czwartek, 9 kwietnia 2009

I zostanie tylko Pstrowski...

Jestem nałogowym czytaczem. Skończyłam Gargulca i z wypiekami poleciałam do Empiku. Czasu niestety miałam mało czasu, wiec szybko pobiegłam do kasy z książką o uroczym szuru Firmim. Opowiem jak skończę. Oprócz książki zabrałam z sobą pewną obserwacje.

Otóż ostatnio przybywa nam specyficznych książek – klonów Kodu Leonarad Da Vinci. Książek, czasem badziewie słabych, czasem całkiem dobrych, pisanych według jednego schematu.
Mamy:
-Znanego artystę,
-zaginione dzieło,
- tajemnicę, trupa,
- mile widziana para,
- opcjonalnie tajne stowarzyszenie.

Mamy kody ( sekrety, tajemnice itp.) Leonarda da Vinci,(Kod leonarda Da Vinci), Vivaldiego ( Tajemnica Vivaldiego płyta gratis), Chopina ( Manuskrypt Chopin), Mozarta, Beethovena ( Dziesiąta symfonia), Szekspira ( nawet dwie książki – Szyfr Szekspira, Księga Powietrza i cieni), Dantego ( Klub Dantego), Freuda ( sekret Freuda), Poego ( Cień Poego), Aleksandra Wielkiego ( Zagadka aleksandryjska)
…że pozwolę sobie Eco i jego arystotelesowską wymienić osobno ze względu na szacunek i pierwszeństwo.

Mania jakaś czy co?

Ja jestem pisarz początkujący. Z ilością czasu jaką mam na pisanie i brakami warsztatowymi jakie mam do nadrobienia, powinnam być niezła jakoś tak w wieku około emerytalnym. Mniejsza z tym. Ale znam ludzi którzy pisać potrafią i powinni to robić. Choćby Ania. Bazując na jednym z takich pomysłów mogą by zagarniać całkiem sporo sławy i pieniędzy. Tylko powinna się pospieszyć, bo w tym tempie niedługo zabraknie jej sławnych ludzi na bazę tematu. Zostanie tylko Pstrowski.

Oferowaliśmy się ostatnio z Przemem z wymyśleniem fabuły dla Ani. ( Oczywiście za drobną prowizją w przypadku sukcesu).

Kod Pstrowskiego czyli Ostania Sztolnia


Bohater Bazowy: Wincet Pstrowski
Tajemnica: Nieznana nikomu tajemnicza sztolnia w której rzeczony BB ( Bohater bazowy) znalazł Tajemnice Mogąca Zmienić Losy Świata. Niby czemu kopał jak wściekły? Bo odkrywał Tajemnicę…i wiedział ze czasu ma coraz mniej. Niestety w wyniku knowań Złych Bohaterów zostaje otruty i umiera. ( Ktoś jeszcze wierzy w bajeczkę o białaczce lub resekcji zębów i powikłaniach?)
Akcja: Czasy współczesne. Młoda pani humanistka z ładnymi cyckami pracująca w Muzeum Górnictwa odkrywa Tajemniczą Substancję na pamiątkach po BB. Rozpoczyna śledztwo. Niestety grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, bo Źli bohaterowie nie śpią. Na szczęście znajduje pomoc w młodym górniku i razem wyruszają na odkrycie tajemniczej Sztolni.
Bonusy: Seks w windzie kopalnianej ( Przem mówi że jak będzie jechała w górę, a ja jak w dół – cóż różna percepcja orgazmu) i koniecznie strzelanina za maszynami górniczymi.
Tajemnicze stowarzyszenie: Proponuje Bożogrobców bo kiedyś byli w Chorzowie.

Opcjonalnie Przem proponował Kod Jana Pawła II ( Zaginiona Encyklika) ale moim zdaniem za ostro. I nijak scen miłosnych nie przyłatasz.

sobota, 4 kwietnia 2009

Słowa i dźwięki

(żeby nie było, że tylko notki przepisuję, słowo od siebie / i dzięki za dzisiejszy wyjazd A. )



Jeszcze bardzo krótko o fascynacjach muzycznych i książkowych. Fatalną stroną zapalenia spojówek i kanalików łzowych, które męczy mnie od Berlina jest fakt, że nie mogę czytać. Dwa tygodnie nie czytałam ani stronniczki. Zdycham. Więc kiedy wczoraj przyszedł Gargulec Andrew Dawidsona to rzuciłam się jak foczka na rybę. Nie wiem jak będzie dalej, ale to jest cholernie dobrze napisane. I z pomysłem.

A z muzyki odkryłam pewną płytę. Poniekąd operową. Ścieżka dźwiękowa do filmu Match Point W. Allena. Kawałki opera ze starych trzeszczących płyt. Kiedy Enrico Caruso zaśpiewał Eliksir Miłosny to się poskładałam. Oczywiście w ciągu 5 minut płyta była moja ( za pomocą starego dobrego torrenta) i teraz łażę z mp3 z wyrazem pyska natchnionym. I marzę o adapterze i czarnych trzeszczących płytach i muzyce jak wehikuł czasu.

Zdarzyło się wczoraj... notka by Aniołak

Historia z wczoraj spisana przez Aniołaka. Przyklejana z jej Lj za zgodą autorki. A ja potwierdzam. Tako było.

Dzisiejszemu teatrzykowi patronuje cesarz Tyberiusz Klaudiusz Nero Cezar Drusus Germanik i jego wyczucie przemysłu rozrywkowego.

Osoby:
Olga - Olga, moja podopieczna, dwa lata z kawałkiem, mało uspołeczniona.
Natalia - Natalia, córka Labrui, już przedszkolak, więc z social skillem.
Kot Hella - kot Labrui, bardziej czarny niż biały.
Kot Mercedes - kot Labrui, bardziej biały niż czarny.
Przem - mąż Labrui, tata Natalii.
Labruja - Labruja.
Ja - ja.

Miejsce: Dom Labrui. Powód: przyjacielska wizyta Olgi u Natalii.
Motyw przewodni: dzieci, koty i hiszpańska inkwizycja.

Akt I

Scena 1
Wchodzimy. Na progu wita nas Natalia.
Lab: Uprzedzam - Natalis dziś nie spał. Leżała i powtarzała: Olgusia dzisiaj przyjdzie...

Scena 2
Olga trochę przerażona klei się do mnie - dotąd nigdy nie była z wizytą bez mamy. Natalis wyciąga sznurek.
Nat: Olgusiu, chodź łowić ryby!
Olga (wygląda na zaskoczoną).
Nat: No, chodź, pokażę ci, jak to się robi. O (zarzuca sznurek). Najpierw rzucasz. Teraz wyciągasz rybę (wyciąga). I jesz. (zjada) Hap. O, tu złowiłam dla ciebie słodkiego łososia... Zjedz.
Olga (zjada).
Olga (widzi kota Hellę).
Olga (ożywa): Kotek!!!
Sprint - kota pod stół, Olgi za kotem. Okrzyk: Kotku, kotku!
Natalia (zdegustowana): A ja mam tu dla ciebie taką pyszną rybkę...

Scena 3
Olga (łowi rybę na dywanie w pokoju).
Nat: Oooo, zobacz, tam jest rybka. Ale ona jest chora!
Olga (zarzuca wędkę).
Nat: Nie!!! Ona jest chora, zostaw ją!
Lab (filozoficznie): Musi wyzdrowieć, potem się ją zje.


Akt II

Scena 1
Zaglądam do pokoju Natalii. Na ziemi siedzi Olga. Naprzeciw siedzi Natalia i wciska jej na lewą nogę prawy but.
Nat: Siedź, Olgusiu, ja ci chcę pomóc... No, zostań, pomogę ci założyć buciki... No, pomogę ci...
Ja (wpadam do kuchni): Zaczynają się tortury. Natalia używa butów hiszpańskich.

Scena 2
Nat (wciska na swoją nogę pantofelek Olgi, bardzo mozolnie).
Lab: Ktoś ma tu syndrom starszej siostry Kopciuszka.
Nat: (patrzy na nas potępiająco): Muszę sprawdzić, czy pasuje. (Po chwili walki z pantofelkiem rzuca go zrezygnowana na kanapę): Za duży.

Scena 3
Dziewczyny w sypialni.
Olga (usiłuje wejść pod łóżko): Kotku...
Nat: A ja cię przytulę...
My (Lab i ja, ze zgrozą): Nat, nie duś Olgi!!!
Olga (ledwie zipie, ucieka do nas, pada na łóżko, Nat pada na Olgę)
Następuje Ostra Interwencja.
Nat (zdziwiona): Ale ja tylko Olgusię chciałam przytulić...
Ja: Pieszczoty trzeciego stopnia.

Akt III

Dziewczyny się rozkręciły. Następują Zabawa w Ukwiale (czyli włażenie pod suszarkę do bielizny z rozwieszonym praniem), głaskanie kota (mocno trzymanego przez Lab), jazda w samochodzie (z karimaty), walka o prawo do karimaty i kartonowego pudła, gonienie kotów, jedzenie obiadu, Wyprawa do Palmiarni z Kasowaniem Biletów, układanie puzzli (Olgusiu! Źle układasz!), gonienie kotów...

Scena 1
Lab: Hej, dziewczyny, bawimy się w "Rolnik sam w dolinie"!
Nat i ja (wciągamy Olgę do kółka, ale Olga nie wie, o co chodzi).
Tańczymy i śpiewamy.
"Rolnik sam w dolinie... Rolnik bierze żonę..."
Nat: Olgusiu, będziesz żoną!
Olga (wyrywa się).
Lab: "Żona mu ucieka, żona mu ucieka..."
Olga (ucieka do kuchni). Nat (rzuca się na Olgę).
Lab: "Rolnik łapie żonę... Rolnik łapie żonę... Żona bardzo krzyczy..."

Scena 2
Ja: Olga, nie właź pod łóżko.
Olga (leży przy łóżku i woła prosząco): Kotu, kotu...
Ja (odruchowo): Kocie. Zostaw, kot musi mieć jakiś azyl, ostateczne schronienie, więc nie wchodzi się pod łóżko za kotem.
Lab (łapiąc Kota Mercedes i podtykając Oldze do głaskania. Kot ma spojrzenie szaleńca, ale daje się głaskać): Spokojnie. te koty mają tu tak dobrze, że raz na tydzień mogą popracować w przemyśle rozrywkowym.
Ja: Owszem. To tak jak chrześcijanie za Nerona. Oni też pracowali w przemyśle rozrywkowym.
Lab: Poniekąd...
Ja: Lecz tylko raz.

Scena 3
Olga: (łapie mnie za ręce): Fiku-miku!
Ja (pomagam jej zrobić fikołka)
Nat: Ja też chcę!
Ja (próbuję): Sorry, Natalis, ale ja nie dam rady. Nosić cię mogę, ale nie zrobisz ze mną fikołka. Z mamą też. Spróbuj namówić tatę.
Pojawia się tata.
Nat: (rzuca się na Przema)
Przem: O co chodzi?
Ja (tłumaczę).
Przem (do Nat): Nie, Natalia. Ciocia mnie jeszcze nie zna, więc mogła powiedzieć, że pomogę ci zrobić fikołka, ale ty dobrze wiesz, że ja jestem leniwy i fikołków nie będzie. Ale nie martw się, za jakiś czas, jak będziesz chciała, to zapiszemy cię na judo i tam będziesz mogła robić fikołki do woli.

niedziela, 29 marca 2009

Trzy różne sprawy

Trzy sprawy w ogóle z sobą nie związane.

Po pierwsze to wyjaśnienia poprzedniej notki. Nie wiem czy wyraziłam się jasno. Hasłowania nie będzie. Jak u mnie jest z ostrożnością i myśleniem to wiecie. Zresztą, może mam w życiu szczęcie, ale wszystkie nawet bolesne rewolucje, były po zastanowieniu się dokładnie tym czego w życiu potrzebowałam. Źle było kiedy dryfowałam, kiedy nic nie robiłam i pozostawiałam sprawy do zastanowienia się i do „jakoś to będzie”.

Cały pomysł pisania ostrzej o sobie, bardziej z bebechów wyniknął z rozmowy z Przemem w Berlinie. Rozmawialiśmy o rzeczach które mi we mnie samej przeszkadzają. Padło porównanie do mieszkanie które „ jakieś tam jest” da się żyć, ale w sumie wszystko nawala, elektryka, łazienka, stare meble i nie wiadomo za cos się najpierw zabrać. Co się nie ruszy to jest powiązane z czym innym. I doszliśmy do tego, że to trzeba po kolei. Pomału, ale konsekwentnie. Bo to jest moje życie i jak ja go nie kopne w dobrym kierunku to nikt tego ni zrobi. Chodzi głownie o moje relacje ze światem i z samą sobą. W zasadzie tematycznie z dwoma wyjątkami : relacja ja - Przem i fizyczna i psychiczna. Raz że to już są Nasze sprawy a nie moje tylko. A dwa że odpukać, jest to jedna z rzeczy niewielu która układa się Dobrze. Co do pisania tego do szuflady, do było by za bardzo cackanie się ze sobą. Ewentualnie mogę opatrzyć jakimś raitingiem typu „ uwaga, wnętrzności na widoku”. Bo nie wszyscy muszą chcieć oglądać. (-; I wielki napis „ Nie pocieszać, nie głaskać w komentarzach, nie tulić. Można zrozumieć, nie odrzucać, może napisać maila albo list.”


A teraz z zupełnie nie bebechowych newsów ze świata aniska:

Przyszło ubezpieczenie za Nat. Ja muszę nadmienić, że ogólnie jestem przeciwnikiem ubezpieczeń. Jak w pracy podpisywałam ubezpieczenie czytając rubryczki rubryczkami „ śmierć współmałżonka” „ śmierć bliskiej osoby”, „trwałe kalectwo” to sobie myślałam jaką bezczelnością jest w ogóle próba wycenienia tych rzeczy. Czy da się w jakiś sposób wymienić kwotę która choć trochę zminimalizowała by mi po nich ból. Nie da się. Jak dotąd jak ognia unikałam jakichkolwiek ubezpieczeń, które nie są narzucone przez prawo. Wole mieć szczęście nić polisę. Pomijając ubezpieczenie gwarantujące ci szpital czy normalne leczenie to jest to dla mnie po prostu żerowanie na strachu i lekach.

No ale Nat w przedszkolu jakoś ubezpieczyłam. Wszyscy ubezpieczali to ja też, Zresztą coś mówili że obowiązkowe to nie będę wojny robić. I teraz Alianz wycenił mi 2 tygodnie szpitalu, ból, blizny które zostaną. Nawet sobie myślę, ok. nawet fajnie. To są pieniądze Nat. Za jej ból. Kupie bilety do Walencji albo Lizbony i pojadę z nią na 3 dni w kwietniu. Do oceanarium. Niech sobie te rekiny, foki, skrzydlice, rozdymki i inne poogląda. A co. I dostałam, kurna. 400 zł. Mniej niż ZUS obciąć z moje pensji z racji l4. Do Walencji to z nią za to raczej nie pojadę. Do Chorzowa chyba, psia mać. Jak nie jestem pazerna to mnie to zirytowało. Pewnie pieniądze rozjedzą się na dom. I tylko jakoś mi zależy żeby Nat miała w tym jakiś udział. Kolejna zabawka? Dziękuję.

Na razie jestem za tym żeby wybrać kilku pewnych organizacji non profit ( Np. wykup koni, koci azyl, Studnie dla Sudanu)– opowiedzenie o nich Nat dokładnie i pozostawienie JEJ decyzji na co chce kasę przeznaczyć, a ja ją tam wpłacę. Przynajmniej połowę. Nie zebrało się na jej marzenia, może będzie mogła przyczynić się do spełnienia czyjś.


A dwa to byłam dziś w kinie. Średnio to mądre na zapalenie spojówek i kanalików łzowych, ale kot chce, kot robi. Na Lektora zdecydowałyśmy się w sumie z Anią przypadkiem. Trochę po rekomendacji z Lj, trochę po tym kto film reżyserował. Film bardzo dobry, oszczędny w środkach, poruszających historia bardzo pokręconej miłości. Chwilami miałam wrażenie, że film próbuje być jednocześnie dramatem, film o miłości i o rozliczeni Niemców z historią. To ostanie chyba wyszło najmniej. Natomiast jako dramat bardzo dobry.

I przy okazji jedna refleksja, dlaczego film mnie zmaltretował. Słowa, słowa, słowa. Ja wiem jak te pisane i te czytane potrafią oczarować, wpłynąć na relacje i zapisać się głęboko. Dwie osoby z którymi pisałam listy papierowe to również dwie, które mi czytały na głos. Małe literki długopisem na papierze w kratkę i zeszyt pisany czarnym atramentem. Dziesiątki książek które mi czytano: Wilka Morskiego, Dumasa, Trylogie, Dickensa i …Cortazara. I choć różnie potem było, mądre i głupie decyzje miałam, ale tylko o tych historiach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że kochałam. Cholerne słowa. Zapadają w pamięci.



PS. Witam Area. Nie znamy się osobiście, ale serdecznie zapraszam. Jeżeli masz Lj to też do tekstów.

piątek, 27 marca 2009

Blog jako taki, a jeżeli nie taki to jaki i dlaczego.

Zupełną niespodzianka, ale też rzeczą bardzo pozytywną było dla mnie otrzymanie od Cantandory wyróżnienia Creative Blogger. Dziękuję, kot czuje się doceniony. Mruu.

Tle, że teraz sie trzy razy zastanowię co pisać. Czy dalej jest aby takie Creative (-;

Skłoniło mnie to też do refleksji o samym blogu. Właściwie minęły już trzy lata jak piszę. Przeprowadzkę z mylona odebrałam jak przejście z zatłoczonego m3 za ostatnią stacją metra, do przestronnej rezydencji w centrum.

Myśle sobie o tych trzech latach tutaj. Po co piszę. Chyba najbardziej traktuje to jako wirtualne przedłużenie mojego świata – kawałek domu. Są półki z książkami, muzyka, bliscy, podróże, to co złości i cieszy. Nigdy nie aspirowałam do tego, żeby w jakikolwiek sposób popularyzować bloga dla szerszej publiczności, tak jak się tłumów do swojego domu nie nagania. Ale każdy był tu zawsze mile widziany jako gość.

Teraz w szpitalu w jakiś sposób doceniłam wartość tego miejsca. W smsach, telefonach, dobrych myślach była jakaś siła i ciepło. Miejsce jest wirtualne, ale kontakt z żywymi ludźmi.

Być może w najbliższym czasie pojawi się więcej notek z bebechów. Po kilku rozmowach z kocurem zabieram się do małego (?) remontu siebie, pracy nad sobą, układaniu kilku trudnych spraw. I przyszło mi do głowy, że mogłabym to robić publicznie tu. Z dwóch powodów. Raz to zachowanie zdrowego dystansu, nawet do tego co najbardziej intymne i najbardziej bolesne. A dwa to pewnego rodzaju eksperyment psychologiczny na samej sobie. Skoro lubię eksperymenty w literaturze, na scenie, w kuchni i jeszcze kilku miejscach, to spokojnie mogę spróbować wiwisekcji siebie. Tak zupełnie bez taryfy ulgowej nad sobą. Mam nadzieję, że niedługo się za to zabiorę.

A przy okazji dziękuje wam że jesteście tu te trzy lata.

środa, 25 marca 2009

Wombat story - by Przem

Jeszcze słowo o Berlinie. Historie naszego wyjazdu przygotował Przem. Wybrał obrazki o komentarze. A wszystko przez to ze wyjazd sponsorował Wombat.
Przez ten cholerny wiatr dalej mam zapalenie spojówek i nic nie wiedzę.


Wombat Story by Przem ( *komentarze Anisk czyli ja, Wombat to w tym kontekście ja anisk)

1) Jak wombat (* czyli ja) wyjeżdżał do Berlina, wyglądał jak...




2) W Berlinie się rozkręcił i wyglądał jak .... (* nie taki gruby, ale taki zadowolony)



3) Niestety, przeimprezował, i po powrocie wyglądał jak ...( *chodzi o te spuchnięte oczka, drinki w wietnamskim barze nie mają tu nic do rzeczy)



4) a marzył tylko o ... (*tu się zgadzam...)

wtorek, 24 marca 2009

O Holender, co za Carmen!

Zupełnie nie planowaliśmy, żeby to było akurat w moje urodziny, ale jakoś tak wyszło, że tak jak w zeszłym roku były na operowo w Berlinie. Zupełnie inny czas, też bardzo dobry. Tylko pogoda tak samo podła. Dziękujemy Ociepkom (-; było z nimi naprawdę bardzo fajnie.
A jeżeli się ktoś wybiera w okolice Berlina, Monachium lub Wiednia to polecamy zatrzymać się w Wombacie.

A co do tego co widzieliśmy ( słuchaliśmy)
Carmen.
Zaskoczyli mnie już przed wyjazdem, bo łypnęłam na stonkę i zobaczyłam, że zrobili to klasycznie. Bardzo klasycznie. Jak się potem okazało, klasycznie nie oznacza bez reżyserii- ale z bardziej subtelną kreską reżysera.
Całość zaczyna się za kurtyną filtrem przez co mamy uczucie, że patrzymy na obraz. Ten zabieg ma plusy i minusy. Plusy bo tworzy niesamowity klimat. Nadaje dźwiękom fakturę. Minus jest taki, że pierwszy akt jest przez to bardzo statyczny. Postacie chwilami zastygają w bezruchu i śpiewają bardziej do publiczności niż do siebie. W kolejnych aktach ten obraz coraz bardziej się ożywia, a postacie Carmen i Don Jose wyłamują się z kadru. Wychodzą niemal dosłownie z obrazu.
Co do interpretacji to bardzo dyskretnie zarysowana, ale przekonywująca. W pierwszym akcie Carmen ma czerwone buty, w kolejnych czerwony element stroju. Na rytym obrazie scenie kolor jest dość ważny i jest to jedyny element czerwieni. W ostatnim akcie Carmen występuje w stroju torreadora. Dosłownie w klasycznej wersji, ponieważ był to zawód zarezerwowany tylko dla mężczyzna, Carmen nie mogła by go włożyć. To jest symbol. Kobieta jako torreador – mężczyzna jako byk – groźne choć podążające za instynktem zwierzę. I świetnie wpasowuje się to w symbolikę męskich atrybutów tej opery: nóż i penis – róg byka. I bardzo skojarzyło mi się z Porozmawiaj z Nią Almodovara – kobieta jako torreador.
Poza tym podobało mi się bardzo w warstwie muzycznej. Tego po prostu słuchało się przyjemnie. Najmniej może Micaeli, ale nie wszystko może być doskonałe.

A tak na marginesie. W dniu po Carmen byliśmy na wystawie zdjęć Helmuta Newtona. Bardzo się podobały, choć miałam wrażenie że on traktuje kobietę jako tworzywo sztuki, a nie obiekt. Widziałam kilka zdjęć z tymi jego ulubionymi motywami: usta, buty w szpilce, czasami rogi byka. Kobiety bardzo seksualne ale zimne. I aż mnie skręciło żeby się dowiedzieć co by było z połączenia Cermen z Newtonem. Gdyby go zaprosić współtworzenia do tej reżyserii i scenografii. Niemożliwe, ale pomarzyć można. Poleciałabym na to jak na skrzydłach.

Co do drugiego dnia to byliśmy na Latającym Holendrze Wagnera. Dużo dobrego słyszałam o tej inscenizacji, wiec sobie robiłam spore oczekiwania. Gdzieś tam podejrzewałam, że Wagner łatwy nie jest, ale myślałam, że na żywo z grą sceniczną da się to jeść.
Cała sztuka była desperacką próbę uratowania archetypu z koszmarków którymi upstrzył ją Wagner. O ile można było dobrą reżyserią wywalić całe gotycko - mroczne tło to z muzyką nie dało się zrobić nic. Wydawało mi się, że Wagner jest trudny, a on jest po prostu kiepski. Jak to stwierdził Kocur: taka to muzyka jak betonowy bunkier architektura. Po prostu nie wystarczy głośniej krzyczeć żeby większy efekt był.

Moja wiedza z muzyki klasycznej jest niekompletna i wyrywkowa. Kiedy byłam mała uwielbiałam słuchać muzyki ( Griega, Bizeta, Rimskiego Korsakova, Czajkowskiego) i sobie wyobrażać co się tam dzieje. Zazwyczaj te moje historie w głowie miały się nijak do pomysłu kompozytorów, ale pobudzały wyobraźnie. Może dlatego tak łatwo złapałam pomysł opery – połączenie teatru i muzyki.

Wagnerowi udało się stworzyć muzykę, która do mnie nie przemawia, ani odrobinkę. Reaguję na nią jak na Rammsteim – czyli Bosze czemu oni tak hałasują. O ile jeszcze pierwszy akt jakoś się ma do tego co się dzieje na scenie ( Die Frost ist um to jedyny fragment który da się słuchać) to dalej jest masakra. Scena spotkania z Sentą nijak się do siebie ma w warstwie muzyka- treść – to co jest odegrane. Oni do siebie wrzeszczą w dodatku zupełnie bez emocji.

Reżyser zrobił z tego co się dało. Pomysł z przeniesieniem akcji na giełdę świetny. Postać niemiej dziewczynki duszy Senty też bardzo mi się podobał. Nie do końca się zgodzę z interpretacją którą kiedyś przeczytałam. Bo w momencie kiedy jego stara załoga widm rozsypuje się w proch – a marynarze na koniec popełniają samobójstwo (przy śmiejącym się Holendrze) – prawdopodobnie po to żeby stworzyć jego nową załogę widm, to mam jakieś wrażenie że ta historia to się dla niego odbywa co siedem lat (-; I wcale Senta taka jedyna. Albo może powiem to inaczej: Gra Senty mnie przekonała. Gra Holendra nie. Może przez dysonans z muzyką, może przez złe aktorstwo, tego nie wiem. Ale mu nie wierzę.

Tak czy inaczej reżyseria była – i było by o czym pogadać, pointerpretować. Niestety reżyserka nie zrobiła jeszcze jednego dramatycznego kroku – nie zamieniła tego w pantomimę. Bez muzyki. Zupełnie.


PS
Na życzenie Ani więcej o Carmen:

Nie pisałam szerzej bo po pierwsze mam zapalenie spojówek i widzę tyle co nic. A po drugie ta interpretacja jest dość prosta i w miarę zgodna z tym czego się spodziewałam po libretcie. Jak się okazało mało oryginalna nie musi znaczyć zła, a może być po prosty prosta i logiczna.

Kim zatem jest Carmen? Pełną seksu siłą, która robi z mężczyzn idiotów, podążające za instynktem byki. Kobieta pewną siebie, odważną a przede wszystkim wolną. W tle pokazano dwie cyganki ( cudowne głosy zwłaszcza Mercedes!) i na tym przykładzie łatwo widać kontrast Carmen – reszta świata. One też podrywają mężczyzn ale z bardziej konwencjonalnych powodów – chcą miłości, seksu, pieniędzy. Carmen nie chce niczego – robi to bo może, bo jest wolna. Paradoksalnie w jakiś sposób jest w tym bardzo męska. Kobieta w stroju torreadora, wolna, dzika, silna. Ona uwodzi bo to jest gra, rywalizacja. Za nic ma normy społeczne, „ustawienie się w życiu”, ona po prostu wypija z życia kwintesencje, i robi to bo tak. I nawet w najbardziej miłych dla Don Jose
chwilach nie ma wątpliwości, że go nie kocha. Ona z nim gra. Dlaczego? Bo może, bo chce.

Czego się obawiałam w Carmen zanim na nią poszłam, to wyświechtanej, ogranej melodyjności. I nic bardziej mylnego. To że melodie przeszły do świadomości zbiorowej, stały się wręcz gwizdane na każdym roku, to nie znaczy, że nie sa cudowne. Może wręcz przeciwnie, świadczy to o ich śile przekazu.