piątek, 21 listopada 2008

Daleko od bollywod

Biały Tygrys, Aravind Adiga

Coś dziwnego i wstrząsającego przeczytałam. Indie, bardzo inaczej niż w bollywod. Nie tajemnicze klimaty, realizm magiczny i zapachy. Nie, nie, Nie. Indie śmierdzące, głośne, okrutne. Książka wstrząsająca i cudowna zarazem. Chciałam jej dać 11 w skali 1-10, ale zakończenie odrobinę rozczarowuje. Może czegoś innego się spodziewałam. Dostojewskiego w Deli? Może. Nie będę pisała recenzji żeby nie spolerować. Jak kto chce może kliknąć w linka na górze. Ja od pierwszych stron czułam się jak na karuzeli. Było szybko i momentami chciało się zwracać obiad. Ale umysł krzyczał jeszcze, jeszcze i nie było nic poza kartkami książki. Cóż, nigdy nie lubiłam specjalni Indii i zawsze byłam zdania że przerost tradycji - zwyczaju ( jak w Indiach) lub ideologii ( jak w Chinach) nad etyką i człowieczeństwem ma złe skutki. I jeżeli ktoś nie widzi pogardy tamtych ludzi dla nas to tym bardziej to przeczytać. Tak czy inaczej polecam. Zwłaszcza miłośnikom bollywod. Powinno wam się spodobać. A jak nie spodobać, to na pewno przydać w ramach kuracji po bolly.


wtorek, 18 listopada 2008

Jak sie wali to wszystko - notka z bebechów

Jak sobie czytałam te moje wpisy, to coś za dobrze było. Za ciepło, za milusio, bez bebechów na wierzchu. No i się posypało. Ale po kolei:

W piątek wieczorem Natalis spadł z krzesła, ot nic takiego. Bum. Tyle że mu trochę puchło i płakał. To no wzięliśmy go na dyżur, do znanego nam już wcześniej szpitala o którym można przeczytać tu.
Czekaliśmy jedynie trzy godziny. Skończyło się diagnozą: stłuczenie. Dano gips na tydzień. Notabene gips ściągnął dziś nasz znajomy lekarz w domu. Na pohybel państwowej służbie zdrowia.

Ale tak czy inaczej impreza była brzemienna w konsekwencje.

Raz to pokłóciłam się z matką. Nerwy siadły mi ze zmęczenia i z czekania. Jej chyba też, a może zawsze jest taka. Tak czy inaczej skoczyłyśmy sobie do gardeł, niemal dosłownie. Zasugerowano, że jestem złą matką. Więc zasugerowałam, że gorszą matką od niej nie jestem, bo się nie da i że jest mi przykro że ktoś taki jak ona mnie urodziła. Ogólnie z dwóch stron było ostro.
Dnia następnego przyszedł do nas ojciec, zdołowany że się „ z mamą kłócę, on nie wie o co” ( ha ha ha, bo 26 latach awantur by załapał o co). Na takie zaprzeczanie problemowi znowu mnie poniosło i mu powiedziałam, że nie chcę z matką mieć nic wspólnego, bo nigdy się nie dogadywałyśmy i jesteśmy kompletnie różne. I nie specjalnie czuje do niej jakieś pozytywne uczucia. Okazało się że sprawa z konsekwencjami ta rozmowa.

I nastała noc. W niedziele mieliśmy jechać do Wrocławia na koncert. O 1 w nocy Natalis rzyga ja kot. Potem jeszcze raz i jeszcze. Wodą, wszystkim. W sumie ze 20 razy. O 5 rano jest pogotowie i chcą nas pakować do tegoż szpitala. Zaoponowałam.

Rano przyjechał ojciec i wywieźli nas do szpitala w Bytomiu. Kroplówki, zastrzyki, ogólnie, kolejna noc na nogach, bez jedzenia i spania. ( Koncert już nawet zniknął ze sfery myśli ale nieważne).
Ale najlepsze się zaczęło dopiero. Okazało się, że matka zniknęła. Podobno ojciec powtórzył jej kubek w kubek całą naszą rozmowę („ bo się pytała, a jak pytają to ja odpowiadam” – skądś to znam cholera – po kim mam te geny, nie?). No i mata się załamała i poszła gdzieś. „Żeby mnie Ania nie musiała więcej oglądać”. Dodam tylko, że nie było jej nigdzie. Ponad dobę. Jeżeli dodać że jest na lekach antydepresyjnych i przez pół dzieciństwa słyszałam tekst „ ja się kiedyś zabiję, zobaczysz, i ty zobaczysz wtedy jak to beze mnie jest”. To miałam zgryz. Zmęczona, głodna zaczęłam się zastanawiać czy jestem już sierotą i czy niezależnie od naszych układów dam sobie radę z karteczką na plecach „ktoś przez kogo zabiła się własna matka”. I jak twarda będę musiała być, żeby stwierdzić po raz olejny „ pieprzę to”.

Tu dziękuję dwóm osobom za rozmowy telefoniczne. Nie wiem ja bym bez was przetrwała. Jednaj za ciepło i wsparcie, a drugiej za zrozumienie.

Rano matka przylazła. I uśmiechem od ucha do ucha, daje mi całusa i jest w skowronkach. Jak się pytam gdzie była to mówi, że „musiała sobie pewne rzeczy przemyśleć”

Ja wiem, że to teraz wygląda zabawnie. Ale nie jest. Po pierwsze wtedy wcale nie było oczywiste że się znajdzie. A po drugie miałam po raz kolejny wrażenie, że to już poszło za daleko, że choćbyśmy chciały się pogodzić to już nie możemy, coś za dużo się podziało. Tu nie chodzi, wbrew pozorom, o to czy ona mnie oddała na wychowanie dzieciństwie czy nie. Łajno mnie to wtedy obchodziło, bo nigdy nie tęskniłam. Chodzi o to, że ona mnie nigdy nie rozumiała, że nigdy nic nas nie łączyło. Że całe życie wyrosłam na wartościach „ chcę być inna niż ona”, że wkurza mnie ta podwójna komunikacja, to zaprzeczanie problemom, manipulacja, szantaż emocjonalnym. Za to, że jedyne co wspólne pamiętam to awantury. Za to myślenie „ nigdy nie mów ludziom co myślisz”. Za to że nigdy o siebie nie dbała i ja gdzieś za mną łazi to mam ochotę się pod ziemię zapaść. Ja już naprawdę jestem za stara żeby to odkręcać. Teraz tylko zawieszenie broni. Po ostatniej awanturze nie wiem na ile możliwe. Bo znowu jest cacy i super, a wszystko upchnięto pod dywan na zasadzie „ myśmy się kłóciły córeczko?”

Ha, to nie znaczy, że z ojcem miałam zawsze super kontakty. Ale z ojcem było na huśtawce pól na pół. Raz był najlepszym ojcem świata, takim który słuchał i rozumiał, z którym jeździłam Bieszczady Tatry, kupowałam sunie ślubną, który czytał mi Lema jak miałam doły sercowe w ósmej klasie. A potem czasem był ostatnim sukinkotem który latał po domu i ostrym narzędziem i wywalał telewizor przez okno. Albo miał miesięczne stany depresyjne. Ale dla tych chwil co były dobre to się nie liczy.

I czuje ze to jest bez wyjścia. Bo ona KAŻDĄ rozmowę kończy na zasadzie „ ty mnie nienawidzisz, ale ja cię i tak kocham i ci wybaczam, choć się przytul”. I nic nie zostaje przegadane, naprawione, zrozumiane. I ja jej mam ochotę ta dokopać emocjonalnie ( fizycznie też) żeby nie mogła już mi wybaczać i musiała się zatrzymać, wysłuchać, zrozumieć.

Ale czuję, że to jest błędne koło, bo to jest niemożliwe.



Gdybym była psychoanalitycznie nastawiona może stwierdziłabym, że dlatego szukam w relacjach z kobietami Lusterka. Tej absolutnej bliskości – identyczności- rozumienia. Z facetami tego nie potrzebuję. Mężczyznę muszę tylko czcić ja Młodego Boga, Chodzący Ideał i Geniusza (-; Ale to chyba nie tak dużo?



A co dalej: Po powrocie ze szpitala na l4 na dziecko rozchorowałam się ja. Nudności, wszystko boli, gorączka 39. Już siedzę i piszę znaczy żyje. Wirus, to szybko przechodzi.

Ale że wirus polskiej służby zdrowia to twardy i teraz pan kocur legł. Mam nadzieje ze nie będzie jak ostatnio Natalia – ja – Przem – Gawron - Ania. (-; W końcu czemu chorować przez czyjegoś bachora ( można przez własnego czego Garonom życzę (-; )


A wczoraj jeszcze jedna rzecz. Miła i niemiła. Pewne rzeczy się zrównoważyły. Dwa kontakty z osobami które znałam i bardzo lubiłam dano temu. Między które a mnie wgryzł się czas i kilometry. Jeden chłodny list, bardzo mnie zmechacił. A potem dużo dużo ciepła od kogoś innego przez kominek ( czyli gg). Jak to dużo znaczy, że to co było mimo czasu zostawiło taki ciepły ślad. I że osobie która kiedyś znała mnie tak dobrze chce się też wpadać na bloga. Dziękuję Masiu. Reanimowałaś mnie wczoraj.

wtorek, 11 listopada 2008

(-;

Jest bardzo bardzo dobra nowina!

Właśnie się ostatecznie ustaliło, że z Kocurem i Natalią jedziemy na wigilię do Łupkowa. Będzie chatkowy, może jeszcze kilka zgubionych po bieszczadzkich drogach dusz. Pierwsze od nastu lat święta na które się autentycznie cieszę i ich oczekuję. Pierwsze od pięciu na które się nie stresuję. Perspektywa bycia daleko od mojej rodziny generacyjnej napawa mnie jakąś dziwną radością. Perspektywa tego, co mnie kiedyś przerażało i budziło wtręt, tych wszystkich świątecznych atrybutów choinek i ciast, teraz sprawia że jestem szczęśliwa tak, że mam ochotę skakać pod sufit. Będzie dobrze. Musi być.

I przy tym ogłoszenie do czytających: My pojedziemy, ale pewnie jakoś się przy stole miejsce znajdzie z nami. Jeżeli też wasza perspektywa świąt nie cieszy to zapraszamy. Nie
umawiajcie się, nie meldujcie, nie zapowiadajcie. Po prostu jeżeli macie ochotę i myślicie o nas ciepło, macie ochotę na święta bez prądu, w ciszy, przyjaźni i miłości to wpadajcie. Będziemy mieli niespodziankę jak coś.

sobota, 8 listopada 2008

A jednak się kręci

A jednak się kręci…i to szybko.

Nie tak zupełnie miało być. Miałam być sfrustrowana, przemęczona i zła. A tymczasem powrót do pracy dobrze mi robi. Sama praca sprawia mu strasznie dużo frajdy, nawet jakoś mi samodzielny projekt, nie jestem już tak zmęczona, raczej mam więcej energii. (-; Atmosfera dalej bardzo dobra. W środę zabieram na biurko roślinkę z parapetu i pewien upiorowi kubek w ramach „oswajania przestrzeni biura”.
Natalis się rozwija w przedszkolu. Zaczyna nawet ujawniać moje geny. Jest uparty. W piątek zrobił jeża z zapałek i ziemniaka, i jeż miał wylądować na przedszkolnej gablotce – wystawie. A Natalis zażądał zwrotu jeża do domu. „ Bo ja zrobiłam”. Panie, tłumaczą, proszą, że pani dyrektor i inne panie nie zobaczą jej prac. Natalis wysłuchał ich cierpliwie po czym skwitował. „ Trudno”. Moja krew, hough!
Poza tym zrobił ( pod moim kierownictwem technicznym ale sam) pierwsze ciasteczka. Wyszły dość smaczne, acz najczęstsza instrukcja brzmiała „ NIEEEE, tego nie dodawaj” „ NIEEE tego nie rozmazuj” „ Nieeee”

Zdjęcia tu:


A poza tym w telegraficznym skrócie depesze ze świata anisków:
- Świat kręci się tak szybko – praca a w weekendy wyjazdy, że aż się za głowę łapię.
- Jeno z najbardziej nastrojowych Świąt Zmarłych jakie pamiętam. Byliśmy na grobie babcie w czwórkę: Ja, Kocur, Natalis i Lampart-balonik. Żeby go pokazać prababci. Było ciepło. A potem Nat zaczęła śpiewać kołysankę którą tylko ta babcia mi śpiewała ( i którą teraz ja jej śpiewam czasem) a ja mało się nie poryczałam.
- Wygrałam dwa bilety w Rmf Classic – na Cygańską Orkiestrę Symfoniczną do Wrocławia – jedziemy w najbliższą niedzielę. Koncert zapowiada się fajne, a poza tym lubię wygrywać. Wolałabym lotto, ale też może być. Na razie. Szczęście trzeba trenować.
- Byliśmy na nowym Bondzie. Jest super. A za Toskę dałam mu 2 oczka więcej na imdb (-;
- Zabieram się do pisania dwóch ważnych listów. Oba może poprawią coś co zrobiłam nie tak. Jeden pojedzie nad morze ( po notce na zaprzyjaźnionym blogu było mi łyso), drugi aż za morze.
- Piszę jak fretka. Wróciłam do tego i rosną mi skrzydła od tego. Na następnym ŚKFie na 100% będę.
- Szlag mnie trafia, że mi jeszcze że jeszcze mi fryzjera nie otworzyli. Dorosłam do decyzji bardzo krótkich włosów. I nie lubię czekać.
- Nie mam już aparatu na zębach.
- Remont dalej trwa – koło 80 % ścian już jest super. A potem wielkie malowanie. Będzie relacja fotograficzna. A koty będą miały lawendowe ogony.

A Jam-part tu:

poniedziałek, 27 października 2008

M(efistodeles) i Małgorzata

Zanim napiszę cokolwiek o Wiedniu, który nie odbył się jak miał się pierwotnie odbyć z bardzo różnych przyczyn osobisto jakiśtam, najpierw kilka słów o samym wyjeździe.

Kocur jest najkocurzejszy na świecie. Miałam dwudniową randkę z moim własnym mężem. Zaczarowaną i niesamowitą. Pełną starych zegarów, zapachu jesieni, w surrealistycznym Wiedniu porannym, z modlitwą po arabsku słuchaną w romańskim kościele, z suszi nocną porą i tyloma rzeczami, że nie da się ich wymienić. Wracam zmęczona w stopniu ekstremalnym, ale zauroczona.

Było magicznie. O tak:


A w drodze do opery:




Ale miałam o samym Fauście. A właściwie o M. i Małgorzacie bo stanowczo postuluje, że powinni tak zmienić tytuł tej opery. Tak ogólnie: to podsumowując wszystko to jest to chyba najlepsza adaptacja operowa jaką widziałam. Ogólnie: bo rozkładając to na muzykę, śpiew, aktorstwo i warstwę wizualną wychodzi bardzo nierówno: od absolutnej euforii do chęci zadania bolesnych tortur niektórym osobom, które maczały w tym palce. Tak, miałam okazję buczeć i gwizdać. Niestety główny winowajca nie wyszedł po oklaski. Widać czuł ciężar swojej winy.

Ale po kolei…

1) Muzyka, głosy, aktorstwo…

Już rozumiem dlaczego osoby które słyszały już Coś Takiego nie zachwycały się Berlinem. Olśniewające, to jest dobre słowo.
Małgorzatę miała śpiewać Angela. Tyle, że zachorowała. Klops. Kocur miał minę kociątka któremu zabrali motek wełny jak się dowiedział. A potem przyznał, że jest szczerze wdzięczny Angeli za tą niedyspozycję. Dublerka była olśniewająca. Nie wiem jak to nazwać, ale nie wiedziałam, że śpiew może być tak doskonale melodyjny. Wspaniale aktorsko zagrała. Jeżeli któreś z nas miało jakąkolwiek wizję jaka powinna być Małgorzata, to była ona dokładnie taka. Tak pięknie zaśpiewanej arii z klejnotami jeszcze nie słyszałam.
Mefisto był w gorszej sytuacji na starcie. Raz że pan śpiewał basem, a ja 100% wolę w tej roli baryton. Dwa, że cokolwiek by robił to ja będę miała w głowie „Bryn Terfen to pan nie jesteś…”. I z tej przegranej pozycji udało mu się wyjść obronną ręką. On jest innym Mefistem, niż Terfel, ale też cudownym. I słuchałam jego głosu z ogromną przyjemnością. Tajemniczy, demoniczny. Dodatkowo pan świetnie to grał. Jeden z fenomenalnych pomysłów reżysera to dać mu jako atrybut czerwony wachlarz. Sam śpiewak był azjatą i wachlarz w jego rękach był bardzo sugestywny.
Faust. Hm, Alana śpiewa bardzo dobrze. Lepiej niż jakikolwiek tenor jakiego widziałam na żywo. Mam zastrzeżenia do jego gry aktorskiej. Nie przekonał mnie, że naprawdę kochał Małgorzatę, a na cynicznego sukinsyna był zbyt wesołkowaty. Cóż, czego się spodziewać po kimś dla kogo aktorsko rolą życia był Eliksir Miłosny… Tak czy inaczej Alana dostał najmniejsze brawa. I co mnie do niego zraziło to że „gwiazdorzy”. Dopominając się braw usiadł w geście „ to będę tu siedział aż nie zaczniecie przywozicie klaskać’. Niestety ( dla niego) publiczność na to w ogóle przestała klaskać i pan gwiazda musiał sobie iść. Łyso mu było.
Wszyscy inni tez byli fenomenalni. Tu specjalne oklaski dla Walentego. Ja zawsze jakoś pomijałam tą postać i nudziły mnie jej arie. A tu był porażający. Najpierw ta niewinność z jaką śpiewa o medaliku a potem jak po wojnie się z niego nieczuły sukinsyn zrobił. Ja to czekam aż zrobią w realiach II wojny światowej. Z motywem wojny i tego co robi z ludźmi w tle.
2) Reżyseria ( pręgierz i czterdzieści batów), scenografia ( zrobić podwiązki z bebechów tego pana) i interpretacja ( bardzo ciekawa ale nie wystarczająco zarysowana). Bosz czemu ci spece nie wyszli na brawa, pomidorem bym rzuciła i wybuczała.

Opera to sztuka będąca połączeniem śpiewu, muzyki, tekstu, aktorstwa, sztuki wizualnej i tańca. I to wszystko oddziaływuje razem. A jak człowiek dostaje na talerzu genialne głosy bez przestrzeni i warstwy wizualnej to się czuje jakby dostał żur bez zimniczków i kiełbasy. Było niby klasyczne. Stroje jak z dobrego wojaka Szwejka ( Austria w końcu…) tylko nie wiem czemu wszystkie szare. Na scenie zero (!) dekoracji tylko trzy obrotowe ściany półprzeźroczyste zapełniające jakoś przestrzeń. Robią to naprawę symbolicznie i nie wnoszą nic. Ba tym, że są nowoczesne przeszkadzają. Czasem co prawda pojawiają się na scenie i i om dekoracje, ale takie że nie wiadomo czy im wczoraj tych jakie miały być nie ukradli i czy banda techników za 20 euro nie miała szybko zrobić nowych. Domu Małgorzaty nie ma. Jest za to jej ogród. Wygląda jakby ktoś nagrobki obsadził papierową kapustą, sałatą i fasolą. A wszystko w kolorze mocnej zieleni. To już nie jest ten problem, że to nic nie przekazuje. To przeszkadza.
Reżyser z kolei zrobił kilka rzeczy fajnych, nawet bardzo fajnych. Miał wizję i pomysł. Ale spieszył też kilka rzeczy z które miałam mu ochoty nakopać wić. Po tej całej posusze dekoracyjnej zaczęła się scena sabatu. Na scenie trumny, z których wychodzą zielonkawe baletnice obłapujące Mefista i Fausta. Jest dobrze, myślę sobie. W tle na drzewach szubienicach wiszą dzieci. Jest cholernie dobrze. Dobra scenografia, jak one zatańczą teraz sabat to mnie w fotel wbije. Inna sprawa że ta scena jest ważna dla interpretacji. Dość kluczowe jest jak się Faustowie na tej imprezie podobało. Mefisto mówi ze będzie Impreza, laski go obłapiają….a Algana zaczyna ze chce do Małgorzaty. Coś mu się pomylił tekst, myślę. Ale nie, opada kurtyna i nastąpże scena w więzieniu. I tu w duchu puściłam największa dawkę przekleństw jaką stworzyłam ostatnio.
Druga wtopa reżysera to sama końcówka. Na Małgorzatę pana światło z góry ( jakby na scenie to takie dziwne było) a Mefisto i Faust sobie idą. Ot tak. Jakby im się znudziło stać. W sumie nie wiadomo czy to koniec czy ma być jeszcze jakiś akt, ale za chwilkę. Napięcie rośnie, rośnie, a potem nie wiadomo co.

Nie mówię, że reżyserii nie było. Kilka pomysłów i scen było wstrząsających. Sam spektakl miał też jakiś pomysł. Punkt ciężkości przeniesiono tu na Małgorzatę – Mefista. Faust jako taki był tu raczej postacią drugoplanową, kimś kim chciał się posłużyć Mefisto do zniszczenia Małgorzaty. To był ich duchowy pojedynek. Nawet w więziennej scenie Faust stoi z boku a dramat rozgrywa się na linii M – M. Oni walczą i do siebie to śpiewają. Najlepszą sceną jest jednak zdecydowanie scena w kościele. To też jest walka. Ona broni swojej duszy i wiary, ale on wyciąga coraz mocniejsze argumenty. Nie ma tu wątpliwości że sam Faust jest tylko marionetką, a młodość została mu zwrócona żeby mógł zniszczyć Małgorzatę. I powiem tyle: Małgorzata, w przeciwieństwie do Fausta, jest jego godnym przeciwnikiem. Musiał jej zabrać wszystko, żeby upadła, a i potem się podniosła. Baaaardzo mi się ta interpretacja podoba. Jest mało romantyczna, sukinsyńska , ale przemawia do mnie najbardziej. Zakochanemu Faustowi mówimy nie.

Kilka innych perełek potwierdzających tą teorię interpretacji. Pojedynek Walentego i Fausta. Czerwone światło, oni bez broni naprzeciwko siebie. Nie ma w ogóle szpady. Mefisto dyryguje a oni poruszają się jak marionetki zastygając co chwila. Nie ma wątpliwości że Faust jest tylko przedmiotem, rekwizytem Mefista.

I czemu marudzę? Bo MAŁO! Bo oczekiwałam jak w Berlinie współgranie muzyki-aktorstwa- reżyserii. A nie pojedynczych perełek jak wachlarz Mefista. Nie nie nie.

W sumie 200% na tak. A do reżyserii mam tak emocjonalny stosunek, bo bo zrobili kilka rzeczy bardzo denerwujących ( brak baletu, brak zagospodarowania przestrzeni sceny, urwany koniec) ale poszli w moją ulubioną linię interpretacyjną. Małgorzata nie jest słaba. Hough!

A to bonus specjalny. Dla tych co wiedzą, czemu on taki:



Cóż. Lustra, maski i piękne kobiety. Może i jestem odrobinkę fetyszystką, ale jak kocur zobaczył ten obraz wiedział że mi się spodoba. I miał cholera rację.

piątek, 24 października 2008

Młynek. Ja sama nie wiem jak życie może toczyć się tak szybko. Ale, że toczy się w dobrym kierunku to nie marudzę. W pracy o dziwo mi się podoba i to bardzo. Atmosfera fajna. Dostałam pierwsze samodzielne zlecenie i aż mnie palce świerzbią, żeby się do niego zabrać. Zwłaszcza, że nie wygląda nie niewykonalne. Trudne, ale myślę, że wykonalne.
Kandydaci potrafią zaskoczyć. Jest i pan który uparł się, żeby jechać do pracy do Belgii z …teściową. Jest i pani która chce jechać na pakowaczkę warzyw z fakultetem z prawa i ekonomii. A specyfikacje firm nie mniej zabawne. Dziś doczytałam, że kandydat ma obowiązek „ eskalować problemy i konflikty z kontrahentami”. Ómarłam. Jak rozumiem pani z działu personalnego zna się na swojej pracy, ale na trudnych wyrazach już mniej. Robiłam pierwszy od kilku lat DS. czyli wyciąganie kandydatów bezpośrednio z firm. Taki miły dreszczyk adrenalinki żeby przekonać panią w sekretariacie ze ma cię połączyć z inżynierem spawalnikiem. To jest jak jazda na rowerze – nie zapomina się. A że uczyłam się tego sama chałupniczo prawie, to pamiętam.

Natalis cudny. Już chyba się przyzwyczaił od sytuacji, pomaga drzeć mi tapety w pokoju i zagaduje. Potrafi rozbawiać nawet kiedy wracam zmęczona jak pies ( suka? hihi) albo wzruszyć że robię się miękka jak kaczuszka. Mam jej ciągle mało i teraz doceniam każdą godzinkę razem.

Do rzeczy które mnie tak bolały zdążyłam przywyknąć. Im dłużej na to patrzę, to myślę, że prędzej czy później tak się musiało stać. Pewnych rzeczy, różnic w patrzeniu na świat nie da się przeskoczyć. I obecny stan ma też dobre strony. Kiedy wali się świat, nie trzeba marudzić, bo on po prostu układa się w nowy wzór. Wszystko się cięgle zmienia i jeżeli się chciało zatrzymać świat w takim stanie jak jest, trzeba liczyć potem na większą rewolucję. Tylko włosów jeszcze nie ścięłam jak obiecałam. Czekam aż mi otworzą fryzjera na dole. Czyli jeszcze jakieś trzy tygodnie.

Jutro bladym świtem jadę. I cholernie się na ten weekend cieszę. Kocur zresztą też. Co prawda mój organizm mówi, że on woli zostać w łóżku i pospać, ale jak zwykle się nim nie przejmuję. Dostanie apfelsztrudla i kawał dobrej sztuki.Z okazji wyjazdu ( i premii) kupiłam sobie to: ( i bardzo mi się podobają)




Opowiem jak wrócę, choć myślę, ze bez recenzji.

poniedziałek, 13 października 2008

Sueńos

Jeden z tych ważnych snów o których się pamięta.

Płynę łodzią po rzece. Rzeka jest głęboka, wezbrana i rwąca. Łódką rzuca na wszystkie strony, wygląda jakby miała wypaść na zakręcie. Siedzę z przodu, wiatr wieje mi w twarz. Ona siedzi obok. Chyba. Nie pamiętam dobrze, w końcu to sen.

Patrzę w dół i chociaż łódka ciągle się porusza nie ma wody. Płyniemy w powietrzu a na dnie rzeki obok kamieni leżą kości. Szkielety wojowników, olbrzymie amfory, kamionkowe naczynka i omszałe monety. Wyciągam rękę żeby wyciągnąć maleńką filiżankę z dna, a ona rozbija się na dwie części.

No i niestety mnie obudzili. Idę śnić dalej.