowanie i czytanie książek to jest prawdziwa przyjemność... Kolejność przypadkowa – wybór mój i Natalisa co lubimy obie czytać najbardziej.

1) Zdumiewające opowieści Pandy
Trafione przypadkiem w taniej książce w Krakowie. Przepiękne ilustracje akwarelą, plus bardzo fajny tekst. Taoistyczne, eleganckie, urzekające.



2) Trzy Pytania
Ilustrowane akwarelami przez tego samego autora co Panda Tafla. Przypowieści Zen i adaptacja opowiadania Tołstoja. Urocze, mądre, a w tym wszystkim trzy czterolatkom się podoba.



3) Interesy Pana Kota
Pan Kot postanowił się wzbogacić w tym celu, za radą jednego z wujów założył sklep. Z myszami w konserwach. Lekkie, bardzo włoskie, przezabawne. Autor Gianni Rodari jest laureatem nagrody im Andersena. Bajka pisane wiele lat temu, a cudownie świeża (-;



4) Pan Mruczek i Mysia Rodzina
Książka znalazła się na liście awansem i na kredyt, bo kupiłam ją wczoraj. Zaczęliśmy czytać, na razie obu nam się ogromnie podoba. Śliczne ilustracje. Myszy mieszkające w antykwariacie.




5) Gilbert Wielki

Ulubiona bajka Natalki z tego spisu. „Odkąd Gilbert, Wielki Żarłacz Biały był małym rekinem, Rajmund Rybka Romera zawsze pływał u jego boku...” Książka pisana przez ludzi z Shark Trust mająca na celu propagować idee, że rekiny są ciekawe i fajne. Cóż ja i tak uważam, że Rajmund zniknął bo zjadła go pani Kąsek mama Gilberta...



6) Emil ze Smalandii A. Lingren
Cudowny prezent od Hani (-; Przyznam szczerze, że obie lubimy, choć chyba ja nieco bardziej. Znaczy, kiedy czytam, to tak się śmieję, że Natalka ledwo mnie rozumie. Ale przynajmniej nie musi się prosić o poczytanie.




7) 80 Baśni dookoła Świata
Przepięknie ilustrowany wybór 80 baśni. Teksty są krótkie, nie przesłodzone, przystępnie napisane i co najfajniejsze nie zawierają wiele baśni, których nie znałam z naprawdę najdalszych kątków świata.


8) Bajki Wszech Czasów
Zbiór klasycznych bajek Andersena i Grima. Nieźle napisane, a co najważniejsze fenomenalnie ilustrowane – rysunki są mocno inspirowane malarstwem flamandzkim.




Niestety na liście nie ma moich ukochanych Muminków i Baśni Birmańskich „O Złotym Żółwiu” Natalis nie przepada za tymi pozycjami. Może z czasem polubi (-; Nie ma też lokomotywy Tomka, której ja już mam dość i uparcie czytam często powtarzający się zwrot „Bardzo Użyteczna Lokomotywa” jako „Bardzo Bezużyteczna Lokomotywa” czym doprowadzam córkę do pasji (-;