Nic nie piszę, bo albo jestem zajęta codziennym krzątactwem powszednim, wielkim ogarnianiem świata, albo ogarnęłam i stojąc na szczycie tego domowego rozgardiaszu stwierdzam, że to o czym chciałam pisać tak naprawdę nie ma znaczenia. A teraz próbuję zebrać to o kolei.
Flamberg minął dość fajnie. Przeszkadzało trochę, że nie grałam w grze głównej i nie piję, a w sumie jest to impreza, gdzie robi się najczęściej obie te rzeczy. Ale było dość fajnie. Wnioski są dwa, że jeżdżą tam naprawdę fajni ludzie, ale ja ostano trochę wydziczałam.
Potem tydzień siedziałam w Jaworniku. I pewne dobre rzeczy się nie zmieniają. Jawornik przypomina mi hobbickie Shire. Jest zielono, spokojnie, czas toczy się wokół pysznych posiłków, rozmów, małych przyjemności, doglądania stada małych hobbiciat biegających boso po trawie. Przejrzałyśmy przy okazji zdjęcia z poprzednich lat jak się owe młode zmieniały. O to kilka zdjęć z lat 2007-2012. I dziękuje Natti. Za Shire. Gandalf miał rację; w Hobbitach tkwi wielka siła.
2007...
2008...
2009...
2010...
2011...Już w większym składzie
2012
A teraz nadchodzi jesień. Ogarniam grafik Natalki ( szkoła, szkoła muzyczna, basen, komunia, angielki, AGHHHHH ) ale chyba uda nam się wszystko poupinać. Po kilku wydarzeniach wakacyjnych dojrzałam do nie kontaktowania się z rodziną. Nic dobrego z tego nie wynika. Jestem już zmęczona tym schematem; najpierw pojednawczy telefon jakby nigdy nic, a potem niespodziewanie agresja. Oni nie akceptują mnie, ja ich. Ojciec przyjął ulubioną strategie najpierw nie zauważania problemu ( „ no przeca się kochacie dziewczyny”) a potem zrywania kontaktów i chowania głowy w piasek, kiedy problemy urosły do rozmiarów smoka walijskiego. Jego prawo. Jest dorosły. A mnie pozostaje się z tym pogodzić i nie być zmuszona słuchać od sześcioletniej córki pytań w rodzaju „ Babcia pyta czemu jej nie kochasz”. Te relacje utrzymywane ze względy na młode przypominają tkwienie w toksycznym związku „ dla dobra dzieci”. Mogłabym coś naprawiać, chociaż nie wiem czy wierzę że to mogłoby się udać, ale w tej formie mam już dość.
I może właśnie przez te relacje tak mnie ruszyła Meridia. Niestety jak każdy film Disneya pełny uproszeń, wywrotek, głupich gagów, to jednak ma coś w sobie. Film o relacjach matka - córka, pierwszy film dla dzieci, w którym jest pokazana wprost ta złość jaką dziecko może czuć do rodzica. Tylko ciśnie mi się gorzka refleksja, że po pewnym czasie nie da się już odwrócić zaklęcia, a zamiana w niedźwiedzia nie wystarczy do poprawy komunikacji.
Moje wydawnictwo dalej żyje. Nawet mam już umowę i kazali mi napisać, kilka słów do broszury reklamowej. I mam okładkę (-; Jest rewelacyjna, nie? Dawno temu marzyłam, że napiszę coś, nawet nie zależało mi tyle na wydaniu co na tym, żeby obraz do tego zrobiła Agnieszka. Że w jakiś sposób uda nam się zrobić coś razem. I tak się stało (-; Podobno w księgarniach ma być jeszcze w tym roku, ale znając tempo wydawcy to kto go tam wie. Na razie postępuje korekta. A okładka wygląda tak.
Poza tym w domu pachnie śliwkami. W garnku smaży się kilka kilogramów pigwideł, a papryka już odpoczywa w słoikach. Zabieram się pomału za poszukiwanie pracy w szkołach, ale oprócz niżu demograficznego i opinii o powszechności znajomości, muszę zmierzyć się z edukacyjnym paragrafem 22. Żeby pracować w szkole muszę mieć kwalifikacje pedagogiczne - a żeby ej zdobić muszę pracować w szkole. Podobno mogę być za zgodą kuratorium zatrudniona na rok bez kwalifikacje i odbywać kurs. Ale dyrektorzy uważają co innego. Zobaczymy. Za kilak tygodni zacznę rozgościć CV wszędzie gdzie się da w nadziei, że do przyszłego września coś się znajdzie.
A muzycznie chodzi za mną soudtracki z Podniebnej Poczty Kiki. Który razem z murzynkiem śliwkowym ( przepis mam nadzieję niedługo jak wyjmę z piekarnika) już wkrótce. A teraz chcę spacerować po kostki w jesiennych liściach, chce grać w WH 40000 i pisać, pisać, pisać....
Miłej jesieni.


0 komentarze:
Prześlij komentarz