środa, 26 września 2012

Co z tą szkołą?


Halo, czy są na blogu nauczyciele? Albo uczniowie? Albo rodzice? Bo mnie zastanawia jedna rzecz. Przez ponad rok mam okazję obserwować córkę w jednej ze zwykłych podstawówek. Żadne tam szkoły społeczne i elyty. Duży odsetek Romów. I co? Bardzo dobrze nauczyciele, fajne mądre dzieciaki, dobry program nauczania, ciekawe podręczniki. Córka chodzi chętnie do szkoły, ma koleżanki, odrabia dużo zadań, pod koniec pierwszej klasy pisali już dyktanda. Szkoła jest czyta, bezpieczna i przyjazna.

Tylko, że słyszy się potem o horrorze głupoli z gimnazjum, którzy rzucają w nauczycielami koszem na śmieci, albo o filmikach matura to bzdura. Gdzie się dzieje coś nie tak? Gdzie jest to pękniecie? Punkt startowy jest bardzo dobry. Co się potem psuje. A może się nie psuje, tylko media pokazują ten obraz w krzywym zwierciadle?

Osobiście jestem zdania że szkołą ma uczyć, a rodzina wychowywać. Jestem zwolenniczką przedmiotów takich jak polski, historia, matematyka, geografia, a nie przysposobienia do życia w rodzinie, w społeczeństwie, wychowanie obywatelskie, etyka, religia czy nie daj Boże jak w przeczytałam ostatnio we francuskich szkołach, nauka o tym jak być szczęśliwym i dobrym. Na szczecie an początku nie epatuje nikt mojej siedmiolatki podobnymi bzdetami i naukę światopoglądu pozostawia rodzinie. ale co będzie dalej?

Nie wiem. Chociaż szczególnie się nie boję, bo przez ostatni rok bombardowali mnie informacjami jak to szkołą i program jest nieprzygotowana na przyjęcie sześciolatków. Cóż, może szatani nie jest wymalowana w misie i smerfy, ale chyba nie o to chodzi.

7 komentarze:

monika mimo-za pisze...

Czy tego chcemy czy nie szkoła jest również polem działań wychowawczych, bo w takie - wychowawcze właśnie - sytuacje obfituje. Sama nauka polskiego czy matematyki nie jest wystarczająca. Oczywiście nie chodzi o wydzielanie specjalnego przedmiotu, ale postawę i przykład wszystkich pracowników szkoły. O współpracę z rodzicami również. Na szczęście znam paru Nauczycieli i z serca im dziękuję.

labruja pisze...

Tak, to jest oczywiste. Chodziło mi bardziej o nieufność do przedmiotów światopoglądowych stylu " jak żyć, jakie mieć poglądy" Taką wychowawczą wąłśnie postawę u nauczycieli zauważam. Przez wakacje był płacz - ja chce do szkoły. Też masz takie pozytywne wrażenia? Bo cały czas się biadoli jak to źle w Polsce, szkoła, szpitale, urzędy, autostrady, wszędzie syf. I nie docenia się pracy tych ludzi. I dlatego chciałam napisać - akurat źle! - jest całkiem dobrze!

monika mimo-za pisze...

Mój Syn na każde pytanie otoczenia "jak w szkole?" odpowiada "źleeee", swoją Panią uważa za "potwora z LochNess" i domaga się 10 miesięcznych wakacji:) Czy mnie to martwi? Nie, to demagogia dużo starszej siostry (potem w złym tonie jest mówienie z entuzjazmem i dobrze o szkole). Nie wiem na czym polega ten "fenomen". Ponieważ udzielam się w szkole (trójka klasowa, rada rodziców) i kontaktuje się z nauczycielami wiem, że są zarówno świetni, jak i tacy sobie, a wychowawczyni mojego drugoklasisty nie jest potworna, ale matce można więcej powiedzieć, pokazać, więc konteneruję:)))

Anonymous pisze...

W mojej szkole jest BARDZO ŹLE. Wina leży głównie po stronie części rodziców. W klasie (mówię o 6 klasie SP o i wyżej) od razu widać kto wychowuje swoje dzieci, a kto dzieci tylko hoduje. Wystarczy, że w klasie jest jedna, dwie takie osoby i udziela się to wszystkim. Dostają dosłownie amoku nie do opanowania i rzucają tekstami w stylu "nic mi nie zrobisz, bo pójdą do ojca i on to załatwi" (reakcja dziewczynki 6 SP na wpisanie uwagi do dziennika, że jest pyskata, arogancka i przeszkadza na lekcji).

ewej

Mlle_Empsychora pisze...

To wszystko pęka wraz z przekroczeniem po raz pierwszy progu gimnazjum. I niestety nie jest to kwestia mediów, bo sama widzę, co się dzieje. A to, co się dzieje w gimnazjach, to jest naprawdę patologia. A szczególnie to, co robią gimnazjaliści po szkole. Palenie papierosów to przy tym pikuś, niestety. Tym dzieciom (tak, to są dzieci według mnie) się wydaje, że skoro skończyli podstawówkę, to są już dorośli, a dorosłość najlepiej przecież pokazać poprzez np. upijanie się do nieprzytomności. A potem się to kończy tak, że dzieci mają dzieci i jest wielki dramat. No i straszne jest jeszcze to, że jednostki, którym naprawdę zależy na nauce, które wychodzą z czymś fajnym przed szereg, (i to właśnie oni są przecież najbardziej dojrzali) są wyśmiewane. Spotkałam się z przypadkiem, że ktoś bardzo chciał robić coś poza lekcjami, ale po prostu otoczenie tak mu dawało w kość, że zrezygnował. Po prostu zgroza.

Miętówka pisze...

Powiem szczerze - nie wiem. Nakotłowały mi te komentarze w głowie trochę.
Obracam się w specyficzny sposób wśród specyficznych ludzi. Na przykład nie wyobrażam sobie, nawet na etapie podstawówki, NIGDY sytuacji, by presja otoczenia spowodowała u mnie rezygnację z samorealizacji (a byłam, i jestem, megawrażliwą beksą). Nie widzę jednak także tego, co się dzieje w "normalnych" szkołach. Natomiast w tym roku skończyłam gimnazjum, i naprawdę, bycie normalnym i bogaty rozwój w gimnazjum nie są niemożliwe. Tylko trzeba mieć (już w podstawówce! choć wiem, że to brzmi dziwacznie) silnie wykształconą... moralność? Nie chodzi broń Boże o to, żeby teraz na jakiś "wychowawczych" lekcjach, których z pozycji ucznia szczerze nienawidzę, ktoś, dziecku jeszcze, taką a nie inną definicję moralności wpajał. Raczej o to, żeby nie zagłuszać pewnego pierwotnego instynktu rozpoznawania tego co dobre, a co złe. Dzieci są bezdusznie i do bólu szczere i prawdziwe - nie chodzi o nie nabycie taktu, tylko brak wstydu i strachu przed samym sobą i przed światem, i ogromną ciekawość. I dopóki pokazuje się im, że to jest ważne, warte walki, i należy mieć dużo odwagi - będzie dobrze. Z własnego doświadczenia wiem, że ogromna ilość problemów bierze się ze strachu. I nie chodzi o to, że ktoś jest wrażliwy i łatwo go zranić - o poszanowanie swojej wrażliwości też można, i należy, zabiegać.
Niestety, jako że obecnie jestem w zespole szkół, w którym dzieciaki uczą się od pierwszych klas podstawówki, widzę, co jest. Mam dziwne wrażenie, że tak serio to psuje się już około piątej klasy, a zdecydowanie w szóstej. Nie wiem co się dzieje, ale już na tym etapie widać ludzi którzy mają coś w głowach i się nie boją, mają coś w głowach ale się boją (tych wygryźć ze społeczności najłatwiej, mam przykład z własnego podwórka - chłopak odszedł po piątej klasie podstawówki ze szkoły z powodu ogólnoklasowej nienawiści), i takich, którzy nie wiedzą, że mają coś w głowach i nie chcą mieć, ale nadrabiają miną i udawaniem buntu.
Natomiast przeżyłam gimnazjum, w dodatku gimnazjum artystyczne (:D), klasa zjechała mnie emocjonalnie koszmarnie, tak, że chciałam nawet przepisać się do innej szkoły (co w sumie częściowo zrobiłam, jednak z zupełnie innych pobudek), ale wyszłam z tego zwycięsko, bo teraz wróciłam do tej samej klasy na zupełnie innych zasadach. W czasie gimnazjum działy się różne rzeczy, wielokrotnie wzywałam policje i karetki, kryłam uciekających z lekcji, czytałam głupie książki, płakałam zbyt dużo i zbyt mało zwyczajnie dobrze się bawiłam. I jest we mnie ogromne przekonanie, że od samego początku potrzeba jeszcze więcej odwagi, prostoty i radości. Czyli tego co zwykle.

Minerwa pisze...

Szkoła będzie wychowywała, czy chcemy, czy nie. Od kwestii "porządkowych", żeby Oliwierek nie prał Alanka a Zuzia mówiła dzień dobry pani woźnej, po ocenę, czy miał rację Staś Tarkowski nie zapierając się wiary. I prawdę mówiąc nie chciałabym szkoły, której będzie to obojętne.
Problem w tym, żeby dom i szkoła nie dawały sprzecznych komunikatów. Żeby nie było sytuacji, że dom uczy iż dobrze jest być dobrym, a złym źle, a szkoła że to właściwie wszystko jedno, bo dobro i zło są równoprawną alternatywą. Ideałem byłoby, żeby dom i szkoła mówiły jednym głosem, ale z tym jest jak ze wszystkimi ideałami...
Poza tym na szczęście na wychowaniu obywatelskim nie uczą, jak być dobrym obywatelem, tylko co to jest Najwyższa Izba Kontroli i jakie uprawnienia ma Sejmik Wojewódzki. To akurat trzeba wiedzieć.

Prześlij komentarz