Tak w telegraficznym skrócie. Nic ciekawego.
Rozdziewiczono mnie RPG-owo. Prowadziłam pierwszą w życiu sesję. Cthulu, XIX wiek, Gdańsk i okolice. Oceniam się na 3+ Może niech się gracze wypowiedzą tak czytają bloga. Scenariusz niezły, prowadzenie myślę, że poprawne, ale pod koniec za bardzo leciałam z akcją chcą skończyć w jeden raz, dałam graczom podpowiedzi i klimat szlag trafiał. Ogólnie wnioski wyciągnęłam i chce to jeszcze raz poprowadzić na Flambergu.
A rpgowo mamy zacząć od września od nowa kampanię przez skypa w dość nietypowym składzie. Strzeżcie się! Imperator wzywa!
Jak ktoś jeszcze nie wie, to moje opowiadanie znalazło się w darmowej antologii „Strzeż się Potwora”. dużo fajnych tekstów i pdf tylko za grosik. Polecam. Do ciągnięcia tu
.
Moje wydawnictwo zdaje się być szczere, ale jest irytujące. Wysłanie papieru zajmuje im miesiąc, dokumenty im giną. Nie wiem jak oni chcą to na jesień wydać. Na gwiazdkę. Może. Na razie mruczę pod nosem na nutę Kazika „ mój wydawca jest niepozbierany”. No i pisze. Wen mnie chwycił za łeb, ale zamiast pisać ciąg dalszy Śmierciowiska grzecznie jak obiecałam piszę na nowo Lustra. Bez starych błędów konstrukcyjnych.
Muzycznie kot znalazł mi mega niszczącą wersję Don Giovanniego. w kawałkach na jutubie. Ktoś ma całość? ( Bo nie widziałam sceny z duchem Koamndora). Z tego co widziałam to DG jako zmęczony życiem intelektualista, który am już dość tych bab, które go męczą i chce świętego spokoju. Jest tu tak nieporadny i „przytul-mnie-do-serca-bo-zdycham” że jest to pierwsza scena gdzie ja bym się nabrała na jego Dar la mano. Samotny biedak w świecie ladacznic i szmat. Chlip.
Natalisowi skończyłam czytać I część Władcy Pierścieni. Wszedł świetnie. Nat jest absolutną fanką elfów, Legolasa, Galadrii i Arweny. ( Nat mi się wcina właśnie, że lubi Eldarów, bo Elfy to do mleka szczają). Chyba znalazł swój świat. Piękny, doskonały i odpowiednio patetyczny. A teraz dla odpoczynku czytamy Harrego Pottera i Kamień Filozoficzny. Zupełnie inaczej patrzy się na tą książkę oczami dziecka. Myślę, że gdybym ją czytała jako dziecko to by mnie łupnęła mocno. Szczególnie wątek dziecka, które wszędzie w domu, w szkole, czuje się jak z innej planety. I marzy, żeby ktoś je zabrał, do domu, do świata czarodziejów, gdzieś gdzie pasuje. Myślę, że gdzieś w tym tkwi sukces tej książki. I żałuję, że nie przeczytałam jej mając jedenaście lat. Myślę, że czekałabym całe noce na sowę w Hogwartu. Natalia jest oczywiście w Grfiindorze i potrafi pokonać Voldemota ( brat bliźniak Voldemorta, sto razy straszniejszy! Ale ma strzały od Legolasa i go załatwi.).
A ja mam czytelniczy dylemat. Co sadzić o Zafonie. Bo jest to szmira. I jak człowiek kończy jego książki to wie, że było to słabe. I jakoś mu wstyd. Te wszystkie mroczne artefakty, zagubione biblioteki, stare domu, peleryny i dorożki. Mhhhrok. A z drugiej strony jest to sprawnie i dobrze napisane. I trzyma w napięciu. Nie można się oderwać. Wydaje mi się, że w jakiś sposób Zafon puszcza oko do czytelnika i sam czerpie garściami czerpie gatunku romansu gotyckiego. Bierze te wszystkie kiczowate dekoracje od których robi się mdło i robi coś od czego nie można się oderwać. Mimo wszystko, czacun.
A teraz lecę się pakować. Flamberg a zaraz potem Jawornik z Natti i Olgusią i Młodymi.
czwartek, 9 sierpnia 2012
poniedziałek, 30 lipca 2012
niedziela, 22 lipca 2012
Mózg w słoiku i trockistowska super hero. Książkowo lipcowo.
W skrócie o dwóch książkach, które czytało mi się jednym tchem, a które odbijają mi się czkawką. Maleńkie spoilerki. Tycie-tycie.
Dziwna Sprawa Skaczącego Jacka Marka Hoddera przenosi nas do alternatywnej rzeczywistości. XIX wieczny Londyn, wynalazki, steampunk, młodziutka królowa Wiktoria ginie w zamachu, naukowcy i eugenicy prześcigają się w wynalazkach. Czyta się świetnie, wartka akcja, pełnokrwiste charaktery, intryga. Ale. No właśnie, ale. Czyta się świetnie ale gdzieś do 3/4 książki, kiedy to głowni źli wyłuszczają swoje plany, a bohaterom pozostaje tylko ściganie królicza ( przepraszam goryla i białej pantery). Całość jest napisana w czymś co nazywam Stempunk - fantasy, to znaczy w dekoracjach z poprzedniej epoki mamy komiksowe gadające papugi, mózgi w słoikach podłączone jakimiś rurkami do maszyn. Niby ten sam poziom absurdy jest u Gail Carriger w Bezgrzesznej, ale jak dla mnie ma ona nieco więcej uroku. I seksu, a to zawsze się przydaje (-; Końcówka książki, kiedy to goniono się wszelakimi machinami latającymi mocno mnie znudziła. Pomysł na rozwiązanie zagadki Skaczącego Jacka absurdalny. Co nie znaczy, że czytało się źle. Polecam, ale nie wyobrażajcie sobie za dużo.
Millenum Stiega Larssona zaczęłam od filmu dziewczyna z Tatuażem Smoka. Film ogromnie mi się podobał, ale pierwszej części nie czytałam, bo nie ma sensu czytać kryminału wiedząc kto zabił. Zaczęłam więc od Dziewczyny Która Igrała z Ogniem. Powinnam była być nieco bardziej podejrzliwa, skoro książka wyszła nakładem wydawnictwa Czarna Owca, która promuje tfffory w rodzaju Wielka Księga Cipek, czy Wielka Książka o Kupie.
Fajnie się to czytało. Wciąga i nie można się oderwać przez 700 prawie stron. Lizabeth Slander stanowi doskonałą genderowo feministyczną Mary Sue. Genialna hakerka, super mózg, fotograficzna pamięć, świetnie się bije i strzela, biseksualna, skrzywdzona przez mężczyzn. Z własnym poczuciem sprawiedliwości, niezłomna i twarda. Prawie jak Leon Zawodowiec. Prawie. Tylko cycki ma w drugiej części nowe.
Coś mi w tym świecie nie gra. Nie znam mentalności Szwedzkiej, ale chce wierzyć, że jest to dość przerysowany stereotyp. Poczytałam, sobie o autorze, żeby zobaczyć kto taką marysue wyprodukował.
Rozumiem, że autor, były aktywista Komunistycznej Ligi Robotniczej, redaktor trockistowskiej (!) gazety, musiał tak to sobie wymyślać. Że osoba mojego pokroju byłaby w jego książce przedstawiana jako „bad guys”. Cóż, zdolny facet, który antyfaszyzm łączy z trockizmem. Tak jakby cholerę leczyć dżumą. Odbija się czkawką. Już chyba wolę Łysiaka, który też ładuje w fają fabułę swoje poglądy. Ale robi to jakby z większym urokiem.
Rozumiem, że autor, były aktywista Komunistycznej Ligi Robotniczej, redaktor trockistowskiej (!) gazety, musiał tak to sobie wymyślać. Że osoba mojego pokroju byłaby w jego książce przedstawiana jako „bad guys”. Cóż, zdolny facet, który antyfaszyzm łączy z trockizmem. Tak jakby cholerę leczyć dżumą. Odbija się czkawką. Już chyba wolę Łysiaka, który też ładuje w fają fabułę swoje poglądy. Ale robi to jakby z większym urokiem.
Idę czytać oryginalnego Holmesa. Dość mózgów w słoikach i trockistowskich super bohaterek.
Ps. Czekam na fanfik Lisabeth Slander vs. Nastia Strzelecka z Suworowa. Prawie jak alien kontra predator.
poniedziałek, 16 lipca 2012
Bunkry, sztolnie, zamki, lasy
Dwie i pół godziny jazdy od śląska. Tylko tyle, o ile nie ma korków, i znajdziemy się w magicznej krainie. I to nawet bez starej szafy, chociaż zaczarowane drzwi też się znalazły.
Przyjechaliśmy do Dwóch Sióstr obok Lądka Zdrój. Sam pensjonat jest zupełnie wydatkowym miejscem, w prześlicznej starej willi otoczonej drzewami. Bardzo mili gospodarze, świetna kuchnia, a nastrój ma w sobie coś z powieści Agathy Christie. Naprawdę niepokoiło mnie co stało się z Trzecią siostrą skoro pensjonat nazywa się Dwie siostry...
Pierwszego dnia jeździliśmy po Górach Sowich. Zwiedliśmy trzy tajne podziemne kompleksy budowane przez Hitlera. Setki korytarzy, zawalonych przejść, podziemne labirynty być może jeszcze nie odkryte. I w tym wszystkim ciężka atmosfera śmierci. Bo cała aurę tajemniczości i zagadki przysłania to, że w gruncie rzeczy to jest wielki cmentarz. Wszystkie korytarze budowane były niewolnicza praca tysięcy więźniów. Wyszłam stamtąd zdruzgotana. Zresztą w jednym z korytarzy miałam dziwne wrażenie, o którym niekoniecznie chcę tu pisać, a które zdarza się rzadko. Mocne i bolesne.
Może dlatego Kaplica Czaszek, którą widzieliśmy drugiego dnia, w sumie już nie robią wrażenia. Bardzo podniosła atmosfera, ale w jakiś sposób czas tych ludzi skończył się dawno temu. Od choroby, rany, wypadku, kuszy i miecza. Przedwcześnie i w starości. W pokoju lub cierpieniu, ale już się skończyło. To co z nich zostało zostanie też ze mnie i jakoś patrzyłam na to obojętnie. W końcu życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową. I jestem już zarażona.
Powłóczyliśmy się też wśród Błędnych Skał - labiryncie olbrzymich głazów, których nie da się opisać inaczej jak niewyobrażalne, nienazwane, nienaturalne czy jakich tam przymiotników pan Lovecraft używał. Było Cthulowo.
Za miejscowością Frankenstein była twierdza z kotem i przystojnym przewodnikiem oraz średniowieczne ruiny zamku rycerzy rabusiów z wieżą na którą można się wspiąć, słonecznym zegarem i wielką lipą na dziedzińcu (drzewem takim oczywiści (-; )
Po Jaskini Niedźwiedziej znaleźliśmy też zupełnie niesamowitą wieś Międzygórze, która wygląda jak przeniesiona wehikułem czasu z XIX wiecznej Szwajcarii. Miasteczko powstało na życzenie Księżnej Marianny Orańskiej jednej z najbardziej niesamowitych kobiecych postaci XIX wieku. Królewna niderlandzka, poślubiona jakiemuś Pruskiemu imbecylowi, który ani wierności, ani prawdopodobnie innych zalet nie posiadał zbyt wielu, porzuciła męża i przez długi czas pozostawała w otwartym związku ze swoim masztalerzem. Jeździła konno, zakładała szkoły, huty szkła, kopalnie i kamieniołomy. Odważna i niezależna była dla ziem kłodzkich dobrą panią. W Międzygórzu zbudowała małe miasteczko jeden z najbardziej elitarnych kurortów XIX wieku. Kilkanaście domów, z których każdy wygląda jak pałac z bajki. Po wojnie miejscowość przejęła władza ludowa oddając budynki w ręce funduszu wczasów pracowniczych. Dzisiaj to miejsce szuka swojej tożsamości. Magia starych domów, trochę zrujnowanych i kilka bud z pamiątkami i goframi. Skrzyżowanie miejsca z innego czasu, ze złymi cechami Zakopanego. Warte zobaczenia. Choćby an chwilę.
Ale Sudety i Ziemia Kłodzka to nie tylko pojedyncze atrakcje. To przepiekane zrujnowane domy i folwarki, maleńkie stare miasteczka, trochę senne i leniwe, z odrapanymi kamienicami i czasem który płynie wolniej. Góry bez górali z ich oscypkami i miłością do liczenia dudków. Trochę Śląsk, trochę Czechy. Dziwne magiczne ziemie, gdzie widać echa XIX wiecznej świetności. Kraina jaskiń, kopalń, sztolni, zamków i pałacyków. Miejsca o zakręconej historii, ciągle szukające swojej tożsamości.
Dla mnie Sudety są odkryciem. Jestem oczarowana i pewnie będę wracać, chociaż nie będę mi tak bliskie jak Beskid Niski, który jest trochę drugim domem.
A wracając skończyłam czytać „ W dziwnej sprawie skaczącego Jacka”. W sumie...polecam. Ale.
Ale o tym później.
wtorek, 10 lipca 2012
Z kruszonką
Porzeczkowe z kruszonką. Z przepisu Whiteplate ( bez cynamonu zamiast niego gałka muszkatołowa - tylko odrobinka, płatki grube orkiszowe). Dla stałych czytelników - jeżeli takowi się ostali. Smacznego, wszystkiego porzeczkowego! I dobrej kawy mi do tego brakuje.
poniedziałek, 9 lipca 2012
Miedzy listami
Z wielką nieufnością podchodzę do wszelakich love story. Scena ogrodowa Fausta, Romeo o Julia i inne bzdety ogólnie rażą mnie egzaltacją i wysokim C które piszczy w uszach. A teraz dostałam po łbie książka o miłości. „Poślij chociaż słowo” Orlando Figes to książka oparta na prawdziwej historii. Swietłana i Lew poznali się na studiach, potem rozdzieliła ich wojna, on trafił do obozu jenieckiego, a potem jako zdrajca ojczyzny na 10 lat Gułagu. W tym czasie wymieniają między sobą kilka tysięcy listów, które zachowały się do dziś. Książka składa się z tych listów i z dość nienachalnego komentarza autora, który pomaga zrozumieć co się wtedy działo.
O Gułagu czytałam dużo i nie przypuszczałam że coś mnie jeszcze zaskoczy. Jeden Dzień Iwana Denisowicza, Gułag Anne Applebaum i wiele innych. Tymczasem ta książka nie jest zbiorem wspomnień a bezpośrednią relacją. Jest opowieścią o potworności gułagu, ale też o bezgranicznej miłości, nadziei, sile i godności. Zaskakuje odwaga i przyjaźń ludzi, którzy stawiali na szali swoje życie. Lew i Swietłana opowiadali sobie o świecie, powtarzali plotki, cytowali wiersze, kłócili się. A potem po latach rozłąki pobrali się i byli ze sobą do śmierci, która rozdzielił ich w 2008. Chyba nie czytałam bardziej poruszającej historii o miłości. I zadziwia jak w tym całym piekle oboje nie tracili wiary w ludzi i w świat.
I przy okazji przypomniały mi się wszystkie listy, które wymienialiśmy między sobą z Kotem dawno temu. Ciągle są w drewnianej skrzyneczce. I nie straciły nic z aktualności.
A z newsów zrobiłam słoiki z truskawkami i wiśniami. W domu pachnie latem.
W środę jadę w Sudety. Do pensjonatu Dwie Siostry, który mam nadzieje okaże się miejscem magicznym.
A okładkę do Śmierciowiska robi jedna z najlepszych współczesnych ilustratorek. Widziałam projekt tytułu i aż mnie ciarki przeszły. Może wam się nie spodoba Książka, ale na półkach się będzie prezentować.
wtorek, 26 czerwca 2012
Zaa morzami, za lasami
No. I jak ja mam pisać kontynuację Śmierciowiska jak na notkę na blogu nie mam czasu. Co?
Wrócillim. Ogarniam. Pomału. Piorę. Wprowadzam się na nowo do własnego domu.
Na pomorzu było rewelacyjnie. Nie spodziewałam się, że można mieć z dziećmi tak aktywny urozmaicony czas. Ciepły i po prostu fajny.
Jedyny problem, że mi Kaszuby syna podmienili. Był nieśmiały spokojny, grzeczny. Piaseczku bał się dotknąć. Urósł, opalił się, biega jak dziki, tarza się w piachu, a słowo nie traktuje jak zamach na własną suwerenność i godność osobistą. Już nie jest tak łatwo.
Ale po kolei. Najpierw przyjechaliśmy do Smołdzina, małej miejscowości około 10 km od morza. Chciałam dobrej bazy wypadowej na wycieczki i spokojnej nie turystycznej miejscowości. Rzeczywiście mieliśmy stamtąd wypady do latarni morskich, Sowińskiego Parku Narodowego, na wydmy( wydmy- Diuna!), do skansenu w Klukach ( spore rozczarowanie - masy wycieczek szkolnych, które potwornie mnie irytowały) . No i latarnie morskie, które okazały się dziwnymi tajemniczymi miejscami w dodatku bardzo inspirującymi. Tak, zdecydowałam się prowadzić sesję. Cthulu. Jak ktoś dostał mroczną pocztówkę, to już wie co się święci.
Problem był, że pani prowadząca agro w Smołdzinie okazała się antypatyczną jędzą, która na każdym kroku wspominała jak ona nie lubi dzieci bo niszczą. Pokój był kiepski i zupełnie niedostosowany dla naszej ekipy. Miał co prawda cudowny ogród pełen ptaków, ale stara stroka właścicielka psuła cały efekt. Więc wynieśliśmy się na chwile do Łeby.
I tu dygresja o Bałtyku. Do naszego morza mam stosunek miłosno - nienawistny. Kochem te sosnowe lasy, zapach soli i dzikich róż. Miedziano szare morze, wiatr i szerokie długie plaże. Bałtyk mógłby być dla mnie jak Beskid Niski gdyby nie koszmarne miejscowości z masą bud z hot dogami i goframi, zabudową „wszystko w innym stylu od czapy”, miejscowymi, którzy na każdym kroku niby zakopiańscy górale chcą wyłudzić kasę i turystami w klapeczkach i skarpetach. W zasadzie przypomniał mi Bałtyk takie wielkie zwierzę, dzikie i prastare, na którym jakieś wstrętne liliputy pobudowały swoje lepianki. Wygląda w nich idiotycznie, co nie zmienia faktu, że jest niesamowity. Jedynymi miejscowościami, które mają jakąś resztę uroku są chyba Ustka, Puck, Sopot i Hel. Zresztą następny Bałtyk tylko we wrześniu - sztormowo na Helu.
Łeba jest dość paskudna, ale co z tego. Mieliśmy tam miłe miejsce, cudny spacer w deszczu, plażowanie w słońcu i kilka wycieczek. A potem pojechaliśmy do Sznurek ( czy może Sznurków? Tak czy inaczej na koniec świata)
Tam przefajnei gospodarze, którzy naprawdę lubią ludzi. Przyjaciele z trójmiasta, z którymi po kilku latach wreszcie była okazja się spotkać i zobaczyć, że na dziecio-wczasach też jest fajnie. Cudownie czyste jezioro Raduńske, konie i lasy. Zresztą Szwajcaria Kaszubska - czyli rejon Kartuz i Chmielna są jednymi z najładniejszych części Polski. I w przeciwieństwie do wybrzeża, które mimo, że ma skanseny, to Kaszubów już nie widać, tu rzeczywiście się jeszcze mówi po Kaszubsku ( No, Jo, że się mówi).
Na koniec jeszcze pojechaliśmy do Władysławowo, bo chcieliśmy zobaczyć Hel, a mnie się tęskniło do Bałtyku. Sama miejscowość, że ręce opadają ( drodzy panowie; w łysej główce, bermudach, brzuszku, klapeczkach i łańcuchu na szyli nie wyglądacie atrakcyjnie, serio), ale znowu trafiliśmy w fajnie miejsce blisko morza. W dodatku u pani, której dziadek spisywał oryginalne kaszubskie legendy i miałam okazję je przejrzeć.
Jak Kot pojechał to odwiedziła nas jeszcze Kasia ( dobrze zobaczyć kto tam na drugim końcu gg siedzi) i po nocnych polaków rozmowach przy zielonej herbacie wróciliśmy z młodymi do Gdyni.
Gdybym miała wybrać miejsce do mieszkania - i nie mogłaby to być wieś w Beskidzie Niskim to pewnie byłaby to Gdynia. To miasto jest dla mnie zawsze jakiś optymistyczne i pozytywne. Przesiedziałyśmy dzień u Ewejki - którą pamiętam z dawnych czasów jako Dziewczę, a teraz stała się Całkiem Dorosłą Ewejką Na Swoim, Która Piecze Wyśmienite Ciasta.
DZIĘKUJĘ. Wszystkim, którzy towarzyszyli mi w wyprawie: Kocurowi, Eilin z ekipą, Kulom, Zuzie, Kasi i Ewejce. Bez was ten wyjazd nie byłby taki sam.
A zaraz z pociągu weszliśmy w domowy sajgon. Ja dostałam umowę wydawniczą. Całkiem korzystną, planowane pojawienie się księgarniach na jesieni. Tylko się dziwili, czemu nie chcę ich ilustratora. Nie chcę, bo on rysować nie potrafi. Na razie nic nie zapeszam, jak będę wiedziała jak się sprawy mają dam znać. Tak czy inaczej, mam tekst, mam wydawcę.
A Nat z biegu, prawie prosto z pociągu wpadała na popis skrzypcowy. Dała radę i ogólnie była bardzo fajna atmosfera - próby z akompaniamentem i całe pompa, ale bez stresu i nerwów. Szkoda, że nie udało mi się nagrać, ale będzie jeszcze okazja.
A poniżej jeszcze zdjęcie z popisu (-;

