piątek, 9 października 2009

Julia / Wombat

Poszłam sobie dziś do kina. Sama. I to w podwójnym sensie bo bez osoby towarzyszącej i w ogóle byłam sama na Sali kinowej. Rewelacja. Czułam się jak na pokazie dla VIP. Poza tym odkrywam że ja jednak uwielbiam kino. Dużą ciemną salę, szum projektora i tą całą atmosferę. A w ogóle to poszłam sama bo film był babski.

Julie & Julia


Wyobraźcie sobie kogoś kto:
ma pracę w której mało zarabia, czuje się sfrustrowany i zestresowany,
ma kota,
ma bardzo fajnego męża, choć czasem jest wobec niego zołzą,
kto chciał być pisarką ale napisał na razie pół powieści i schował głowę w piasek bo i tak mu nie wydadzą,
kto stale lubi być głaskany po główce i lubi jak się mu przypomina jaki on to nie jest do kitu,
ma paskudną matkę,
ma lat około 30,
…i pisze bloga.
Nie to nie ja. To główna bohaterka. Ale jak się możecie domyślić film ogromnie mi się podobał. Ciepły, zabawny, niegłupi. Bardzo dobry aktorsko, dający nadzieję i ale nie w sposób naiwny i infantylny. Ogromnie podobała mi się idea że jak ktoś lubi jeść powinnam zająć się gotowaniem. Wiecie, ja najbardziej lubię czytać. (-;

I film smakowity. Mam ochotę po nim troszkę poeksperymentować w kuchni. W tym celu chcę zdobyć dano zaginioną książkę kucharską ( jedyną jaką miałam i lubiłam ) a mianowicie Kuchnię Nelly Rubinstein. Pamiętam że przepisy były tam pyszne, nietypowe i okraszone anegdotami. Jak przyjdzie z allegro dam znać jak poszły dobroci.

A wnioski po filmie trzy
- robię się głodna,
- dobrze mieć fajnego faceta który rozumie wspiera i jest najbardziejszy, nie załatwia to wszystkich problemów, ale sprawia że w życiu jest fajnie,
- jeżeli bardzo długo i wytrwale robi się coś co się lubi najbardziej to coś dobrego z tego musi być


A poza tym:

Jadę jutro na Tośkę. Zobaczymy jak będzie.
I mam wielką ochotę na krakowskie antykwariaty ( na allegro wszystkiego nie ma…) i na czekoladę u Szerokiego Elfa.

Przeczytałam o dzisiejszym Noblu. Wiem, szkoda komentarza. A jednak myłam, że z krzesła spadnę.
Ja już dawno mówiłam że Nobel literacki jest dyskusyjny ( Herbert nie dostał a Jelinek tak) a Pokojowy to kpina od kiedy w 2007 Al Gore wygrał z Sendlerową – pogadanki o klimacie zwyciężyły z kimś kto własnym życiem ryzykował ratując żydzie bardzo konkretnych dzieci. Ogólne teorie przeciw życiu ludzkiemu, które można policzyć zważyć. Teorie wygłaszane na wygodnym fotelu, przeciwko ryzykowaniu własnego życia. Wstyd.
Jak widać nie miałam o tej nagrodzie zbyt wysokiego mniemania. Teraz naprawdę nie rozumiem za co Obama dostał. Podejrzewam, że on sam tego nie rozumie. Ja nie mam nic przeciwko niemu. To chwalebne że w kraju gdzie było niewolnictwo i kuklux klan mają czarnego prezydenta. ( Inna sprawa czy gdyby nie był czarny zostałby prezydentem – czy może wielu głosowało na niego żeby pokazać że nie jest się rasistą). Życzę mu jak najlepiej. Ale na wszystkie Demonki on jeszcze nic nie zrobił. Albo może raczej nic dobrego. To lizanie zadka naszego wielkiego barta zza oceanu jest już niesmaczne.

poniedziałek, 5 października 2009

Mru!

Zdjęć mało bo aparat powoli umiera. Zresztą mnie w ogóle przedmioty materialnie nie lubią. Ale to jeszcze dał radę. Z dzisiejszego poranka z jesiennymi pozdrowieniami od pewnej czteroletniej damy.



A poza tym:
Czytam: Zusak, Posłaneic ( Dobre, dobre, dobre!)
Słucham: Dvorak, Koncert na dwie mandoliny g-dur
Oglądam: Przerwane Obięcia Almodovara ( byłam) Julia, Julia ( będę)

poniedziałek, 28 września 2009

Na służbie u Sinobrodej

Z racji czytania Natlisowi przerabiam teraz całe stosy baśni. I czasem szperam teraz po ich ukrytych znaczeniach. Pamiętam długie rozmowy jakie prowadziłam z kilkoma osobami, w tym z Bożeną, o bajce o Sinobrodym – jednej z tych które zrobiły na mnie największe wrażenie kiedy byłam dzieckiem. Pamiętam, że ja się tamtej bajki nie bałam, że uważałam, że to się wszytko dało zakończyć tak, żeby mieć z tego korzyść. I w tych rozmowach nie bardzo udawało mi się przekonać dlaczego tak uważam. Teraz chyba wiem.

Otóż pierwotną wersją tej baśni była dla mnie historia z Baśni Birmańskich. Poznałam ją najpierw i czytano mi ją do bardzo często. Wersja ta trochę się różni, ale ma na tyle wspólnych motywów, że można uznać ją za tą samą historię inaczej opowiedzianą.

Otóż: Były dwie siostry, dobra młodsza i zła starsza. Zła postanowił się pozbyć siostry i wrzuciła ją do rzeki. Prąd morski zaniósł ją daleko aż do zamku Olbrzymki. Swoją drogą fascynujący motyw Olbrzymki – wielkiej, drapieżnej kobiety – potwora. Jednak w naszej kulturze większość olbrzymów było facetami.
Olbrzymka przyjęła dziewczynę na służbę, ale kazała jej nie wchodzić do piwnicy. Młodsza siostra przykładała się do służby no ale oczywiście zajrzała do piwnicy. I znalazła tam ciała kobiet. Olbrzymka bowiem był ludojadką i zjadała młode dziewczyny. Piwnica była pełna ogryzionych kości. Dziewczyna nie dała nic po sobie poznać, i kiedy Olbrzymka pytała czy ta się jej nie boi, odpowiedziała z niewinnym uśmieszkiem, że nic a nic tylko ją szanuje. Potrafiła opanować swój strach.

Kiedy w końcu poprosiła o możliwość powrotu do domu, Olbrzymka tak ją polubiła ze dała jej siedem dzbanów złota i wysłała do domu. Z zazdrości starsza siostra tez wskoczyła do rzeki i znalazła się na służbie u Olbrzymki Ludojadki. Historia się powtórzyła ale głupia siostra na widok stosu kości się rozryczała, że się boi i chce do domu. I została zeżarta.

Ponieważ zetknęłam się tą bajka wcześniej niż z sinobrodym to umykał mi fakt, że Sinobrody jest Facetem – Mężem. On był dla mnie tym kim była Olbrzymka – Ludojadka. Ciemną siłą, groźną ale taką którą można pokonać przez pokonanie własnego strachu.

Tak też pisze Clarissa Pinkola Estés “Opowieść o Sinobrodym mówi o takim prześladowcy, mrocznym mężczyźnie, który zamieszkuje w psychice każdej kobiety, o wewnętrznym drapieżniku. Jest on bardzo konkretną, niezaprzeczalną mocą, o której nie wolno zapominać i którą trzeba opanować. (…)Kobieta] może wyrwać moc wszystkiemu, co trzyma ją w niewoli, i wykorzystać tę moc, kiedyś użytą przeciw niej, do własnych celów. To jest istota dzikiej kobiety.”

Dla mnie dziewczyna i Olbrzymka ( czy Sinobrody) to byłą ta sama osoba. To była jej drapieżna ciemna siła, nad którą można zapanować pokonując strach. Zresztą w jednej z wersji Sinobrodego jego żonami były 3 siostry, dwie straszne zostały zjedzone najpierw, a najmłodsza – w chwili kiedy zajrzała do komnaty i upuściła kluczyk w kałużę krwi tworząc niezmywalne plamy, znalazła ratunek w Sposobie – umyła kluczyk w mleku. Oszukała męża, zapanowała nad strachem i na spokojnie wezwała braci. Czyli się da. Zresztą on jej daje ten kluczyk jak wyzwanie. Gdyby naprawdę coś chciał ukryć nic by nie mówił i zamknął. On jej rzuca wyzwanie „ okaż mi nieposłuszeństwo, a potem zapanuj nad strachem”.
Interpretacja w której traktuje się Sinobrodego jako symbol złego patriarchalnego faceta który niszczy i „zjada” kobiety w ogóle mnie nie przekonuje. Bosze jaki on zły, jaka ona niewinna. Bajeczka ku przestrodze. Tylko zawsze mi się wydawało, że kobiety dostawały w łeb od a krzepkich młynarczyków niż od tajemniczych Sinobrodych.


A z wiadomości z ostatniej chwili
- Jest kot do oddania. Cudny burasem. Teraz jest w domu tymczasowym u Nietoperza. Zdjęcia będą lada dzień. Niestety drugi kot znaleziony na Ani podwórku przeszedł na tamtą stronę cienia. Ponieważ zakładałam, że będzie u nas tym bardziej mi go żal.
- Od jutra będę chodziła na taniec brzucha. Ruszamy się i budzimy w sobie kobiecość.
- Piszę, piszę, piszę. Nie jest źle.

niedziela, 20 września 2009

...i dźwięki

Żeby nie było, że dziś tylko słowa.
Chodzi za mną od trzech dni. I strasznie kojarzy mi się z Łukaszem i Masią. I strasznie marzę żeby po tych latach mniejszego kontaktu dane nam było kiedyś przejść się ( wychodzi na to że z potomkami) starym miastem gdzieś w Hiszpanii, potem wejść do kościoła z tym niepowtarzanym zapachem strych murów i chłodem i usłyszeć to:


Ps. Do płyty Savalla którą dostałam wracam stale i wciąż.

Wombat zrzędzi po artykule.

Przeczytałam sobie właśnie na Gazecie artykuł o pani Helen Gurley Brown, która była przez wiele lat naczelną redaktorką Cosmopolitana i włosy mi stanęły dęba na głowie. To ona jest feministką? To ktokolwiek może ją za nią uważać? Są takie głosy jak się dowiedziałam. O.
Ja do feminizmu mam bardzo mieszane uczucia. Kiedyś byłam w 100% anty. A teraz im dłużej sobie myślę, czytam, dalej myślę – to okazuje się, że moje szczere wombacie przekonania są chyba bardzo blisko feminizmu. A jednak jak podchodzę i obwąchuję to Coś mi tu śmierdzi i jakoś się podpisać nie mogę.
Jestem blisko feminizmu bo na klasyczny patriarchat ( uległość wobec kogokolwiek – mężczyzny na ten przykład) jest dla mnie obrzydliwa. Ponieważ ani z domu ( jaki był taki był) ani ze związku patriarchatu nie doświadczyłam uważałam go za abstrakcyjne monstrum, które jest tak paskudne, że jego istnienie najlepiej włożyć między bajki o godzili. Zbliżałam się też do feminizmu, kiedy widziałam w sobie tą pierwotną kobiecość – Afrodyte – po części Demeter – o których pisała Jean Bolen. I dzika kobieta Clarissy Estes. To była kobiecość neolityczna, nieskrępowana, pierwotna i dzika. I w żadnym razie nie wynikającej z roli żony czy matki jaką daje mi społeczeństwo. Role społeczne miałam i mam głęboko w gdzieś.
A odrzucało mnie od feminizmu Coś. Oczywiście nieszczęsny pogląd na aborcję którego nie kupię od nich nigdy i w żadnej postaci. Dalej gloryfikacja roli kobiety – pracującej ( niezależnie od tego jakby debilna ta praca była – z definicji jest lepsza od opieki nad dzieckiem) – czego efektem jest armia kobiet zaczarowujących się na dwóch etatach ( dom i kariera) i czujących że w jednym i drugim nawalają – bo oczywiście panowie chętnie przyjmują żonę feministkę która pracuje – ale już żony która oddaje im część obowiązków domowych widzieć nie chcą. I jeszcze było Coś czego zdefiniować nie umiałam a mi śmierdziało.
Wiem już co to było. To Coś to traktowanie poglądów pani Helen Brown i jej produktu jakim jest Comso-Gril jako feminizmu - śmierdzi mi to straszliwie. Jak to ładnie napisano w artykule „doradzała kobietom, jak siadać, stać, jeść, pić, czesać się, wypowiadać, ubierać, byle tylko zadowolić mężczyzn”. Ja powiem więcej – systemowi patriarchalnemu można zarzucić przedmiotowe traktowanie kobiety jako macicy – matki i rąk do pracy w domu. Ale w jakiś sposób szła za tym ( przynajmniej teorii i tak długo jak kobieta się nie wychylała) opieka i szacunek. Mężczyzna też miał jakieś zobowiązania. Mnie ten układ w ogóle nie odpowiada ale w jakiś sposób mogę go zrozumieć. Szczególnie jeżeli nie jest zdeformowany i opiera się na szacunku.
Pani Brown rezygnując z układu Kobieta – Macica przeszła do układu Kobieta – Nakładka Na Penisa. I to nie byle jaka nakładka! Nakładka zadbana, uśmiechnięta, samowystarczalna finansowo, nie wymagająca zobowiązań i w dodatku przechodnia. Można zaprzestać używania i skorzystać z następnej. Cały świat jest tu pojmowany przez Niego – Pana – Mężczyznę – metod jego zaspokojenia. I nie wierzę w bzdury że pani Brown reprezentuje feminizm dla zahukanych dziewczątek klasy pracującej. Jeżeli te dziewczątka wyzwolą się dzięki niej od perspektywy pana męża któremu trzeba robić kolację – do pana przełożonego któremu wypada zrobić laskę – to ja przepraszam, ale gdzie tu wolność? Na wyborze obiektu, któremu się rzeczoną czynność robi? Zniewolenie nie jest stanem społecznym, ale stanem umysłu. ( Przynajmniej w naszej kulturze – gdzie prawa są równe – pomijam przypadki Afganistanu ), poczuciem wartości siebie i własnej kobiecości. Jestem mamą która trzy lata siedziała w domu, zazwyczaj ja gotuję, częściej piorę – bo tak mi pasuje. I jakoś się nikt w ciągu mojego życia nie próbował wombata zniewolić i uprzedmiotowić. Cóż, byłoby to zajęcie wysoce nieefektywne i raczej niebezpieczne.

A ze spraw bieżących.
Humor dalej bardzo dobry.
Czytam Lavondyss Holdstocka. Jest to kontynuacja Lasu Ożywionego Mitu który czytałam wieki temu i pamiętam do dziś. I Kiedy kilka tygodni temu Ania przeczytała mi pierwsze słowa książki

„Czy ważysz się, o duszo,
Pójść ze mną na obszar nieznany,
Gdzie ścieżek nie znajdziesz ni gruntu pod stopami?

…to byłam w proszku i na sporym głodzie kiedy resztę tekstu dorwę. Już mam.
Od października zaczynają mi się operowo krakowskie wyjazdy połączone ze spotkaniami znajomych. Fajnie.
I jest sezon na kasztany. Robimy z Nat ludziki i cholera jakoś nie pamiętałam z dzieciństwa, że w tym pieroństwie jest tak ciężko zrobić dziurkę.

niedziela, 13 września 2009

Bajki i bajeczki.

Pierwszy weekend od bardzo dawna gdzie nigdzie nie ganiałam. Miałam troszkę czasu na Dom, Natalia i Książki.
Z planów teatralnych wyszło coś w rodzaju rpg, zupełnie nie wyglądało to tak jak planowałam ale zabawy było dużo

W sobotę Nat chlorawa więc siedzimy na kanapie i za pomocą plastikowych dinozaurów odtwarzamy Kopciuszka.
Ja: ( jako Herold księcia) - …i książę na balu wybierze sobie męża…
Przem: - Znaczące chrząknięcie
Ja niezrażona: ( jako Herold księcia) – na bal, na bal zapraszamy bo książę męża szuka…
Natalis ( zdegustowany) – Chyba żony…

Dzisiaj podajecie do Calineczki. Ale fabułę diabli wzięli bo Natslais obsadził się w roli Ogrodniczki która pilnowała Calineczki. I jak w pierwszym akcie ropucha chciała grać swoją rolę to dostała wycisk. I ogólnie fabuła nie zwykłym torem.


I przy tej okazji krótka refleksja o Bajkach. Byłam ostatnio u rodziców i przejrzałam kilka książeczek jakie jej kupili żeby tam miała. Szlag mnie mało nie trafił. Czerwonego kaptura wilk nie zjada tylko straszy, Małą Syrenka zostaje żoną księcia, a Dziewczynkę z Zapałkami adoptują. Czy ktoś tu oszalał? Czy w tej politycznej poprawności nie zaszliśmy za daleko? Czytałam ostatnio rewelacyjną książkę o znaczeniu baśni, ich roli i znaczeniach – „ Bajki Rozebrane” Katarzyny Miller I Tatiany Cicheckiej. Polecam.
I tu już nie chodzi o absurd że trzęsiemy się nad dziećmi, układami im milusi różowy świat gdzie wyczystko jest milusie bo inaczej by im mogło zaszkodzić – lub nie daj boże przestraszyć. I to nić, ze całe pokolenia wychowywały się na braciach Grimm i Andersenie.
Bajki są po coś. Nie tyle żeby moralizować i przekazać morał. Bardzie po to, żeby dziecko sobie pewne emocje przećwiczyło, pobało się, posmuciło, nawet zupełnie nieświadomie przyjmując tą drugą, archetypiczną stronę bajek.

Tak czytam czteroletniej córce Andersena i Grimma w najbardziej oryginalnej i nie okrojonej wersji jakiej udało mi się kupić. Tak, Mała Syrenka zmieniła się w morską pianę, po tym jak nie chciała zabić sztyletem żony księcia. Czerwonego Kaptura zżarł wilk którego potem wypatroszył myśliwy, a Ołowiany Żołnierzyk się spalił. I pieprzyć Disneya!


A ja z kolei odkryłam magię audiobooki. W zupełności książek mi nie zastąpią, ale mogłam dziś umyć okno słuchając Melvilleia.

wtorek, 8 września 2009

Na rozdrożu w jasnym słońcu

Obiecałam wytłumaczenie i cisza. Najpierw wylądowałam na długi weekend w Londynie ( upiór, ostrygi, szampan i książki) a potem sytuacja zdążyła się kilkakrotnie zmienić.

Podsumowując:
Nie pracuje już w Horyzoncie.
Robię dla nich Belgię na Innych Zasadach. Jak długo to czort wie. Pewnie jak długo będzie mi się chciało.
Zupełnie nie wiem co będzie za najbliższy miesiąc, pół roku, rok, dwa lata.
I to podoba mi się najbardziej.

Czuję się jakbym w stała w słońcu o świcie na rozdrożu. Z pełną świadomością, że nie mam pojęcia w którą drogę skręcę i co mnie tam czeka, ale zawsze będzie to coś dobrego i ciekawego. Dawno nie czułam się tak przepełniona energią i radością. To jest jak otwieranie od życia prezentu niespodzianki. Ogólnie opcje są cztery – i pewne kombinacje ich – i najfajniejsze jest to że każda z nich będzie mile widziana i zmieni w moim życiu coś dobrego. I nie chodzi tu że ja sama nie podejmuję wyboru. Może ja znam się za mało żeby go dobrze podjąć, więc zamiast szarpać się z życiem biorę to dobrego co przyjdzie.

Na dzień dzisiejszy wolałabym tu nie nazywać tych czterech dróg – ewentualności które gdzieś się mi otwierają. Nie mówię że pracy szukać nie będę. Tak, choć pewnie ostrożniej, bez panicznego przeglądania wyborczej z dziesiątkami dołujących ogłoszeń na przedstawicieli handlowych.

W Horyzoncie pracowało mi się dość dobrze. Przynajmniej do końca czerwca tego roku. A potem, nie wiem czy przez atmosferę przed - zwolnieniową czy to że firma się zaczęła zmieniać w kierunku który nie był mi szczególnie bliski było coraz gorzej. Zaliczyłam depresję – do której nawet nie byłam się w stanie przed sobą przyznać ( „ Jak to! Ja depresja? Mi jest zawsze dobrze i zawsze spadam na cztery łapy”). Po Beskidzie niosłam się w milczeniu jak duch z przerażeniem myśląc o powrocie. Alicja słusznie zwróciła uwagę że mój nastój na Flambergu był cokolwiek smętniejszy od Rabkonu. Właściwie to to co trzymało mnie w Horyzoncie najmocniej to ludzie. Nie wszyscy - ale duża część - i poczucie wspólnoty, stada, tego że robimy coś razem. Wprowadzenie najpierw coraz większej ilości kontroli i formalizacji a potem zwolnienia sprawiły że tam i tak już nie ma dla mnie miejsca. Zostało kilka osób ale ten zespół dla którego chciało mi się starać i robić coś Razem poszedł w diabły. Przyznam że trochę żałuję, ale trzeba iść dalej.

Kiedyś ktoś mnie zapytał czy będąc w domu z Natasiem nie czułam się w nudnym kieracie i zamknięciu. Szczerze mówiąc było dokładnie na odwrót. Miałam czas spotykać ludzi którzy są mi bliscy, miałam czas czytać, czytać, czytać, gdzieś w tle były dźwięki, zapachy. Ostatnio byłam w kieracie. Bez kontaktu z ludźmi – bo na tych najbardziej bliskich nie starczało czasu, zmęczona, odstawiona od słów. Może śmierć Bożeny uświadomiła mi że tak dłużej być nie może. Że ja też mogę dostać w każdej chwili czegoś co sprawi że zostaną mi dwa miesiące lub dni. I świadomość tego sprawia ze wiem jak cenne jest to co mam. Jak kruche i unikatowe.

Od poniedziałku zaległości w czytaniu
A. Carter Marianna i Barbarzyńcy
R. Holdstock Las ożywionego Mitu i Lavondyss
V. Nabokov Ada albo Zar
M. Sztejner Wyspa Klucz
A. Rice Godzina czarownic
B. Ulsamer Systemowa terapia Hellingera – Bez korzeni nie ma skrzydeł
K. Dickens Magazyn Osobliwości ( dokończyć)
A. Kańtoch Miasto w zieleni i błękicie ( Ani gratulujemy Zajdla)
H. Thoreau Walden
O. Wilde Portret Doriana Graya ( a potem obejrzeć ten nowy film z bardzo apetyczną obsadą...)
A. Zusak Posłaniec

Poza tym
Kilak wyjazdów operowych do Kina Kijów w Krakowie
Bukiet żółtych chryzantem na grób Bożeny
Spacer z Natalisem w celu zbierania pierwszych opadłych liści
Urządzić z Natalsiem mini przedstawienie teatralno kukiełkowe Calineczka. Widzowie koty. Obiecałam jej to od miesiąca.
Wysłuchać w całości Dziadka do Orzechów.
Wygłaskać koty tak żeby im uszami wyszło.
Pojechać na Alchemikom.
Przejść się na targ warzywny.
Skończyć kilka starych tekstów.
Wrócić do nauki języka angielskiego. Na lekcjach razem z Aniołakiem.

I dużo więcej….

Wiem, kilka znajomych osób które straciły pracę reagowało inaczej. Widocznie jestem inna.
I jak ktoś mi powie, ze to nieważne, nieodpowiedzialnie, że nie myślę ani o karierze, ani o tym podobnych. Ze powinnam teraz szukać pracy, mieć doła, czuć się niedowartościowana. Jeżeli robienie niskopłatnych ( bo pensja w Horyzoncie porażająca nie była…) pierdół, ciągłe słuchanie czyś poleceń było lepsze niż to co mam w planach – to ja mu odpowiem tak samo jak mawia jedna z koleżanek z Horyzontu ( obecnie na macierzyńskim); TURLAJ DROPSA (-;

PS. A kocur mówi że wreszcie od dłuższego czasu da się ze mną dogadać.

A na dzisiaj wieczorem przytargałam film. Stary i już strasznie dawno chciałam go zobaczyć. Fabularnie stanowi wariację na temat motywów Old Boya: długa izolacja, zemsta po latach i muzyka klasyczna w tle. Zresztą posłuchajcie sami: