wtorek, 23 października 2012

Już poszło do składu. Teraz drukarnia.

 Blurby na okładkę

"Już niewielu spośród mieszkańców zagubionej wśród nieprzebranych lasów osady Bukowsko pamięta tragiczną w skutkach Epidemię sprzed dziesięcioleci. Życie bez pośpiechu toczy się nowymi torami, a ludziom udało się jakoś przystosować do surowych warunków. Jednak ich spokój w pewnym momencie zostaje zakłócony przez niepokojące zdarzenia zachodzące w pobliżu wioski. Niebezpieczeństwo czai się wśród drzew i z każdym dniem nabiera coraz bardziej realnych kształtów. Główna bohaterka, Dorota, rozumie, że splot okoliczności może dotyczyć jej w większym stopniu niż innych, więc postanawia działać. Wtedy zagrożenie się materializuje i... nie zdradzę więcej, by nie psuć przyjemności płynącej z lektury. (...)
„Śmierciowisko" to książka dla czytelników w każdym wieku, która dostarczy pozytywnych wrażeń nie tylko zdeklarowanym miłośnikom literatury fantastycznej."

Stefan Darda
pisarz


„Najlepsze są książki z pogranicza, które trudno przypisać do konkretnego gatunku – zawsze tak twierdziłam, a „Śmierciowisko” Anny Głomb jest tego doskonałym dowodem. Ta książka przyprawia o ciarki jak rasowa groza i wciąga niczym solidny kryminał. (...) Wygląda więc na to, że debiutującej autorce udała się rzecz niezwykła – stworzyła książkę doskonale „rozrywkową”, od której nie sposób się oderwać, a przy tym inteligentną, wymykającą się schematom i przede wszystkim świetnie napisaną. Polecam każdemu, kto ceni sobie dobrą, niebanalną literaturę."
Anna Kańtoch
pisarka


"Dałem się zwieść. Klimatyczne, malownicze opisy uśpiły mą czujność, pozornie utarta ścieżka dała mi pewność, że wiem, dokąd ta książka zmierza. Jednak potem miejsca przestały być tak znajome... a wtedy zrobiło się naprawdę fascynująco. Bardzo dobry debiut! Polecam!"

Jakub Ćwiek
pisarz„



A od niedzieli rano jestem studentką. Znowu. 

poniedziałek, 22 października 2012

A TY? Byłes już na jesiennym spacerze?







piątek, 12 października 2012

Filmowo, książkowo, październikowo.


Jesień wita mnie chłodem. Wyjęłam z szafy swoje i młodych zimowe kurtki. Jest lepiej, ale świadomość, że będzie zimnej jest mało pocieszająca. Lubiłabym jesień gdyby nie świadomość nadchodzącej zimy.

Śmierciowisko jest już po redakcji i korekcie poszła do składu. Nie wiem czy się cieszyć czy bać. Chyba wybieram to drugie.

Zapisałam się na studia kwalifikacyjne pedagogiczne, ale zajęcia się jeszcze nie zaczęły. I mam czas na różne rzeczy na przykład na zrobienie tortu urodzinowego dla Natalisa. Ze względu na wysokie zpoteryzowanie córki miał być z sową. Troszkę za mało kremu wyszło, ale ogólnie nawet był smaczny. Wyglądał o tak: 

 

Poza tym czytam, oglądam i dziwię się światu.

Dziwię się na przykład czemu takie gnioty jak Jestem Bogiem mają nachalna promocję. Nie, nie wiedziałam. Widziałam trailer i mi wystarczy. Wynurzenia egzystencjalne dresów mnie bawią. A promocja jest tak nachalna że boję się otworzyć lodówki, żeby nie zobaczyć Paktofoniki. "Jeszcze oszaleją wszystkie pizdy Gdy poznają mój urok osobisty. Duszę artysty" Jakoś ta wielkość do mnie nie przemawia.

Co gorsza film grają wszędzie i cały czas i kiedy chce iść na jakiś film jest on wyświetlany w czwartek 20:45. Ale udało się. Mimo morderczej pory poszłam na Wiedźmę Wojny. Film dostaje 10/10. W sumie po przeczytaniu iluś-tam recenzji wiedziałam czego się spodziewać ale i tak wgniotło mnie w fotel. ( Swoją drogą dobra recenzja tu http://www.rp.pl/artykul/935372.html )

Wietnamski reżyser robi film o wojnie domowej w Kongu. Choćby ze względu na to chciałam to zobaczyć. Co, Azjata, z kraju, który było przeorany jedną z gorszych wojen partyzanckich w lesie ma do powiedzenia o takiej wojnie. A właściwie nie o wojnie, bo nie jest to film wojenny, ale raczej historia jednej dziewczyny. Porwana w wieku dwunastu lat Komora musi zabić rodziców i a potem jest wcielona w siły rebeliantów. Nie będę streszczenia fabuły, bo może ktoś się wybierze. Powiem tylko, że doskonały dziwny malarski film. Momentami przejmująco smutny, momentami ciepły. Chwilami bardzo realistyczny, chwilami na granicy snu i halucynacji. Ma w sobie coś z Czasu Apokalipsy i z Czasu Cyganów. I zupełnie niesamowita gra aktorska szczególnie głównej bohaterki. 

 

Poza tym: czytam. Skończyłam Liczby Charona Krajewskiego - tak wstydzę się. Wiem, że to jest zła literatura, powtarzalna, groteskowa, komiksowa. Ale co poradzę, że wracam do Krajewskiego. Nie wiem czy mnie bardziej wciąga czy bawi.

A teraz regeneruję musk Filipem Springerem i Miedzianką - HistoriąZnikania. Bardzo dziwna książka. Reportaż, nie reportaż, historia miejsca, którego już nie ma, na granicy starannie zebranych faktów historycznych i literackiej fikcji. Zbiór impresji, ludzkich losów pokręconych przez historię, bez wyraźnej fabuły, a jednak wciąga jak kryminał.

A i był cudowny koncert Dikandy w Chorzowie. Oni są niesamowici. Chyba jeden z najlepszych obecnie grających zespołów. Mogłabym zostać ich etatową groupie.

No i w tym wszystkim, miedzy gotowaniem, odkurzaniem, czytaniem, odprowadzaniem, piciem setnej zielonej herbaty próbuję pisać. Już mam prawie całą fabułę na Coś Nowego. Tylko nie mam czasu tego poskładać, przeczytać jeszcze raz i zacząć. A już mnie wyrywa.

A w międzyczasie się doczekałam. Córka pisze. Dostała wymarzonego konika Sparkle. Zauważałam, że długo coś notuje w kajecie patrząc na tegoż konia. Pytam się co piszesz.
- Piszę książkę. „ O księżniczce Sparkle i jej wojnie z królem Czarnych Pegazów'
Ómarłam. Za dużo epickiej literatury + pisząca matka = efekt jak widać. Podobno ma już wydawcę. Wydawnictwo „ Małe Zwierzątka” jest zainteresowane.
Aaaa Czarne pegazy to kuzyni Nazguli ale sto razy gorsi, ale ona wygrała bo raziła ich tęczą z rogu.

środa, 26 września 2012

Co z tą szkołą?


Halo, czy są na blogu nauczyciele? Albo uczniowie? Albo rodzice? Bo mnie zastanawia jedna rzecz. Przez ponad rok mam okazję obserwować córkę w jednej ze zwykłych podstawówek. Żadne tam szkoły społeczne i elyty. Duży odsetek Romów. I co? Bardzo dobrze nauczyciele, fajne mądre dzieciaki, dobry program nauczania, ciekawe podręczniki. Córka chodzi chętnie do szkoły, ma koleżanki, odrabia dużo zadań, pod koniec pierwszej klasy pisali już dyktanda. Szkoła jest czyta, bezpieczna i przyjazna.

Tylko, że słyszy się potem o horrorze głupoli z gimnazjum, którzy rzucają w nauczycielami koszem na śmieci, albo o filmikach matura to bzdura. Gdzie się dzieje coś nie tak? Gdzie jest to pękniecie? Punkt startowy jest bardzo dobry. Co się potem psuje. A może się nie psuje, tylko media pokazują ten obraz w krzywym zwierciadle?

Osobiście jestem zdania że szkołą ma uczyć, a rodzina wychowywać. Jestem zwolenniczką przedmiotów takich jak polski, historia, matematyka, geografia, a nie przysposobienia do życia w rodzinie, w społeczeństwie, wychowanie obywatelskie, etyka, religia czy nie daj Boże jak w przeczytałam ostatnio we francuskich szkołach, nauka o tym jak być szczęśliwym i dobrym. Na szczecie an początku nie epatuje nikt mojej siedmiolatki podobnymi bzdetami i naukę światopoglądu pozostawia rodzinie. ale co będzie dalej?

Nie wiem. Chociaż szczególnie się nie boję, bo przez ostatni rok bombardowali mnie informacjami jak to szkołą i program jest nieprzygotowana na przyjęcie sześciolatków. Cóż, może szatani nie jest wymalowana w misie i smerfy, ale chyba nie o to chodzi.

poniedziałek, 24 września 2012


Zdjęcie; Wombaty szukają jesieni.
A tymczasem po raz setny, tysięczny przerabiam fabułę. Wygląda już jakbym z gorsetu zrobiła frak, potem kostium kąpielowy, potem suknię ślubną. Problem ze mną jest taki, że lubię pisać. I skrobię kiedy mam zarys fabuły. A potem zostają w nim dziury i luki logiczne wielkości naszego kota.

Z cytatów na dziś
"Natchnienie przychodzi, kiedy człowiek przyklei łokcie do biurka, tyłek do krzesła i zacznie się pocić. Wybierz jakiś temat, jakąś ideę i zacznij wyżymać mózg, aż cię rozboli. Na tym polega natchnienie." Ktoś poznaje z czego to?

czwartek, 6 września 2012

Impresje jesionno codzinne


Nic nie piszę, bo albo jestem zajęta codziennym krzątactwem powszednim, wielkim ogarnianiem świata, albo ogarnęłam i stojąc na szczycie tego domowego rozgardiaszu stwierdzam, że to o czym chciałam pisać tak naprawdę nie ma znaczenia. A teraz próbuję zebrać to o kolei.

Flamberg minął dość fajnie. Przeszkadzało trochę, że nie grałam w grze głównej i nie piję, a w sumie jest to impreza, gdzie robi się najczęściej obie te rzeczy. Ale było dość fajnie. Wnioski są dwa, że jeżdżą tam naprawdę fajni ludzie, ale ja ostano trochę wydziczałam.

Potem tydzień siedziałam w Jaworniku. I pewne dobre rzeczy się nie zmieniają. Jawornik przypomina mi hobbickie Shire. Jest zielono, spokojnie, czas toczy się wokół pysznych posiłków, rozmów, małych przyjemności, doglądania stada małych hobbiciat biegających boso po trawie. Przejrzałyśmy przy okazji zdjęcia z poprzednich lat jak się owe młode zmieniały. O to kilka zdjęć z lat 2007-2012. I dziękuje Natti. Za Shire. Gandalf miał rację; w Hobbitach tkwi wielka siła.


2007...


2008...

2009...


2010...


2011...Już w większym składzie 


2012 





A teraz nadchodzi jesień. Ogarniam grafik Natalki ( szkoła, szkoła muzyczna, basen, komunia, angielki, AGHHHHH ) ale chyba uda nam się wszystko poupinać. Po kilku wydarzeniach wakacyjnych dojrzałam do nie kontaktowania się z rodziną. Nic dobrego z tego nie wynika. Jestem już zmęczona tym schematem; najpierw pojednawczy telefon jakby nigdy nic, a potem niespodziewanie agresja. Oni nie akceptują mnie, ja ich. Ojciec przyjął ulubioną strategie najpierw nie zauważania problemu ( „ no przeca się kochacie dziewczyny”) a potem zrywania kontaktów i chowania głowy w piasek, kiedy problemy urosły do rozmiarów smoka walijskiego. Jego prawo. Jest dorosły. A mnie pozostaje się z tym pogodzić i nie być zmuszona słuchać od sześcioletniej córki pytań w rodzaju „ Babcia pyta czemu jej nie kochasz”. Te relacje utrzymywane ze względy na młode przypominają tkwienie w toksycznym związku „ dla dobra dzieci”. Mogłabym coś naprawiać, chociaż nie wiem czy wierzę że to mogłoby się udać, ale w tej formie mam już dość.

I może właśnie przez te relacje tak mnie ruszyła Meridia. Niestety jak każdy film Disneya pełny uproszeń, wywrotek, głupich gagów, to jednak ma coś w sobie. Film o relacjach matka - córka, pierwszy film dla dzieci, w którym jest pokazana wprost ta złość jaką dziecko może czuć do rodzica. Tylko ciśnie mi się gorzka refleksja, że po pewnym czasie nie da się już odwrócić zaklęcia, a zamiana w niedźwiedzia nie wystarczy do poprawy komunikacji.

Moje wydawnictwo dalej żyje. Nawet mam już umowę i kazali mi napisać, kilka słów do broszury reklamowej. I mam okładkę (-; Jest rewelacyjna, nie? Dawno temu marzyłam, że napiszę coś, nawet nie zależało mi tyle na wydaniu co na tym, żeby obraz do tego zrobiła Agnieszka. Że w jakiś sposób uda nam się zrobić coś razem. I tak się stało (-; Podobno w księgarniach ma być jeszcze w tym roku, ale znając tempo wydawcy to kto go tam wie. Na razie postępuje korekta. A okładka wygląda tak.

Poza tym w domu pachnie śliwkami. W garnku smaży się kilka kilogramów pigwideł, a papryka już odpoczywa w słoikach. Zabieram się pomału za poszukiwanie pracy w szkołach, ale oprócz niżu demograficznego i opinii o powszechności znajomości, muszę zmierzyć się z edukacyjnym paragrafem 22. Żeby pracować w szkole muszę mieć kwalifikacje pedagogiczne - a żeby ej zdobić muszę pracować w szkole. Podobno mogę być za zgodą kuratorium zatrudniona na rok bez kwalifikacje i odbywać kurs. Ale dyrektorzy uważają co innego. Zobaczymy. Za kilak tygodni zacznę rozgościć CV wszędzie gdzie się da w nadziei, że do przyszłego września coś się znajdzie.

A muzycznie chodzi za mną soudtracki z Podniebnej Poczty Kiki. Który razem z murzynkiem śliwkowym ( przepis mam nadzieję niedługo jak wyjmę z piekarnika) już wkrótce. A teraz chcę spacerować po kostki w jesiennych liściach, chce grać w WH 40000 i pisać, pisać, pisać....



Miłej jesieni.

czwartek, 9 sierpnia 2012

A u wombata. Książko, rpgowo, wyjazdowo.

Tak w telegraficznym skrócie. Nic ciekawego.

Rozdziewiczono mnie RPG-owo. Prowadziłam pierwszą w życiu sesję. Cthulu, XIX wiek, Gdańsk i okolice. Oceniam się na 3+ Może niech się gracze wypowiedzą tak czytają bloga. Scenariusz niezły, prowadzenie myślę, że poprawne, ale pod koniec za bardzo leciałam z akcją chcą skończyć w jeden raz, dałam graczom podpowiedzi i klimat szlag trafiał. Ogólnie wnioski wyciągnęłam i chce to jeszcze raz poprowadzić na Flambergu.

A rpgowo mamy zacząć od września od nowa kampanię przez skypa w dość nietypowym składzie. Strzeżcie się! Imperator wzywa!

Jak ktoś jeszcze nie wie, to moje opowiadanie znalazło się w darmowej antologii „Strzeż się Potwora”. dużo fajnych tekstów i pdf tylko za grosik. Polecam. Do ciągnięcia tu

.

Moje wydawnictwo zdaje się być szczere, ale jest irytujące. Wysłanie papieru zajmuje im miesiąc, dokumenty im giną. Nie wiem jak oni chcą to na jesień wydać. Na gwiazdkę. Może. Na razie mruczę pod nosem na nutę Kazika „ mój wydawca jest niepozbierany”. No i pisze. Wen mnie chwycił za łeb, ale zamiast pisać ciąg dalszy Śmierciowiska grzecznie jak obiecałam piszę na nowo Lustra. Bez starych błędów konstrukcyjnych.

Muzycznie kot znalazł mi mega niszczącą wersję Don Giovanniego. w kawałkach na jutubie. Ktoś ma całość? ( Bo nie widziałam sceny z duchem Koamndora). Z tego co widziałam to DG jako zmęczony życiem intelektualista, który am już dość tych bab, które go męczą i chce świętego spokoju. Jest tu tak nieporadny i „przytul-mnie-do-serca-bo-zdycham” że jest to pierwsza scena gdzie ja bym się nabrała na jego Dar la mano. Samotny biedak w świecie ladacznic i szmat. Chlip.



Natalisowi skończyłam czytać I część Władcy Pierścieni. Wszedł świetnie. Nat jest absolutną fanką elfów, Legolasa, Galadrii i Arweny. ( Nat mi się wcina właśnie, że lubi Eldarów, bo Elfy to do mleka szczają). Chyba znalazł swój świat. Piękny, doskonały i odpowiednio patetyczny. A teraz dla odpoczynku czytamy Harrego Pottera i Kamień Filozoficzny. Zupełnie inaczej patrzy się na tą książkę oczami dziecka. Myślę, że gdybym ją czytała jako dziecko to by mnie łupnęła mocno. Szczególnie wątek dziecka, które wszędzie w domu, w szkole, czuje się jak z innej planety. I marzy, żeby ktoś je zabrał, do domu, do świata czarodziejów, gdzieś gdzie pasuje. Myślę, że gdzieś w tym tkwi sukces tej książki. I żałuję, że nie przeczytałam jej mając jedenaście lat. Myślę, że czekałabym całe noce na sowę w Hogwartu. Natalia jest oczywiście w Grfiindorze i potrafi pokonać Voldemota ( brat bliźniak Voldemorta, sto razy straszniejszy! Ale ma strzały od Legolasa i go załatwi.).

A ja mam czytelniczy dylemat. Co sadzić o Zafonie. Bo jest to szmira. I jak człowiek kończy jego książki to wie, że było to słabe. I jakoś mu wstyd. Te wszystkie mroczne artefakty, zagubione biblioteki, stare domu, peleryny i dorożki. Mhhhrok. A z drugiej strony jest to sprawnie i dobrze napisane. I trzyma w napięciu. Nie można się oderwać. Wydaje mi się, że w jakiś sposób Zafon puszcza oko do czytelnika i sam czerpie garściami czerpie gatunku romansu gotyckiego. Bierze te wszystkie kiczowate dekoracje od których robi się mdło i robi coś od czego nie można się oderwać. Mimo wszystko, czacun.


A teraz lecę się pakować. Flamberg a zaraz potem Jawornik z Natti i Olgusią i Młodymi.