Tak mnie przed końcem roku naszło na podsumowania. I na to co bym chciała żeby było w przyszłym. W końcu kiedy myśli się pozytywnie o przyszłości wiele dobrego się spełnia.
Rok trochę jak rzeka. Dużo się działo i jedyne co można było zrobić to wskoczyć i jakoś płynąć. To był dobry rok. Nie utonęłam. Często byłam szczęśliwa, nie chowałam głowy w piasek i brałam życie jak leci. Rok nie zmarnowany. Pełny dźwięków, zapachów i książek. Pod koniec roku odblokowałam się w pisaniu. I niech tak zostanie.
Po wielkiej histerii wróciłam do pracy i dobrze mi to zrobiło. Uczę się. I wszystko jakoś szybciej do przodu idzie. Poza tym zrobiłam coś czego się bałam, a to dodaje pewności siebie. Prywatnie: Blisko. Z Kocurem z Nat. Chociaż Nat zaczynam czuć, że pomału rozluźnia tą ścisłą symbiozie ze mną. I dobrze (-; Rozwija się i chyba nic nie cieszy bardziej. Jest już nie częścią mnie – a sobą. Córką, którą kocham.
W tym roku dusze też obtłukłam, ale to też nie źle. Tak musiało być. To jest jak wodospad - huk, ból, a potem duże oczyszczenie. I też siła, kiedy wiedzieć, że potrafię się nie oglądać za siebie. Siła, że nie żałuję czegoś co mnie zaczynało niszczyć.
Jedynego czego w roku żałuje to epizodów dołów i marudzenia. Czasami nie widzi się przepaski na własnym nosie.
Jestem ciekawa następnego roku.
Chciałabym być blisko ludzi ważnych. W zagonieniu praca – dom nie zapominać o rozmowach i wizytach. Nie wymienię , bo wszystkich i tak nie wymienię. Przema – jego najbardziej. Nat. Tym którzy byli i są.
Chciałabym pokazać Nat coś zaczarowanego.
Chciałabym zejść w głąb siebie i trochę tam pobuszować. I co z tym związane pojechać w Góry. Wyższe niż Bieszczady. Gdzieś tam śnią mi się Alpy. Posiłować się z własną fizycznością, ze skałami i z duszą. Od jakiegoś czasu śnią mi się niedźwiedzie. Nie wilki o jakich pisała Cantandora, ale właśnie te kudłate na pół drapieżniki – na pół duchy gór. Może przez pewien ślad, który znalazłam w
Chciałabym w pracy być lepsza. Dokładniejsza i skuteczniejsza. Z większą ilością radości robienia czegoś. A potem wychodzić i nie myśleć o pracy ani chwilki dłużej.
Chciałabym złapać kilka cudownych słów i dźwięków.
Chciałabym mieć oczy i uszy otwarte i nie żałować straconych szans.
Czekam też na Mikołaja – mojego -kiedyś – syna. I czuję, że to jeszcze nie w tym roku. To musi samo we mnie urosnąć. W końcu wszystko ma swój czas i porę. I kto jak kto, ale niedźwiedzice o tum wiedza.
wtorek, 30 grudnia 2008
piątek, 26 grudnia 2008
Motomysz i anisko dawno temu

To jest Moto-Mysz. A dokładnie jej rysunek autorstwa mojego dziecka. Mysz jest nakręcana i koty przed nią uciekają. Jest z tego zabawa. W ogóle patrząc na rysunki Nat, na to co opowiada to aż robi mi się miękko w kolanach patrząc jak się rozwija. Może to dziwne, ale te wszystkie pierwsze "mamo" nie robiły na mnie wrażenia. Najpierw był ten okres mleczny - czas doskonałego połączenia, a teraz zaczął się proces oddzielania. Oddzielania i wzrastania Nat jako osobnego człowieka. Kogoś kto błyskawicznie przyswaja wszystko co się jej mówi i pokazuje - a potem tworzy w swojej głowie swój własny obraz świata. Niesamowite to jest.
W czasie wizyty u rodziców wyszperane na komputerze ojca.
No, troszkę jestem do Natalisa podobna.
A swoją drogą Nat ma krostki - nie wiadomo jeszcze czy Ospa czy Odra. Jednego i drugiego nie miałam. Ryzyko zarażenia wynosi 90%. Super. Już się cieszę. Wrrrr.


środa, 24 grudnia 2008
Wesołych Świąt!
Wesołych Dobrych Świąt Wszystkim!
Życzę wam Miłości, Spokoju ducha, optymizmu i ciepła. Dobrych ludzi w około, oczu otwartych , żebyście nigdy w życiu nie zostawali w tyle i niczego się nie bali. Udanych skoków na głęboką wodę w tym roku życzę. Sobie i wam. Mru.
W sumie czego innego każdemu z was życzę. Inne życzenia pójdą myślami do Warszawy do Czarodziejów, inne nad morze, inne do Krakowa/Rudy śląskiej, inne do Gliwic. Inne do jeszcze innych miejsc., Tak czy inaczej ten świąteczny czas myślę o was ciepło.
Choinka z pozdrowieniami dla Choinki Zuzy.

I mały Natalis.

Nagła zmiana planów i w tym roku jednak nie w Łupkowie. Trochę mi żal, ale decyzja miała swoje podstawy. Jaka była Wigilia? Dobra. Bardzo dobra. Dorosła.
Po raz pierwszy w trójkę z kocurem. Po raz pierwszy wzięta odpowiedzialność na nas za to jakie to będą święta. Nie powiem, że się nie bałam jak to wyjdzie. Nie lubimy tych z rodzinną? Jasne, można się spotykać jak co roku i udawać męczennika. A tak wzięłam / wzięliśmy odpowiedzialność na siebie. To chyba taki czas tester – nie da się ukryć za dużo za choinką i uszkami. Coś się otwiera i wychodzi czy jest dobrze, czy pusto. Zresztą ja mam dużą traumę świąteczną i trochę mnie kosztuje żeby na tej dziurze coś budować.
Czuję się spokojnie, ciepło i jakoś dorośle. Jakbym poczuła, ze coś jest kawałkiem, mojego ( naszego) życia, mojej ( naszej) rodziny, moich ( naszych) Świąt. Trochę budzenie w sobie archetypicznej Hestii. I to nie w tym najpłytszym wymiarze „ posprzątaj ugotuj” ale w tym głębszym – tworzenia miejsca – domu – własnej przestrzeni. Bardzo to nowe, ale i przyjemne.
Nie obeszło się bez wpadek kulinarnych. Wymyśliłam kutię. Namoczyłam pszenicę, gotuję ją ( coś szybko dobra była, ale ok zrobiłam). Potem chce gotować kaszę pencak i patrzę na opakowanie a tam jak byk „ pszenica” - zrobiłam kutie z kaszy. Jest oryginalne. Jadalne nawet też, choć w tym roku gościły u nas smaczniejsze potrawy.
A w tle leci prezent Świąteczny – Bryn Terfel – Opera Arias. Ten pan mnie gotów do Wagnera przekonać. Co ja mówię do Wagnera, jakby tym głosem śpiewał pieśni weselne polskie to bym padła (-;
A i zapomniane sprawozdanie z remontu. Melduję że skończyliśmy. Na pierwszym planie Pająk Stefan. Tak jak widać ściany są fioletowo – lawendowe, sufit żółtawy, a na dole są kwiatki wszelakie i ślimaki. Dużo było z tym pracy. Bardzo dużo. Ale zrobiliśmy coś razem. Kawałek naszej przestrzeni, naszym pomysłem i pracą a nie tylko przelewam na rzecz firmy remontowej. To jest jakiś pierwotny instynkt – moja jaskinia – sama skóry wieszam. W każdym razie skłamałabym jakbym powiedziała, że nie jestem zadowolona. (-;




Życzę wam Miłości, Spokoju ducha, optymizmu i ciepła. Dobrych ludzi w około, oczu otwartych , żebyście nigdy w życiu nie zostawali w tyle i niczego się nie bali. Udanych skoków na głęboką wodę w tym roku życzę. Sobie i wam. Mru.
W sumie czego innego każdemu z was życzę. Inne życzenia pójdą myślami do Warszawy do Czarodziejów, inne nad morze, inne do Krakowa/Rudy śląskiej, inne do Gliwic. Inne do jeszcze innych miejsc., Tak czy inaczej ten świąteczny czas myślę o was ciepło.
Choinka z pozdrowieniami dla Choinki Zuzy.

I mały Natalis.

Nagła zmiana planów i w tym roku jednak nie w Łupkowie. Trochę mi żal, ale decyzja miała swoje podstawy. Jaka była Wigilia? Dobra. Bardzo dobra. Dorosła.
Po raz pierwszy w trójkę z kocurem. Po raz pierwszy wzięta odpowiedzialność na nas za to jakie to będą święta. Nie powiem, że się nie bałam jak to wyjdzie. Nie lubimy tych z rodzinną? Jasne, można się spotykać jak co roku i udawać męczennika. A tak wzięłam / wzięliśmy odpowiedzialność na siebie. To chyba taki czas tester – nie da się ukryć za dużo za choinką i uszkami. Coś się otwiera i wychodzi czy jest dobrze, czy pusto. Zresztą ja mam dużą traumę świąteczną i trochę mnie kosztuje żeby na tej dziurze coś budować.
Czuję się spokojnie, ciepło i jakoś dorośle. Jakbym poczuła, ze coś jest kawałkiem, mojego ( naszego) życia, mojej ( naszej) rodziny, moich ( naszych) Świąt. Trochę budzenie w sobie archetypicznej Hestii. I to nie w tym najpłytszym wymiarze „ posprzątaj ugotuj” ale w tym głębszym – tworzenia miejsca – domu – własnej przestrzeni. Bardzo to nowe, ale i przyjemne.
Nie obeszło się bez wpadek kulinarnych. Wymyśliłam kutię. Namoczyłam pszenicę, gotuję ją ( coś szybko dobra była, ale ok zrobiłam). Potem chce gotować kaszę pencak i patrzę na opakowanie a tam jak byk „ pszenica” - zrobiłam kutie z kaszy. Jest oryginalne. Jadalne nawet też, choć w tym roku gościły u nas smaczniejsze potrawy.
A w tle leci prezent Świąteczny – Bryn Terfel – Opera Arias. Ten pan mnie gotów do Wagnera przekonać. Co ja mówię do Wagnera, jakby tym głosem śpiewał pieśni weselne polskie to bym padła (-;
A i zapomniane sprawozdanie z remontu. Melduję że skończyliśmy. Na pierwszym planie Pająk Stefan. Tak jak widać ściany są fioletowo – lawendowe, sufit żółtawy, a na dole są kwiatki wszelakie i ślimaki. Dużo było z tym pracy. Bardzo dużo. Ale zrobiliśmy coś razem. Kawałek naszej przestrzeni, naszym pomysłem i pracą a nie tylko przelewam na rzecz firmy remontowej. To jest jakiś pierwotny instynkt – moja jaskinia – sama skóry wieszam. W każdym razie skłamałabym jakbym powiedziała, że nie jestem zadowolona. (-;




sobota, 6 grudnia 2008
Spadającity sufit, pająk, jeden mały cud, dużo teatru i panda zen. To tak w skrócie.
Hu, hu, hu. Jestem, nie padłam. Acz po ostatnim weekendzie myślałam, że padnę - ze zmęczenia.
Zeszła sobota. Robimy remont. I to już bardziej konkretnie. Z pędzlem. Mieliśmy skończyć o 20 skończyliśmy o 3 w nocy. Mały wypadek z sufitem co spadł nam na głowę. Cóż, zawsze lepiej sufit niż niebo. Jutro też robimy ale to wykańczanie. Zdjęcia będą ( pająka Stefana też), ale dopiero jak skończymy.
Ale zaraz zaraz, ja opowiadałam kto to Stefan? W czasie remontu wylazł zza pieca pająk. Gigantyczny. Taki jak z owej sceny z Kay prawie (-; Moja córka łypie i nie wie co myśleć. Więc ja żeby nie robić histerii zawołałam „ Jaki cudny pajączek nas odwiedził!” No więc ona się grzecznie pyta pająka jak ma na imię. Odpowiadam dyskretnie za niego że Stefan. Stefan dostał coś do jedzenia, ale do niego nie podchodzono, bo Stefan nie lubi. Cały wieczór gadała ze ( raczej do) Stefana. A w nocy budziła się co kilka godzin i leciała na ścianę patrzeć czy Stefan jest. Rano niestety Stefan wybrał wolność. Podejrzewam, że dalej żyje za piecem. Malowaliśmy ostrożnie. Relacje z remontu i wizyty Stefana jak skończymy czyli niebawem.
Poza tym wspaniała wiadomość z Warszawy. Jak to cieszy jak się ludziom układa. Zwłaszcza jak to układanie jest na granicy Cudu. Nie będę pisała co, żeby nie zapeszać. Ja jestem z wami myślami ciągle. Oby wiosna była pełna życia (-;
Poza tym ostatnio tygodnie teatralne.
Najpierw my Kraków Biesy. Bardzo, bardzo dobrze było. Kawał solidnej dramatycznej sztuki. Bez dziwactw i eksperymentów jakich spodziewałam się po teatrze STU. O tyle większe brawa, że Biesy to twardy kawał słowa, który nie tak łatwo w teatr przenieść. Stawrogin zagrany rewelacyjnie – oszczędnie, bez patosu, tak jak sobie wyobrażałam. On tu jest sukinsynem. Piotr Wierchowieńsk rewelacyjny. Trochę gorzej wyszły panie ( młodsze pokolenie). Pani Lebiadkin nie przekonała wcale. Zastanawiam się czy ta nadmierna teatralność to jej własna interpretacja czy pomysł reżysera.
Ale tak czy inaczej podobało się. To taki teatr dramatyczny na jakimś się wychowałam ( duże słowo, z jakim się zetknęłam będąc jeszcze młodsza i głupsza niż jestem (-; ) i ta forma cięgnie jak magnes. Bliskością aktora, mocą przekazu i słowami. Ja jestem już tydzień po i cały czas o tym myślę. Sięgam do książki. Siła Dostojewskiego, czy teatru? Nie wiem.
Dziś też polazłam do teatru. W ramach Mikołaja córka dostała na prezent bilety do teatru. ( Zgodnie z zasadą „daj coś co byś samemu chciała dostać”). Poszliśmy do Katowic na Klonowych Braci w Teatrze Ateneum. I byłam bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona. Zaskoczona mocą jej odbioru ( śmiała się i płakała i trzęsła) – i zaskoczona całkiem dobrym kawałkiem teatru. Fajna bajka, ładne lalki, dobrzy aktorzy. Zero bylejakości. Tylko teraz muszę tłumaczyć „że jak przyjdzie baba Jaga to my ją pogrzebaczem pogonimy”. Myślę, że za kilka lat przyjdzie czas na operową wersję Jasia i Małgosi. Sama jej jestem ciekawa.
Jak o tym piszę, to po raz kolejny dochodzę do wniosku, że jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w posiadaniu dzieci jest możliwość dzielenia się swoimi pasjami i wartościami. Opowiadania i pokazywania świata. Teatru, opery i chyba najbardziej książek. Kupiliśmy ostatnio ( troszkę przypadkiem) Zdumiewające opowieści Pandy – czyli bajki filozofii zen. Cudownie ilustrowane, proste i niegłupie. Do tego stopnia, że kocur kazał mi je czytać codziennie i medytować nad nimi.
Zeszła sobota. Robimy remont. I to już bardziej konkretnie. Z pędzlem. Mieliśmy skończyć o 20 skończyliśmy o 3 w nocy. Mały wypadek z sufitem co spadł nam na głowę. Cóż, zawsze lepiej sufit niż niebo. Jutro też robimy ale to wykańczanie. Zdjęcia będą ( pająka Stefana też), ale dopiero jak skończymy.
Ale zaraz zaraz, ja opowiadałam kto to Stefan? W czasie remontu wylazł zza pieca pająk. Gigantyczny. Taki jak z owej sceny z Kay prawie (-; Moja córka łypie i nie wie co myśleć. Więc ja żeby nie robić histerii zawołałam „ Jaki cudny pajączek nas odwiedził!” No więc ona się grzecznie pyta pająka jak ma na imię. Odpowiadam dyskretnie za niego że Stefan. Stefan dostał coś do jedzenia, ale do niego nie podchodzono, bo Stefan nie lubi. Cały wieczór gadała ze ( raczej do) Stefana. A w nocy budziła się co kilka godzin i leciała na ścianę patrzeć czy Stefan jest. Rano niestety Stefan wybrał wolność. Podejrzewam, że dalej żyje za piecem. Malowaliśmy ostrożnie. Relacje z remontu i wizyty Stefana jak skończymy czyli niebawem.
Poza tym wspaniała wiadomość z Warszawy. Jak to cieszy jak się ludziom układa. Zwłaszcza jak to układanie jest na granicy Cudu. Nie będę pisała co, żeby nie zapeszać. Ja jestem z wami myślami ciągle. Oby wiosna była pełna życia (-;
Poza tym ostatnio tygodnie teatralne.
Najpierw my Kraków Biesy. Bardzo, bardzo dobrze było. Kawał solidnej dramatycznej sztuki. Bez dziwactw i eksperymentów jakich spodziewałam się po teatrze STU. O tyle większe brawa, że Biesy to twardy kawał słowa, który nie tak łatwo w teatr przenieść. Stawrogin zagrany rewelacyjnie – oszczędnie, bez patosu, tak jak sobie wyobrażałam. On tu jest sukinsynem. Piotr Wierchowieńsk rewelacyjny. Trochę gorzej wyszły panie ( młodsze pokolenie). Pani Lebiadkin nie przekonała wcale. Zastanawiam się czy ta nadmierna teatralność to jej własna interpretacja czy pomysł reżysera.
Ale tak czy inaczej podobało się. To taki teatr dramatyczny na jakimś się wychowałam ( duże słowo, z jakim się zetknęłam będąc jeszcze młodsza i głupsza niż jestem (-; ) i ta forma cięgnie jak magnes. Bliskością aktora, mocą przekazu i słowami. Ja jestem już tydzień po i cały czas o tym myślę. Sięgam do książki. Siła Dostojewskiego, czy teatru? Nie wiem.
Dziś też polazłam do teatru. W ramach Mikołaja córka dostała na prezent bilety do teatru. ( Zgodnie z zasadą „daj coś co byś samemu chciała dostać”). Poszliśmy do Katowic na Klonowych Braci w Teatrze Ateneum. I byłam bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona. Zaskoczona mocą jej odbioru ( śmiała się i płakała i trzęsła) – i zaskoczona całkiem dobrym kawałkiem teatru. Fajna bajka, ładne lalki, dobrzy aktorzy. Zero bylejakości. Tylko teraz muszę tłumaczyć „że jak przyjdzie baba Jaga to my ją pogrzebaczem pogonimy”. Myślę, że za kilka lat przyjdzie czas na operową wersję Jasia i Małgosi. Sama jej jestem ciekawa.
Jak o tym piszę, to po raz kolejny dochodzę do wniosku, że jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w posiadaniu dzieci jest możliwość dzielenia się swoimi pasjami i wartościami. Opowiadania i pokazywania świata. Teatru, opery i chyba najbardziej książek. Kupiliśmy ostatnio ( troszkę przypadkiem) Zdumiewające opowieści Pandy – czyli bajki filozofii zen. Cudownie ilustrowane, proste i niegłupie. Do tego stopnia, że kocur kazał mi je czytać codziennie i medytować nad nimi.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Teatr
piątek, 21 listopada 2008
Daleko od bollywod
Biały Tygrys, Aravind Adiga
Coś dziwnego i wstrząsającego przeczytałam. Indie, bardzo inaczej niż w bollywod. Nie tajemnicze klimaty, realizm magiczny i zapachy. Nie, nie, Nie. Indie śmierdzące, głośne, okrutne. Książka wstrząsająca i cudowna zarazem. Chciałam jej dać 11 w skali 1-10, ale zakończenie odrobinę rozczarowuje. Może czegoś innego się spodziewałam. Dostojewskiego w Deli? Może. Nie będę pisała recenzji żeby nie spolerować. Jak kto chce może kliknąć w linka na górze. Ja od pierwszych stron czułam się jak na karuzeli. Było szybko i momentami chciało się zwracać obiad. Ale umysł krzyczał jeszcze, jeszcze i nie było nic poza kartkami książki. Cóż, nigdy nie lubiłam specjalni Indii i zawsze byłam zdania że przerost tradycji - zwyczaju ( jak w Indiach) lub ideologii ( jak w Chinach) nad etyką i człowieczeństwem ma złe skutki. I jeżeli ktoś nie widzi pogardy tamtych ludzi dla nas to tym bardziej to przeczytać. Tak czy inaczej polecam. Zwłaszcza miłośnikom bollywod. Powinno wam się spodobać. A jak nie spodobać, to na pewno przydać w ramach kuracji po bolly.
Coś dziwnego i wstrząsającego przeczytałam. Indie, bardzo inaczej niż w bollywod. Nie tajemnicze klimaty, realizm magiczny i zapachy. Nie, nie, Nie. Indie śmierdzące, głośne, okrutne. Książka wstrząsająca i cudowna zarazem. Chciałam jej dać 11 w skali 1-10, ale zakończenie odrobinę rozczarowuje. Może czegoś innego się spodziewałam. Dostojewskiego w Deli? Może. Nie będę pisała recenzji żeby nie spolerować. Jak kto chce może kliknąć w linka na górze. Ja od pierwszych stron czułam się jak na karuzeli. Było szybko i momentami chciało się zwracać obiad. Ale umysł krzyczał jeszcze, jeszcze i nie było nic poza kartkami książki. Cóż, nigdy nie lubiłam specjalni Indii i zawsze byłam zdania że przerost tradycji - zwyczaju ( jak w Indiach) lub ideologii ( jak w Chinach) nad etyką i człowieczeństwem ma złe skutki. I jeżeli ktoś nie widzi pogardy tamtych ludzi dla nas to tym bardziej to przeczytać. Tak czy inaczej polecam. Zwłaszcza miłośnikom bollywod. Powinno wam się spodobać. A jak nie spodobać, to na pewno przydać w ramach kuracji po bolly.
wtorek, 18 listopada 2008
Jak sie wali to wszystko - notka z bebechów
Jak sobie czytałam te moje wpisy, to coś za dobrze było. Za ciepło, za milusio, bez bebechów na wierzchu. No i się posypało. Ale po kolei:
W piątek wieczorem Natalis spadł z krzesła, ot nic takiego. Bum. Tyle że mu trochę puchło i płakał. To no wzięliśmy go na dyżur, do znanego nam już wcześniej szpitala o którym można przeczytać tu.
Czekaliśmy jedynie trzy godziny. Skończyło się diagnozą: stłuczenie. Dano gips na tydzień. Notabene gips ściągnął dziś nasz znajomy lekarz w domu. Na pohybel państwowej służbie zdrowia.
Ale tak czy inaczej impreza była brzemienna w konsekwencje.
Raz to pokłóciłam się z matką. Nerwy siadły mi ze zmęczenia i z czekania. Jej chyba też, a może zawsze jest taka. Tak czy inaczej skoczyłyśmy sobie do gardeł, niemal dosłownie. Zasugerowano, że jestem złą matką. Więc zasugerowałam, że gorszą matką od niej nie jestem, bo się nie da i że jest mi przykro że ktoś taki jak ona mnie urodziła. Ogólnie z dwóch stron było ostro.
Dnia następnego przyszedł do nas ojciec, zdołowany że się „ z mamą kłócę, on nie wie o co” ( ha ha ha, bo 26 latach awantur by załapał o co). Na takie zaprzeczanie problemowi znowu mnie poniosło i mu powiedziałam, że nie chcę z matką mieć nic wspólnego, bo nigdy się nie dogadywałyśmy i jesteśmy kompletnie różne. I nie specjalnie czuje do niej jakieś pozytywne uczucia. Okazało się że sprawa z konsekwencjami ta rozmowa.
I nastała noc. W niedziele mieliśmy jechać do Wrocławia na koncert. O 1 w nocy Natalis rzyga ja kot. Potem jeszcze raz i jeszcze. Wodą, wszystkim. W sumie ze 20 razy. O 5 rano jest pogotowie i chcą nas pakować do tegoż szpitala. Zaoponowałam.
Rano przyjechał ojciec i wywieźli nas do szpitala w Bytomiu. Kroplówki, zastrzyki, ogólnie, kolejna noc na nogach, bez jedzenia i spania. ( Koncert już nawet zniknął ze sfery myśli ale nieważne).
Ale najlepsze się zaczęło dopiero. Okazało się, że matka zniknęła. Podobno ojciec powtórzył jej kubek w kubek całą naszą rozmowę („ bo się pytała, a jak pytają to ja odpowiadam” – skądś to znam cholera – po kim mam te geny, nie?). No i mata się załamała i poszła gdzieś. „Żeby mnie Ania nie musiała więcej oglądać”. Dodam tylko, że nie było jej nigdzie. Ponad dobę. Jeżeli dodać że jest na lekach antydepresyjnych i przez pół dzieciństwa słyszałam tekst „ ja się kiedyś zabiję, zobaczysz, i ty zobaczysz wtedy jak to beze mnie jest”. To miałam zgryz. Zmęczona, głodna zaczęłam się zastanawiać czy jestem już sierotą i czy niezależnie od naszych układów dam sobie radę z karteczką na plecach „ktoś przez kogo zabiła się własna matka”. I jak twarda będę musiała być, żeby stwierdzić po raz olejny „ pieprzę to”.
Tu dziękuję dwóm osobom za rozmowy telefoniczne. Nie wiem ja bym bez was przetrwała. Jednaj za ciepło i wsparcie, a drugiej za zrozumienie.
Rano matka przylazła. I uśmiechem od ucha do ucha, daje mi całusa i jest w skowronkach. Jak się pytam gdzie była to mówi, że „musiała sobie pewne rzeczy przemyśleć”
Ja wiem, że to teraz wygląda zabawnie. Ale nie jest. Po pierwsze wtedy wcale nie było oczywiste że się znajdzie. A po drugie miałam po raz kolejny wrażenie, że to już poszło za daleko, że choćbyśmy chciały się pogodzić to już nie możemy, coś za dużo się podziało. Tu nie chodzi, wbrew pozorom, o to czy ona mnie oddała na wychowanie dzieciństwie czy nie. Łajno mnie to wtedy obchodziło, bo nigdy nie tęskniłam. Chodzi o to, że ona mnie nigdy nie rozumiała, że nigdy nic nas nie łączyło. Że całe życie wyrosłam na wartościach „ chcę być inna niż ona”, że wkurza mnie ta podwójna komunikacja, to zaprzeczanie problemom, manipulacja, szantaż emocjonalnym. Za to, że jedyne co wspólne pamiętam to awantury. Za to myślenie „ nigdy nie mów ludziom co myślisz”. Za to że nigdy o siebie nie dbała i ja gdzieś za mną łazi to mam ochotę się pod ziemię zapaść. Ja już naprawdę jestem za stara żeby to odkręcać. Teraz tylko zawieszenie broni. Po ostatniej awanturze nie wiem na ile możliwe. Bo znowu jest cacy i super, a wszystko upchnięto pod dywan na zasadzie „ myśmy się kłóciły córeczko?”
Ha, to nie znaczy, że z ojcem miałam zawsze super kontakty. Ale z ojcem było na huśtawce pól na pół. Raz był najlepszym ojcem świata, takim który słuchał i rozumiał, z którym jeździłam Bieszczady Tatry, kupowałam sunie ślubną, który czytał mi Lema jak miałam doły sercowe w ósmej klasie. A potem czasem był ostatnim sukinkotem który latał po domu i ostrym narzędziem i wywalał telewizor przez okno. Albo miał miesięczne stany depresyjne. Ale dla tych chwil co były dobre to się nie liczy.
I czuje ze to jest bez wyjścia. Bo ona KAŻDĄ rozmowę kończy na zasadzie „ ty mnie nienawidzisz, ale ja cię i tak kocham i ci wybaczam, choć się przytul”. I nic nie zostaje przegadane, naprawione, zrozumiane. I ja jej mam ochotę ta dokopać emocjonalnie ( fizycznie też) żeby nie mogła już mi wybaczać i musiała się zatrzymać, wysłuchać, zrozumieć.
Ale czuję, że to jest błędne koło, bo to jest niemożliwe.
Gdybym była psychoanalitycznie nastawiona może stwierdziłabym, że dlatego szukam w relacjach z kobietami Lusterka. Tej absolutnej bliskości – identyczności- rozumienia. Z facetami tego nie potrzebuję. Mężczyznę muszę tylko czcić ja Młodego Boga, Chodzący Ideał i Geniusza (-; Ale to chyba nie tak dużo?
A co dalej: Po powrocie ze szpitala na l4 na dziecko rozchorowałam się ja. Nudności, wszystko boli, gorączka 39. Już siedzę i piszę znaczy żyje. Wirus, to szybko przechodzi.
Ale że wirus polskiej służby zdrowia to twardy i teraz pan kocur legł. Mam nadzieje ze nie będzie jak ostatnio Natalia – ja – Przem – Gawron - Ania. (-; W końcu czemu chorować przez czyjegoś bachora ( można przez własnego czego Garonom życzę (-; )
A wczoraj jeszcze jedna rzecz. Miła i niemiła. Pewne rzeczy się zrównoważyły. Dwa kontakty z osobami które znałam i bardzo lubiłam dano temu. Między które a mnie wgryzł się czas i kilometry. Jeden chłodny list, bardzo mnie zmechacił. A potem dużo dużo ciepła od kogoś innego przez kominek ( czyli gg). Jak to dużo znaczy, że to co było mimo czasu zostawiło taki ciepły ślad. I że osobie która kiedyś znała mnie tak dobrze chce się też wpadać na bloga. Dziękuję Masiu. Reanimowałaś mnie wczoraj.
W piątek wieczorem Natalis spadł z krzesła, ot nic takiego. Bum. Tyle że mu trochę puchło i płakał. To no wzięliśmy go na dyżur, do znanego nam już wcześniej szpitala o którym można przeczytać tu.
Czekaliśmy jedynie trzy godziny. Skończyło się diagnozą: stłuczenie. Dano gips na tydzień. Notabene gips ściągnął dziś nasz znajomy lekarz w domu. Na pohybel państwowej służbie zdrowia.
Ale tak czy inaczej impreza była brzemienna w konsekwencje.
Raz to pokłóciłam się z matką. Nerwy siadły mi ze zmęczenia i z czekania. Jej chyba też, a może zawsze jest taka. Tak czy inaczej skoczyłyśmy sobie do gardeł, niemal dosłownie. Zasugerowano, że jestem złą matką. Więc zasugerowałam, że gorszą matką od niej nie jestem, bo się nie da i że jest mi przykro że ktoś taki jak ona mnie urodziła. Ogólnie z dwóch stron było ostro.
Dnia następnego przyszedł do nas ojciec, zdołowany że się „ z mamą kłócę, on nie wie o co” ( ha ha ha, bo 26 latach awantur by załapał o co). Na takie zaprzeczanie problemowi znowu mnie poniosło i mu powiedziałam, że nie chcę z matką mieć nic wspólnego, bo nigdy się nie dogadywałyśmy i jesteśmy kompletnie różne. I nie specjalnie czuje do niej jakieś pozytywne uczucia. Okazało się że sprawa z konsekwencjami ta rozmowa.
I nastała noc. W niedziele mieliśmy jechać do Wrocławia na koncert. O 1 w nocy Natalis rzyga ja kot. Potem jeszcze raz i jeszcze. Wodą, wszystkim. W sumie ze 20 razy. O 5 rano jest pogotowie i chcą nas pakować do tegoż szpitala. Zaoponowałam.
Rano przyjechał ojciec i wywieźli nas do szpitala w Bytomiu. Kroplówki, zastrzyki, ogólnie, kolejna noc na nogach, bez jedzenia i spania. ( Koncert już nawet zniknął ze sfery myśli ale nieważne).
Ale najlepsze się zaczęło dopiero. Okazało się, że matka zniknęła. Podobno ojciec powtórzył jej kubek w kubek całą naszą rozmowę („ bo się pytała, a jak pytają to ja odpowiadam” – skądś to znam cholera – po kim mam te geny, nie?). No i mata się załamała i poszła gdzieś. „Żeby mnie Ania nie musiała więcej oglądać”. Dodam tylko, że nie było jej nigdzie. Ponad dobę. Jeżeli dodać że jest na lekach antydepresyjnych i przez pół dzieciństwa słyszałam tekst „ ja się kiedyś zabiję, zobaczysz, i ty zobaczysz wtedy jak to beze mnie jest”. To miałam zgryz. Zmęczona, głodna zaczęłam się zastanawiać czy jestem już sierotą i czy niezależnie od naszych układów dam sobie radę z karteczką na plecach „ktoś przez kogo zabiła się własna matka”. I jak twarda będę musiała być, żeby stwierdzić po raz olejny „ pieprzę to”.
Tu dziękuję dwóm osobom za rozmowy telefoniczne. Nie wiem ja bym bez was przetrwała. Jednaj za ciepło i wsparcie, a drugiej za zrozumienie.
Rano matka przylazła. I uśmiechem od ucha do ucha, daje mi całusa i jest w skowronkach. Jak się pytam gdzie była to mówi, że „musiała sobie pewne rzeczy przemyśleć”
Ja wiem, że to teraz wygląda zabawnie. Ale nie jest. Po pierwsze wtedy wcale nie było oczywiste że się znajdzie. A po drugie miałam po raz kolejny wrażenie, że to już poszło za daleko, że choćbyśmy chciały się pogodzić to już nie możemy, coś za dużo się podziało. Tu nie chodzi, wbrew pozorom, o to czy ona mnie oddała na wychowanie dzieciństwie czy nie. Łajno mnie to wtedy obchodziło, bo nigdy nie tęskniłam. Chodzi o to, że ona mnie nigdy nie rozumiała, że nigdy nic nas nie łączyło. Że całe życie wyrosłam na wartościach „ chcę być inna niż ona”, że wkurza mnie ta podwójna komunikacja, to zaprzeczanie problemom, manipulacja, szantaż emocjonalnym. Za to, że jedyne co wspólne pamiętam to awantury. Za to myślenie „ nigdy nie mów ludziom co myślisz”. Za to że nigdy o siebie nie dbała i ja gdzieś za mną łazi to mam ochotę się pod ziemię zapaść. Ja już naprawdę jestem za stara żeby to odkręcać. Teraz tylko zawieszenie broni. Po ostatniej awanturze nie wiem na ile możliwe. Bo znowu jest cacy i super, a wszystko upchnięto pod dywan na zasadzie „ myśmy się kłóciły córeczko?”
Ha, to nie znaczy, że z ojcem miałam zawsze super kontakty. Ale z ojcem było na huśtawce pól na pół. Raz był najlepszym ojcem świata, takim który słuchał i rozumiał, z którym jeździłam Bieszczady Tatry, kupowałam sunie ślubną, który czytał mi Lema jak miałam doły sercowe w ósmej klasie. A potem czasem był ostatnim sukinkotem który latał po domu i ostrym narzędziem i wywalał telewizor przez okno. Albo miał miesięczne stany depresyjne. Ale dla tych chwil co były dobre to się nie liczy.
I czuje ze to jest bez wyjścia. Bo ona KAŻDĄ rozmowę kończy na zasadzie „ ty mnie nienawidzisz, ale ja cię i tak kocham i ci wybaczam, choć się przytul”. I nic nie zostaje przegadane, naprawione, zrozumiane. I ja jej mam ochotę ta dokopać emocjonalnie ( fizycznie też) żeby nie mogła już mi wybaczać i musiała się zatrzymać, wysłuchać, zrozumieć.
Ale czuję, że to jest błędne koło, bo to jest niemożliwe.
Gdybym była psychoanalitycznie nastawiona może stwierdziłabym, że dlatego szukam w relacjach z kobietami Lusterka. Tej absolutnej bliskości – identyczności- rozumienia. Z facetami tego nie potrzebuję. Mężczyznę muszę tylko czcić ja Młodego Boga, Chodzący Ideał i Geniusza (-; Ale to chyba nie tak dużo?
A co dalej: Po powrocie ze szpitala na l4 na dziecko rozchorowałam się ja. Nudności, wszystko boli, gorączka 39. Już siedzę i piszę znaczy żyje. Wirus, to szybko przechodzi.
Ale że wirus polskiej służby zdrowia to twardy i teraz pan kocur legł. Mam nadzieje ze nie będzie jak ostatnio Natalia – ja – Przem – Gawron - Ania. (-; W końcu czemu chorować przez czyjegoś bachora ( można przez własnego czego Garonom życzę (-; )
A wczoraj jeszcze jedna rzecz. Miła i niemiła. Pewne rzeczy się zrównoważyły. Dwa kontakty z osobami które znałam i bardzo lubiłam dano temu. Między które a mnie wgryzł się czas i kilometry. Jeden chłodny list, bardzo mnie zmechacił. A potem dużo dużo ciepła od kogoś innego przez kominek ( czyli gg). Jak to dużo znaczy, że to co było mimo czasu zostawiło taki ciepły ślad. I że osobie która kiedyś znała mnie tak dobrze chce się też wpadać na bloga. Dziękuję Masiu. Reanimowałaś mnie wczoraj.
wtorek, 11 listopada 2008
(-;
Jest bardzo bardzo dobra nowina!
Właśnie się ostatecznie ustaliło, że z Kocurem i Natalią jedziemy na wigilię do Łupkowa. Będzie chatkowy, może jeszcze kilka zgubionych po bieszczadzkich drogach dusz. Pierwsze od nastu lat święta na które się autentycznie cieszę i ich oczekuję. Pierwsze od pięciu na które się nie stresuję. Perspektywa bycia daleko od mojej rodziny generacyjnej napawa mnie jakąś dziwną radością. Perspektywa tego, co mnie kiedyś przerażało i budziło wtręt, tych wszystkich świątecznych atrybutów choinek i ciast, teraz sprawia że jestem szczęśliwa tak, że mam ochotę skakać pod sufit. Będzie dobrze. Musi być.
I przy tym ogłoszenie do czytających: My pojedziemy, ale pewnie jakoś się przy stole miejsce znajdzie z nami. Jeżeli też wasza perspektywa świąt nie cieszy to zapraszamy. Nie
umawiajcie się, nie meldujcie, nie zapowiadajcie. Po prostu jeżeli macie ochotę i myślicie o nas ciepło, macie ochotę na święta bez prądu, w ciszy, przyjaźni i miłości to wpadajcie. Będziemy mieli niespodziankę jak coś.
Właśnie się ostatecznie ustaliło, że z Kocurem i Natalią jedziemy na wigilię do Łupkowa. Będzie chatkowy, może jeszcze kilka zgubionych po bieszczadzkich drogach dusz. Pierwsze od nastu lat święta na które się autentycznie cieszę i ich oczekuję. Pierwsze od pięciu na które się nie stresuję. Perspektywa bycia daleko od mojej rodziny generacyjnej napawa mnie jakąś dziwną radością. Perspektywa tego, co mnie kiedyś przerażało i budziło wtręt, tych wszystkich świątecznych atrybutów choinek i ciast, teraz sprawia że jestem szczęśliwa tak, że mam ochotę skakać pod sufit. Będzie dobrze. Musi być.
I przy tym ogłoszenie do czytających: My pojedziemy, ale pewnie jakoś się przy stole miejsce znajdzie z nami. Jeżeli też wasza perspektywa świąt nie cieszy to zapraszamy. Nie
umawiajcie się, nie meldujcie, nie zapowiadajcie. Po prostu jeżeli macie ochotę i myślicie o nas ciepło, macie ochotę na święta bez prądu, w ciszy, przyjaźni i miłości to wpadajcie. Będziemy mieli niespodziankę jak coś.