Przeczytałam sobie właśnie na Gazecie artykuł o pani Helen Gurley Brown, która była przez wiele lat naczelną redaktorką Cosmopolitana i włosy mi stanęły dęba na głowie. To ona jest feministką? To ktokolwiek może ją za nią uważać? Są takie głosy jak się dowiedziałam. O.
Ja do feminizmu mam bardzo mieszane uczucia. Kiedyś byłam w 100% anty. A teraz im dłużej sobie myślę, czytam, dalej myślę – to okazuje się, że moje szczere wombacie przekonania są chyba bardzo blisko feminizmu. A jednak jak podchodzę i obwąchuję to Coś mi tu śmierdzi i jakoś się podpisać nie mogę.
Jestem blisko feminizmu bo na klasyczny patriarchat ( uległość wobec kogokolwiek – mężczyzny na ten przykład) jest dla mnie obrzydliwa. Ponieważ ani z domu ( jaki był taki był) ani ze związku patriarchatu nie doświadczyłam uważałam go za abstrakcyjne monstrum, które jest tak paskudne, że jego istnienie najlepiej włożyć między bajki o godzili. Zbliżałam się też do feminizmu, kiedy widziałam w sobie tą pierwotną kobiecość – Afrodyte – po części Demeter – o których pisała Jean Bolen. I dzika kobieta Clarissy Estes. To była kobiecość neolityczna, nieskrępowana, pierwotna i dzika. I w żadnym razie nie wynikającej z roli żony czy matki jaką daje mi społeczeństwo. Role społeczne miałam i mam głęboko w gdzieś.
A odrzucało mnie od feminizmu Coś. Oczywiście nieszczęsny pogląd na aborcję którego nie kupię od nich nigdy i w żadnej postaci. Dalej gloryfikacja roli kobiety – pracującej ( niezależnie od tego jakby debilna ta praca była – z definicji jest lepsza od opieki nad dzieckiem) – czego efektem jest armia kobiet zaczarowujących się na dwóch etatach ( dom i kariera) i czujących że w jednym i drugim nawalają – bo oczywiście panowie chętnie przyjmują żonę feministkę która pracuje – ale już żony która oddaje im część obowiązków domowych widzieć nie chcą. I jeszcze było Coś czego zdefiniować nie umiałam a mi śmierdziało.
Wiem już co to było. To Coś to traktowanie poglądów pani Helen Brown i jej produktu jakim jest Comso-Gril jako feminizmu - śmierdzi mi to straszliwie. Jak to ładnie napisano w artykule „doradzała kobietom, jak siadać, stać, jeść, pić, czesać się, wypowiadać, ubierać, byle tylko zadowolić mężczyzn”. Ja powiem więcej – systemowi patriarchalnemu można zarzucić przedmiotowe traktowanie kobiety jako macicy – matki i rąk do pracy w domu. Ale w jakiś sposób szła za tym ( przynajmniej teorii i tak długo jak kobieta się nie wychylała) opieka i szacunek. Mężczyzna też miał jakieś zobowiązania. Mnie ten układ w ogóle nie odpowiada ale w jakiś sposób mogę go zrozumieć. Szczególnie jeżeli nie jest zdeformowany i opiera się na szacunku.
Pani Brown rezygnując z układu Kobieta – Macica przeszła do układu Kobieta – Nakładka Na Penisa. I to nie byle jaka nakładka! Nakładka zadbana, uśmiechnięta, samowystarczalna finansowo, nie wymagająca zobowiązań i w dodatku przechodnia. Można zaprzestać używania i skorzystać z następnej. Cały świat jest tu pojmowany przez Niego – Pana – Mężczyznę – metod jego zaspokojenia. I nie wierzę w bzdury że pani Brown reprezentuje feminizm dla zahukanych dziewczątek klasy pracującej. Jeżeli te dziewczątka wyzwolą się dzięki niej od perspektywy pana męża któremu trzeba robić kolację – do pana przełożonego któremu wypada zrobić laskę – to ja przepraszam, ale gdzie tu wolność? Na wyborze obiektu, któremu się rzeczoną czynność robi? Zniewolenie nie jest stanem społecznym, ale stanem umysłu. ( Przynajmniej w naszej kulturze – gdzie prawa są równe – pomijam przypadki Afganistanu ), poczuciem wartości siebie i własnej kobiecości. Jestem mamą która trzy lata siedziała w domu, zazwyczaj ja gotuję, częściej piorę – bo tak mi pasuje. I jakoś się nikt w ciągu mojego życia nie próbował wombata zniewolić i uprzedmiotowić. Cóż, byłoby to zajęcie wysoce nieefektywne i raczej niebezpieczne.
A ze spraw bieżących.
Humor dalej bardzo dobry.
Czytam Lavondyss Holdstocka. Jest to kontynuacja Lasu Ożywionego Mitu który czytałam wieki temu i pamiętam do dziś. I Kiedy kilka tygodni temu Ania przeczytała mi pierwsze słowa książki
„Czy ważysz się, o duszo,
Pójść ze mną na obszar nieznany,
Gdzie ścieżek nie znajdziesz ni gruntu pod stopami?
…to byłam w proszku i na sporym głodzie kiedy resztę tekstu dorwę. Już mam.
Od października zaczynają mi się operowo krakowskie wyjazdy połączone ze spotkaniami znajomych. Fajnie.
I jest sezon na kasztany. Robimy z Nat ludziki i cholera jakoś nie pamiętałam z dzieciństwa, że w tym pieroństwie jest tak ciężko zrobić dziurkę.
niedziela, 20 września 2009
niedziela, 13 września 2009
Bajki i bajeczki.
Pierwszy weekend od bardzo dawna gdzie nigdzie nie ganiałam. Miałam troszkę czasu na Dom, Natalia i Książki.
Z planów teatralnych wyszło coś w rodzaju rpg, zupełnie nie wyglądało to tak jak planowałam ale zabawy było dużo
W sobotę Nat chlorawa więc siedzimy na kanapie i za pomocą plastikowych dinozaurów odtwarzamy Kopciuszka.
Ja: ( jako Herold księcia) - …i książę na balu wybierze sobie męża…
Przem: - Znaczące chrząknięcie
Ja niezrażona: ( jako Herold księcia) – na bal, na bal zapraszamy bo książę męża szuka…
Natalis ( zdegustowany) – Chyba żony…
Dzisiaj podajecie do Calineczki. Ale fabułę diabli wzięli bo Natslais obsadził się w roli Ogrodniczki która pilnowała Calineczki. I jak w pierwszym akcie ropucha chciała grać swoją rolę to dostała wycisk. I ogólnie fabuła nie zwykłym torem.
I przy tej okazji krótka refleksja o Bajkach. Byłam ostatnio u rodziców i przejrzałam kilka książeczek jakie jej kupili żeby tam miała. Szlag mnie mało nie trafił. Czerwonego kaptura wilk nie zjada tylko straszy, Małą Syrenka zostaje żoną księcia, a Dziewczynkę z Zapałkami adoptują. Czy ktoś tu oszalał? Czy w tej politycznej poprawności nie zaszliśmy za daleko? Czytałam ostatnio rewelacyjną książkę o znaczeniu baśni, ich roli i znaczeniach – „ Bajki Rozebrane” Katarzyny Miller I Tatiany Cicheckiej. Polecam.
I tu już nie chodzi o absurd że trzęsiemy się nad dziećmi, układami im milusi różowy świat gdzie wyczystko jest milusie bo inaczej by im mogło zaszkodzić – lub nie daj boże przestraszyć. I to nić, ze całe pokolenia wychowywały się na braciach Grimm i Andersenie.
Bajki są po coś. Nie tyle żeby moralizować i przekazać morał. Bardzie po to, żeby dziecko sobie pewne emocje przećwiczyło, pobało się, posmuciło, nawet zupełnie nieświadomie przyjmując tą drugą, archetypiczną stronę bajek.
Tak czytam czteroletniej córce Andersena i Grimma w najbardziej oryginalnej i nie okrojonej wersji jakiej udało mi się kupić. Tak, Mała Syrenka zmieniła się w morską pianę, po tym jak nie chciała zabić sztyletem żony księcia. Czerwonego Kaptura zżarł wilk którego potem wypatroszył myśliwy, a Ołowiany Żołnierzyk się spalił. I pieprzyć Disneya!
A ja z kolei odkryłam magię audiobooki. W zupełności książek mi nie zastąpią, ale mogłam dziś umyć okno słuchając Melvilleia.
Z planów teatralnych wyszło coś w rodzaju rpg, zupełnie nie wyglądało to tak jak planowałam ale zabawy było dużo
W sobotę Nat chlorawa więc siedzimy na kanapie i za pomocą plastikowych dinozaurów odtwarzamy Kopciuszka.
Ja: ( jako Herold księcia) - …i książę na balu wybierze sobie męża…
Przem: - Znaczące chrząknięcie
Ja niezrażona: ( jako Herold księcia) – na bal, na bal zapraszamy bo książę męża szuka…
Natalis ( zdegustowany) – Chyba żony…
Dzisiaj podajecie do Calineczki. Ale fabułę diabli wzięli bo Natslais obsadził się w roli Ogrodniczki która pilnowała Calineczki. I jak w pierwszym akcie ropucha chciała grać swoją rolę to dostała wycisk. I ogólnie fabuła nie zwykłym torem.
I przy tej okazji krótka refleksja o Bajkach. Byłam ostatnio u rodziców i przejrzałam kilka książeczek jakie jej kupili żeby tam miała. Szlag mnie mało nie trafił. Czerwonego kaptura wilk nie zjada tylko straszy, Małą Syrenka zostaje żoną księcia, a Dziewczynkę z Zapałkami adoptują. Czy ktoś tu oszalał? Czy w tej politycznej poprawności nie zaszliśmy za daleko? Czytałam ostatnio rewelacyjną książkę o znaczeniu baśni, ich roli i znaczeniach – „ Bajki Rozebrane” Katarzyny Miller I Tatiany Cicheckiej. Polecam.
I tu już nie chodzi o absurd że trzęsiemy się nad dziećmi, układami im milusi różowy świat gdzie wyczystko jest milusie bo inaczej by im mogło zaszkodzić – lub nie daj boże przestraszyć. I to nić, ze całe pokolenia wychowywały się na braciach Grimm i Andersenie.
Bajki są po coś. Nie tyle żeby moralizować i przekazać morał. Bardzie po to, żeby dziecko sobie pewne emocje przećwiczyło, pobało się, posmuciło, nawet zupełnie nieświadomie przyjmując tą drugą, archetypiczną stronę bajek.
Tak czytam czteroletniej córce Andersena i Grimma w najbardziej oryginalnej i nie okrojonej wersji jakiej udało mi się kupić. Tak, Mała Syrenka zmieniła się w morską pianę, po tym jak nie chciała zabić sztyletem żony księcia. Czerwonego Kaptura zżarł wilk którego potem wypatroszył myśliwy, a Ołowiany Żołnierzyk się spalił. I pieprzyć Disneya!
A ja z kolei odkryłam magię audiobooki. W zupełności książek mi nie zastąpią, ale mogłam dziś umyć okno słuchając Melvilleia.
wtorek, 8 września 2009
Na rozdrożu w jasnym słońcu
Obiecałam wytłumaczenie i cisza. Najpierw wylądowałam na długi weekend w Londynie ( upiór, ostrygi, szampan i książki) a potem sytuacja zdążyła się kilkakrotnie zmienić.
Podsumowując:
Nie pracuje już w Horyzoncie.
Robię dla nich Belgię na Innych Zasadach. Jak długo to czort wie. Pewnie jak długo będzie mi się chciało.
Zupełnie nie wiem co będzie za najbliższy miesiąc, pół roku, rok, dwa lata.
I to podoba mi się najbardziej.
Czuję się jakbym w stała w słońcu o świcie na rozdrożu. Z pełną świadomością, że nie mam pojęcia w którą drogę skręcę i co mnie tam czeka, ale zawsze będzie to coś dobrego i ciekawego. Dawno nie czułam się tak przepełniona energią i radością. To jest jak otwieranie od życia prezentu niespodzianki. Ogólnie opcje są cztery – i pewne kombinacje ich – i najfajniejsze jest to że każda z nich będzie mile widziana i zmieni w moim życiu coś dobrego. I nie chodzi tu że ja sama nie podejmuję wyboru. Może ja znam się za mało żeby go dobrze podjąć, więc zamiast szarpać się z życiem biorę to dobrego co przyjdzie.
Na dzień dzisiejszy wolałabym tu nie nazywać tych czterech dróg – ewentualności które gdzieś się mi otwierają. Nie mówię że pracy szukać nie będę. Tak, choć pewnie ostrożniej, bez panicznego przeglądania wyborczej z dziesiątkami dołujących ogłoszeń na przedstawicieli handlowych.
W Horyzoncie pracowało mi się dość dobrze. Przynajmniej do końca czerwca tego roku. A potem, nie wiem czy przez atmosferę przed - zwolnieniową czy to że firma się zaczęła zmieniać w kierunku który nie był mi szczególnie bliski było coraz gorzej. Zaliczyłam depresję – do której nawet nie byłam się w stanie przed sobą przyznać ( „ Jak to! Ja depresja? Mi jest zawsze dobrze i zawsze spadam na cztery łapy”). Po Beskidzie niosłam się w milczeniu jak duch z przerażeniem myśląc o powrocie. Alicja słusznie zwróciła uwagę że mój nastój na Flambergu był cokolwiek smętniejszy od Rabkonu. Właściwie to to co trzymało mnie w Horyzoncie najmocniej to ludzie. Nie wszyscy - ale duża część - i poczucie wspólnoty, stada, tego że robimy coś razem. Wprowadzenie najpierw coraz większej ilości kontroli i formalizacji a potem zwolnienia sprawiły że tam i tak już nie ma dla mnie miejsca. Zostało kilka osób ale ten zespół dla którego chciało mi się starać i robić coś Razem poszedł w diabły. Przyznam że trochę żałuję, ale trzeba iść dalej.
Kiedyś ktoś mnie zapytał czy będąc w domu z Natasiem nie czułam się w nudnym kieracie i zamknięciu. Szczerze mówiąc było dokładnie na odwrót. Miałam czas spotykać ludzi którzy są mi bliscy, miałam czas czytać, czytać, czytać, gdzieś w tle były dźwięki, zapachy. Ostatnio byłam w kieracie. Bez kontaktu z ludźmi – bo na tych najbardziej bliskich nie starczało czasu, zmęczona, odstawiona od słów. Może śmierć Bożeny uświadomiła mi że tak dłużej być nie może. Że ja też mogę dostać w każdej chwili czegoś co sprawi że zostaną mi dwa miesiące lub dni. I świadomość tego sprawia ze wiem jak cenne jest to co mam. Jak kruche i unikatowe.
Od poniedziałku zaległości w czytaniu
A. Carter Marianna i Barbarzyńcy
R. Holdstock Las ożywionego Mitu i Lavondyss
V. Nabokov Ada albo Zar
M. Sztejner Wyspa Klucz
A. Rice Godzina czarownic
B. Ulsamer Systemowa terapia Hellingera – Bez korzeni nie ma skrzydeł
K. Dickens Magazyn Osobliwości ( dokończyć)
A. Kańtoch Miasto w zieleni i błękicie ( Ani gratulujemy Zajdla)
H. Thoreau Walden
O. Wilde Portret Doriana Graya ( a potem obejrzeć ten nowy film z bardzo apetyczną obsadą...)
A. Zusak Posłaniec
Poza tym
Kilak wyjazdów operowych do Kina Kijów w Krakowie
Bukiet żółtych chryzantem na grób Bożeny
Spacer z Natalisem w celu zbierania pierwszych opadłych liści
Urządzić z Natalsiem mini przedstawienie teatralno kukiełkowe Calineczka. Widzowie koty. Obiecałam jej to od miesiąca.
Wysłuchać w całości Dziadka do Orzechów.
Wygłaskać koty tak żeby im uszami wyszło.
Pojechać na Alchemikom.
Przejść się na targ warzywny.
Skończyć kilka starych tekstów.
Wrócić do nauki języka angielskiego. Na lekcjach razem z Aniołakiem.
I dużo więcej….
Wiem, kilka znajomych osób które straciły pracę reagowało inaczej. Widocznie jestem inna.
I jak ktoś mi powie, ze to nieważne, nieodpowiedzialnie, że nie myślę ani o karierze, ani o tym podobnych. Ze powinnam teraz szukać pracy, mieć doła, czuć się niedowartościowana. Jeżeli robienie niskopłatnych ( bo pensja w Horyzoncie porażająca nie była…) pierdół, ciągłe słuchanie czyś poleceń było lepsze niż to co mam w planach – to ja mu odpowiem tak samo jak mawia jedna z koleżanek z Horyzontu ( obecnie na macierzyńskim); TURLAJ DROPSA (-;
PS. A kocur mówi że wreszcie od dłuższego czasu da się ze mną dogadać.
A na dzisiaj wieczorem przytargałam film. Stary i już strasznie dawno chciałam go zobaczyć. Fabularnie stanowi wariację na temat motywów Old Boya: długa izolacja, zemsta po latach i muzyka klasyczna w tle. Zresztą posłuchajcie sami:
Podsumowując:
Nie pracuje już w Horyzoncie.
Robię dla nich Belgię na Innych Zasadach. Jak długo to czort wie. Pewnie jak długo będzie mi się chciało.
Zupełnie nie wiem co będzie za najbliższy miesiąc, pół roku, rok, dwa lata.
I to podoba mi się najbardziej.
Czuję się jakbym w stała w słońcu o świcie na rozdrożu. Z pełną świadomością, że nie mam pojęcia w którą drogę skręcę i co mnie tam czeka, ale zawsze będzie to coś dobrego i ciekawego. Dawno nie czułam się tak przepełniona energią i radością. To jest jak otwieranie od życia prezentu niespodzianki. Ogólnie opcje są cztery – i pewne kombinacje ich – i najfajniejsze jest to że każda z nich będzie mile widziana i zmieni w moim życiu coś dobrego. I nie chodzi tu że ja sama nie podejmuję wyboru. Może ja znam się za mało żeby go dobrze podjąć, więc zamiast szarpać się z życiem biorę to dobrego co przyjdzie.
Na dzień dzisiejszy wolałabym tu nie nazywać tych czterech dróg – ewentualności które gdzieś się mi otwierają. Nie mówię że pracy szukać nie będę. Tak, choć pewnie ostrożniej, bez panicznego przeglądania wyborczej z dziesiątkami dołujących ogłoszeń na przedstawicieli handlowych.
W Horyzoncie pracowało mi się dość dobrze. Przynajmniej do końca czerwca tego roku. A potem, nie wiem czy przez atmosferę przed - zwolnieniową czy to że firma się zaczęła zmieniać w kierunku który nie był mi szczególnie bliski było coraz gorzej. Zaliczyłam depresję – do której nawet nie byłam się w stanie przed sobą przyznać ( „ Jak to! Ja depresja? Mi jest zawsze dobrze i zawsze spadam na cztery łapy”). Po Beskidzie niosłam się w milczeniu jak duch z przerażeniem myśląc o powrocie. Alicja słusznie zwróciła uwagę że mój nastój na Flambergu był cokolwiek smętniejszy od Rabkonu. Właściwie to to co trzymało mnie w Horyzoncie najmocniej to ludzie. Nie wszyscy - ale duża część - i poczucie wspólnoty, stada, tego że robimy coś razem. Wprowadzenie najpierw coraz większej ilości kontroli i formalizacji a potem zwolnienia sprawiły że tam i tak już nie ma dla mnie miejsca. Zostało kilka osób ale ten zespół dla którego chciało mi się starać i robić coś Razem poszedł w diabły. Przyznam że trochę żałuję, ale trzeba iść dalej.
Kiedyś ktoś mnie zapytał czy będąc w domu z Natasiem nie czułam się w nudnym kieracie i zamknięciu. Szczerze mówiąc było dokładnie na odwrót. Miałam czas spotykać ludzi którzy są mi bliscy, miałam czas czytać, czytać, czytać, gdzieś w tle były dźwięki, zapachy. Ostatnio byłam w kieracie. Bez kontaktu z ludźmi – bo na tych najbardziej bliskich nie starczało czasu, zmęczona, odstawiona od słów. Może śmierć Bożeny uświadomiła mi że tak dłużej być nie może. Że ja też mogę dostać w każdej chwili czegoś co sprawi że zostaną mi dwa miesiące lub dni. I świadomość tego sprawia ze wiem jak cenne jest to co mam. Jak kruche i unikatowe.
Od poniedziałku zaległości w czytaniu
A. Carter Marianna i Barbarzyńcy
R. Holdstock Las ożywionego Mitu i Lavondyss
V. Nabokov Ada albo Zar
M. Sztejner Wyspa Klucz
A. Rice Godzina czarownic
B. Ulsamer Systemowa terapia Hellingera – Bez korzeni nie ma skrzydeł
K. Dickens Magazyn Osobliwości ( dokończyć)
A. Kańtoch Miasto w zieleni i błękicie ( Ani gratulujemy Zajdla)
H. Thoreau Walden
O. Wilde Portret Doriana Graya ( a potem obejrzeć ten nowy film z bardzo apetyczną obsadą...)
A. Zusak Posłaniec
Poza tym
Kilak wyjazdów operowych do Kina Kijów w Krakowie
Bukiet żółtych chryzantem na grób Bożeny
Spacer z Natalisem w celu zbierania pierwszych opadłych liści
Urządzić z Natalsiem mini przedstawienie teatralno kukiełkowe Calineczka. Widzowie koty. Obiecałam jej to od miesiąca.
Wysłuchać w całości Dziadka do Orzechów.
Wygłaskać koty tak żeby im uszami wyszło.
Pojechać na Alchemikom.
Przejść się na targ warzywny.
Skończyć kilka starych tekstów.
Wrócić do nauki języka angielskiego. Na lekcjach razem z Aniołakiem.
I dużo więcej….
Wiem, kilka znajomych osób które straciły pracę reagowało inaczej. Widocznie jestem inna.
I jak ktoś mi powie, ze to nieważne, nieodpowiedzialnie, że nie myślę ani o karierze, ani o tym podobnych. Ze powinnam teraz szukać pracy, mieć doła, czuć się niedowartościowana. Jeżeli robienie niskopłatnych ( bo pensja w Horyzoncie porażająca nie była…) pierdół, ciągłe słuchanie czyś poleceń było lepsze niż to co mam w planach – to ja mu odpowiem tak samo jak mawia jedna z koleżanek z Horyzontu ( obecnie na macierzyńskim); TURLAJ DROPSA (-;
PS. A kocur mówi że wreszcie od dłuższego czasu da się ze mną dogadać.
A na dzisiaj wieczorem przytargałam film. Stary i już strasznie dawno chciałam go zobaczyć. Fabularnie stanowi wariację na temat motywów Old Boya: długa izolacja, zemsta po latach i muzyka klasyczna w tle. Zresztą posłuchajcie sami:
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
wtorek, 25 sierpnia 2009
Się porobiło
Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz mu o swoich planach. ( A miałam pewne na ten okres...)
Tradycyjnie już, jak każdej jesieni, mój świat przewrócił się na głowie o 180 stopni.
Zupełnie niespodziewanie i nie w tym keirunku w jakim chciałam.
Powinno mi być smutno, ale kiedy los zamyka jakieś drzwi otwiera następne. I ważne jest żeby nei stać na progu tylko iść dalej.
Szczegóły potem. Na razie tylko powiem: Mieliśmy w pracy redukcję etatów. I czuję się zaszczycona gronem ludzi wśród których mogłam wylecieć (-;
Tradycyjnie już, jak każdej jesieni, mój świat przewrócił się na głowie o 180 stopni.
Zupełnie niespodziewanie i nie w tym keirunku w jakim chciałam.
Powinno mi być smutno, ale kiedy los zamyka jakieś drzwi otwiera następne. I ważne jest żeby nei stać na progu tylko iść dalej.
Szczegóły potem. Na razie tylko powiem: Mieliśmy w pracy redukcję etatów. I czuję się zaszczycona gronem ludzi wśród których mogłam wylecieć (-;
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Wakacyjne czytanie
Nasz kot idzie do nieba.
Margaret Atwood
Nasz kot został raptownie wzięty do nieba. Nigdy nie lubił dużych wysokości, więc usiłował wbić pazury w tego niewidzialnego węża, olbrzymia dłoń, czy też orła, za których przyczyna musiał tak się wznosić, nie miał jednak szczęścia.
Gdy dostał się do nieba, było tam wielkie pole. Po polu biegało mnóstwo różowiutkich małych stworzonek, które na pierwszy rzut oka wydały mu się myszami. Potem dostrzegł siedzącego na drzewie Boga. Anioły latały wokoło, trzepocząc skrzydłami; furkotały, jak gołębie. Co jakiś czas Bóg wyciągał swoją wielką, pokrytą futrem łapę, chwytał jednego z nich w powietrzu i chrupał. Na ziemi pod drzewem leżało pełno ogryzionych anielskich skrzydeł.
Nasz kot podszedł grzecznie do drzewa.
- Miau – powiedział nasz kot.
- Miau – odparł Bóg. A właściwie bardziej zaryczał.
- Zawsze myślałem, że jesteś kotem – powiedział nasz kot – ale nie byłem pewien.
- W niebie wszystkie sprawy się wyjaśniają – odparł Bóg. – W takim kształcie postanowiłem ci się objawić.
- Cieszę się, że nie jesteś psem – odparł nasz kot. – czy mógłbym może odzyskać moje jądra?
- Oczywiście – odparł Bóg. – Są za tamtym krzakiem.
Nasz kot zawsze wiedział, że jego jądra gdzieś muszą być. Pewnego dnia obudził się z dość nieprzyjemnego snu i już ich nie było. Wszędzie ich szukał – pod kanapami, pod łóżkami, w szafach - a one cały czas były tutaj, w niebie! Podszedł do krzaka i oczywiście oba tam były. Przytwierdziły się do niego natychmiast.
Nasz kot był bardzo zadowolony. – Dziękuję – powiedział do Boga.
Bóg czyścił swoje eleganckie, długie wąsiki. – De rien - powiedział.
- Czy mógłbym pomóc ci łapać anioły? – zapytał nasz kot.
- Nigdy nie przepadałeś za dużymi wysokościami – odparł Bóg, wyciągając się na gałęzi w słońcu. Zapomniałam dodać, że świeciło słońce.
- To prawda – przytaknął nasz kot. – Nie przepadałem. – Było kiedyś parę peszących przygód, o których wolał nie pamiętać. – A może chociaż te myszy?
- To nie myszy – odpowiedział Bóg – Ale łap sobie, ile chcesz. Tylko nie zabijaj ich od razu. Niech trochę pocierpią.
- Mam się nimi pobawić? – zapytał nasz kot. – Kiedyś zwykle miewałem przez to kłopoty.
- To kwestia semantyki – odparł Bóg. – Tutaj nie będziesz miał przez to kłopotów.
Nasz kot wolał zignorować tę uwagę, ponieważ nie wiedział, co oznacza „semantyka”. Nie zamierzał wyjść na głupiego.
- Jeśli nie myszy, to co? – zapytał. Zdążył już na jedną skoczyć. Teraz przytrzymywał ja łapą. Rzucała się i cichutko popiskiwała.
- To dusze ludzi, którzy byli źli na Ziemi – odparł Bóg, mrużąc swoje żółtozielone ślepia. – A teraz przepraszam, czas uciąć drzemkę.
- W takim razie co robią w niebie? – zapytał nasz kot.
- Nasze niebo jest dla nich piekłem – odpowiedział Bóg. – Lubię mieć wszechświat w równowadze.
To było z cyklu Wakacyjne lektury. A ja sobie poprzypisywałam.
Margaret Atwood
Nasz kot został raptownie wzięty do nieba. Nigdy nie lubił dużych wysokości, więc usiłował wbić pazury w tego niewidzialnego węża, olbrzymia dłoń, czy też orła, za których przyczyna musiał tak się wznosić, nie miał jednak szczęścia.
Gdy dostał się do nieba, było tam wielkie pole. Po polu biegało mnóstwo różowiutkich małych stworzonek, które na pierwszy rzut oka wydały mu się myszami. Potem dostrzegł siedzącego na drzewie Boga. Anioły latały wokoło, trzepocząc skrzydłami; furkotały, jak gołębie. Co jakiś czas Bóg wyciągał swoją wielką, pokrytą futrem łapę, chwytał jednego z nich w powietrzu i chrupał. Na ziemi pod drzewem leżało pełno ogryzionych anielskich skrzydeł.
Nasz kot podszedł grzecznie do drzewa.
- Miau – powiedział nasz kot.
- Miau – odparł Bóg. A właściwie bardziej zaryczał.
- Zawsze myślałem, że jesteś kotem – powiedział nasz kot – ale nie byłem pewien.
- W niebie wszystkie sprawy się wyjaśniają – odparł Bóg. – W takim kształcie postanowiłem ci się objawić.
- Cieszę się, że nie jesteś psem – odparł nasz kot. – czy mógłbym może odzyskać moje jądra?
- Oczywiście – odparł Bóg. – Są za tamtym krzakiem.
Nasz kot zawsze wiedział, że jego jądra gdzieś muszą być. Pewnego dnia obudził się z dość nieprzyjemnego snu i już ich nie było. Wszędzie ich szukał – pod kanapami, pod łóżkami, w szafach - a one cały czas były tutaj, w niebie! Podszedł do krzaka i oczywiście oba tam były. Przytwierdziły się do niego natychmiast.
Nasz kot był bardzo zadowolony. – Dziękuję – powiedział do Boga.
Bóg czyścił swoje eleganckie, długie wąsiki. – De rien - powiedział.
- Czy mógłbym pomóc ci łapać anioły? – zapytał nasz kot.
- Nigdy nie przepadałeś za dużymi wysokościami – odparł Bóg, wyciągając się na gałęzi w słońcu. Zapomniałam dodać, że świeciło słońce.
- To prawda – przytaknął nasz kot. – Nie przepadałem. – Było kiedyś parę peszących przygód, o których wolał nie pamiętać. – A może chociaż te myszy?
- To nie myszy – odpowiedział Bóg – Ale łap sobie, ile chcesz. Tylko nie zabijaj ich od razu. Niech trochę pocierpią.
- Mam się nimi pobawić? – zapytał nasz kot. – Kiedyś zwykle miewałem przez to kłopoty.
- To kwestia semantyki – odparł Bóg. – Tutaj nie będziesz miał przez to kłopotów.
Nasz kot wolał zignorować tę uwagę, ponieważ nie wiedział, co oznacza „semantyka”. Nie zamierzał wyjść na głupiego.
- Jeśli nie myszy, to co? – zapytał. Zdążył już na jedną skoczyć. Teraz przytrzymywał ja łapą. Rzucała się i cichutko popiskiwała.
- To dusze ludzi, którzy byli źli na Ziemi – odparł Bóg, mrużąc swoje żółtozielone ślepia. – A teraz przepraszam, czas uciąć drzemkę.
- W takim razie co robią w niebie? – zapytał nasz kot.
- Nasze niebo jest dla nich piekłem – odpowiedział Bóg. – Lubię mieć wszechświat w równowadze.
To było z cyklu Wakacyjne lektury. A ja sobie poprzypisywałam.
niedziela, 9 sierpnia 2009
W nicość śniąca się droga
Jak co roku wracam tam jak do domu. W deszczu, drogami błotnistymi, wśród łopianu, mięty i buków. Idąc nie lubię mówić. Myśli mi fruwają nad kopułami cerkwi, z ptakami. Kamiście, trawiasto i ciągle w zachwycie. Wśród krzyży gdzie oni śpią na podłodze dawno już spróchniałej, czort niepotrzebny wilkiem w zarośla czmycha. W Dukli, Olchowcu, Ropiance, Nieznajowej, Wołowcu. Zbieram kości po lasach rozrzucone i pióra.









