wtorek, 28 lutego 2012

Pol Pot i jabłka

Polityczno - kulinarnie. Osobom drażliwym polecam czytanie drugiej części.

Uf. Skończyłam Uśmiech Pol Pota. Książkę czytało się ciężkawo. Może przez urywaną narrację, wszystko sprawiało wrażenie bardziej notatek do książki niż książki. Może dlatego, że próbowała objąć jakieś filozoficzno etyczne pojęcia, a nie skupiła się na ludziach.

Uśmiech Pol Pota nie jest wbrew pozorom książka ani o Kambodży, ani o Pol Pocie. Jest książką o wyprawie kilku Szwedów ( z za przeproszeniem, towarzystwa przyjaźni Szwedzko - Kampuczańskiej, czy jakoś w ten deseń), którzy zwiedzają sobie ten kraj - obóz śmierci i niczego nie wiedzą. Jak to możliwe? Nie chcieli wiedzieć, a może nie chcieli mówić. A moim zdaniem głupi byli bo im ideologia mózgi wyprała.

Swoją droga ciekawe. Pol Pot nie był żadnym tam kacykiem z dżungli. Studiował w Paryżu, przesiąknął naszym oświeconą tolerancyjnym duchem humanizmu, a potem był współodpowiedzialny za mordy, tortury i głód. W Paryżu tego potworka wyhodowali.

I jakoś tak mam głęboką wewnętrzną nieufność do wszelkich idealistów, którzy, niezależnie czy są na prawo czy na lewo, chcą stworzyć Nowy Lepszy Świat. Bo zawsze kończyło się to wycinaniem tych którzy tego świata nie chcieli, albo byli Podejrzani, że mogą nie wystarczająco chcieć. To już bardziej mnie przekonuje „wolność, własność, moralność” pewnej pani co bez parytetów coś do powiedzenia miała.

A autor książki się dziwi. Ja nie, bo wiem, że głupota ludzka jest bezgraniczna. I chyba sam nie do końca wszystko rozumie pisząc „ Także sowieckie obozy w Gułagu nie były w pierwszym rzędzie fabrykami śmierci. Tam praca, czyli produkcja, była rzeczą główną, w wysoka śmiertelność raczej czymś w rodzaju efektu ubocznego.”
Eghm.
Zaleca się autorowi ograniczenie kalorii i zdrowy ruch na świeżym mroźnym powietrzu Kołymy. Oraz dokształcenie się. Ja bym powiedziała, że produkcja była dodatkowym bonusem eksterminacji. I tyle w temacie dialogu z książką.


No a tak poza tym to mam ostatnio dość polityki. Obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Za dużo jest fajnych ludzi, książek, miejsc. I nawet zaprzestałam kupowania Uważam Rze. Nudzi mnie. Nie ma ochoty być po którejkolwiek stron muru. Wole sobie na tymże murze siedzieć - bliżej słońca i można równo olewać obie strony.

W wielu kwestiach swoje zdanie mam i będę miała. I zawsze jestem gotowa na dialog - i potem jak po rozmowach z Agą wychodzę z przekonaniem, ze tak, ja też jestem feministką. I trwam w tym radosnym stwierdzeniu dopóty nie stykam się przypadkowo z myślą pań w rodzaju Środa, Nowicka i koleżanki. Lewactwo istotnie jest określeniem pogardliwym. Dlatego nie będę go używała do osób które znam. Natomiast do osób z życia publicznego już owszem, choćby dlatego, że doskonale wyraża mój pogardliwy stosunek do tychże osób. I ten sam pogardliwy stosunek mam do Rydzyków i Natanków.

I na taki dialog jak przy poniedziałkowej szarlotce (fajnie było!) czekam zawsze. Ale jak mam rozmawiać za pomocą wpisów na blogu, FB, aluzji każących się domyślać, czy to jestem betonem czy nie ja, to jak jak mówi mój pan mąż, robię to co mój kot w kuwecie na taki dialog.

***

Uf. Już wystarczy. Teraz kulinaria. Bez zdjęć bo moje fotki wychodzą żenująco w porównaniu ze zdjęciami Moniki. Ale za to, pochwalę się pierwszym przepisem który zmontowałam samodzielnie. Otóż:

Kiedyś nie wychodziły mi szarlotki. Jakoś tak wychodziły błe. Potem odkryłam szarlotkę migdałową z przepisów Neli Rubinstein. Jest pyszna, ale dość pracochłonna. A ja potrzebowałam przepisu zagnieć-i-upiecz-goście-kurcze-już-jadą. I metodą prób i błędów oraz połączenia kilku przepisów odkryłam coś takiego. Robiłam kilka razy i wychodzi pysznie. Przy talerzyku tegoż ciasta wierzę nawet w mój feminizm. Serio.

A co do niego potrzeba
Mąka żytnia lub orkiszowa - robiłam na takiej lub takiej - 250 g ( fascynacja mąkami orkiszowymi też z pobliskiego bloga)
135 g masła
trochę więcej niż pół szklanki cukru ( można więcej jak ktoś lubi słodko)
garść migdałów mielonych
łyżeczka proszku do pieczenia
2 żółtka ( raz robiłam na 1 i też wyszło )
Łycha albo dwie śmietany gęstej
( ogólnie albo 1 żółtko i dużą łychę śmietany, albo mniejszą łyżeczkę i 1 żółtko - jak tak myślę jak wyszło to polecam drogą wersję 1 żółtkową)


Zagniatamy - połowa idzie na tortownicę wyłożoną panierem połowa do lodówki. Tortownicę z ciastem zapiekamy 10 minutek ( kiedyś tego nie robiłam, jabłka wpadały w ciasto i była bryndza i zakalec - sekret tkwi w podpiekaniu, serio)

Na podpieczony spód dajemy jabłka. Ja daje szarą renetę pokrojoną i podsmażoną z cukrem i imbirem. Pewnie można dać cynamon, ale że Kocur cynamonu nie znosi to daję imbir i gałę muszkatołową.

A na jabłka kruszymy bądź trzemy resztę ciasta. I tak to pieczemy. Podajemy jak trochę ochłodnie bo wcześniej się sypie. Smacznego!

sobota, 25 lutego 2012

Mitologicznie

Czytamy z Nat mity greckie w świetnej wersji Inkowa Dimitra wydawnictwa Media rodzina. I rysujemy. Mit o Kronosie co zeżarł własne dziecię a potem je wyrzygał, córka skomentowała „ No tak, to przez to, że nie pogryzał jedzenia, to bardzo niezdrowo”.



A poza tym Esencja zaakceptowała Zjedz Mnie. A Naxos zaakceptują jak je przeredaguję. Wracam do pisania. A przez Pol Pota brnę jak przez kambodżańską dżunglę. Powoli i z trudem. No i czekamy na wiosnę. Też cierpliwie.

piątek, 17 lutego 2012

Znalezione w sieci

Dobrze. Zwykle nie zaśmiecam bloga zdjęciami znalezionymi w sieci. Ale to naprawdę mnie rozbawiło. Bardzo. Już znikam na kanapę.

czwartek, 16 lutego 2012

Między kartkami

Z racji pogodowych świat nie nadaje się do wielu rzeczy, więc ostano ciągle czytam. Wolałabym pisać, ale to wymaga większej aktywności ducha, na którą nie potrafię się zdobyć. Siedzę skulona i czytam. Z kubkiem zielonej herbaty.

Syn Hamasu. Ni to autobiografia, ni to zlepek wspomnień. Miałam dość spore oczekiwania do książki, bo ktoś kto jest synem założyciela Hamasu, a potem zostaje Izraelskim szpiegiem, a na końcu nawraca się na Chrześcijaństwo ma chyba jakąś historię do opowiedzenia. Niestety cała książka napisana dość topornie. Nikt nie oczekuje od autobiografii obiektywizmu, ale to jak bardzo tendencyjna i idealizująca niektóre kwestie ( na przykład swojego ojca, a potem siebie) to już nie tyle wołało o pomstę do nieba, co wprawiło czytelnika w odruch wymiotny.

Brnęłam przez książkę jak mrówka przez pustynię. Powoli i z trudem. W sumie się cieszę, bo kilka celnych spostrzeżeń na naturę islamu i sytuację na Bliskim Wschodzie było.
„Życie muzułmanina można porównać do drabiny. Najniższy jej szczebel to modlitwa i oddawanie chwały Allahowi, kolejne to udzielanie pomocy biednym i potrzebującym, zakładanie szkół i wspieranie działalności charytatywnej. Najwyższym szczeblem jest dżihad. Drabina jest wysoka. Niewielu podnosi głowę, by zobaczyć, co jest na górze. Postęp jest zwykle stopniowy, prawie niezauważalny”

Tak czy inaczej całość nie jest dla mnie wiarygodna. Ogromna wiedza na temat tamtego społeczeństwa tonęła pod gloryfikacją siebie jako człowieka idealnego i prawego, syna świętego wojownika o pokój i sprawiedliwość. Błe.

***

Potem w bibliotece znalazłam Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej autorstwa Barbary Demick. Rzecz wstrząsająca. Zwyczajne losy ludzi w świecie roku 1984 Orwella. Może o tyle było to wszystko dla czytelnika znośne, bo zostały w niej opisane losy ludzi, którym udało się uciec. I w całym tym koszmarze książka jest niesamowicie prawdziwa, szczera i bliska konkretnym poplątanym ludzkim życiorysem. Polecam.



***

Pozycja trzecia to Lalki w Ogniu Pauliny Wilk. Książkę przeglądałam kilka razy i jakoś jej nie kupiłam. Nie lubię Indii. Bollywoodzkie szlagiery oglądałam kilka razy jako ciekawostkę kulturową, która w swojej dziwnej bajkowo-karykaturalnej formie dużo mówi o tęsknotach mieszkających tam ludzi. Tak czy inaczej kuchni indyjskiej nie lubię i tamta kultura zupełnie mnie nie fascynuje.

Ale w końcu po książkę sięgnęłam. Niesamowita. Po pierwsze to jeden z najlepiej napisanych językowo reportaży. To była przyjemność obcowania ze słowami. Między kartkami niemal czuć te zapachy, widać te barwne kolory. Po drugie jeden z niewielu tekstów, który nie tylko pokazuje, ale starają się wejść głębiej, zrozumieć. Dalej uważam, że Indie mają w sobie coś odpychającego, ale Lalki w Ogniu były jedną z najlepszych książanek jakie ostatnio czytałam.





***

A teraz zaczynam Uśmiech Pol Pota. Kilka stron i już czytam z ołówkiem, żeby podkreślać absurdy, które już gdzieś między kartkami wyczuwam. Z notki na ostatniej stronie ( kupowałam na allegro nie widziałam wczesnej ...)

„ Uśmiech Pol Pota to subtelna i mimo swej tematyki niezwykle piękna książka, stawiająca niezwykle ważne pytanie; jak chronić się przed politycznymi marzycielami i fanatykami, tak by nie zniszczyć jednoczesne możliwości stworzenia lepszego świata.”

I już mnie szlag trafia. Aż się boję zaglądać do środka. Primo Pol Pot nie był marzycielem, ale skurwysynem i mordercą. Secundo jak ktoś mi mówi że chce stworzyć „nowy leszowy świat” to mam odruch dzwonienia po psychiatrę. Świat jest jaki jest. I trzeba w nim żyć dobrze, uczciwie. A wszelkie próby stworzenia „nowego lepszego świata” kończyły się polami śmierci. Miałam szczęście mieć w liceum genialnego historyka, który nauczył mnie czytać ze zrozumieniem i myśleć, więc to rozumiem. I mam nadzieję, że Europejscy socjaliści racza to zrozumieć zanim wyhodują sobie kolejnego potworka. Recenzja wkrótce.

Na razie czytam, a w kuchni kisi się prawdziwy wigilijny barszcz. Czerwony, za przeproszeniem. W lutym, bo mamy na niego ochotę.

wtorek, 14 lutego 2012

Najlepszego!

Tak, tak. Wolimy noc kupały.
Ale znalezienie rano na biurku sernikowej sercowej walentynki od pana Kota - Bezcenne.
Najlepszego. Bo każdy powód i święto jest dobre, żeby kochać się mocniej.

No i naprawili nam piece i ciepło jest.

niedziela, 5 lutego 2012

Jakie ono, do cholery?

Ojojoj. Czego to się człowiek nie dowie przeglądając sieć.

„Wcześniej – w marcu – feministki z Porozumienia Kobiet 8 Marca zorganizowały w Zachęcie warsztaty genderowe dla dzieci w wieku od czterech do sześciu lat pod hasłem „Zaprzyjaźniłam/em się z Ono”. Maluchy dowiedziały się na nich, że skoro ich ukochany pluszak jest bezpłciowy, to płeć nie ma znaczenia.”

To może by feministki posłuchały maluchów i dowiedziały się, że ukochany pluszak płeć ma. Ja starłam się nie szufladkować Natalii w żadnej z ról. Nie popierałam różu ani lalek. Ale od kiedy Nat skończyła lat 3 i odkryła, fakt, że jest dziewczynką, to fakt ten stanowi jedną z podstaw jej tożsamości.

Każdy pluszak, nawet wyobrażone zwierzęta, mają płeć. Każda istota w świecie dziecka jest przypisana do świata chłopców lub dziewczynek. To wynika naturalnie z dziecka. Cały ten róż, suknie „aż do nóg” i brokaty służą jeszcze mocniejszemu podkreśleniu dumy z tej tożsamości. Jestem dziewczynką! W świecie dziecka nic nie jest bezpłciowe, a płeć ma znaczenie. Kolor skóry, język, ani wyznanie - nie. Ale na tym obrazku z Afryki jest DZIEWCZYNKA. Nie ważne że czarna - naturalny podział jest na linii płci.

A potem musiałam walczyć z Nat, że mogę nakarmić jej brata różową łyżką ( bo akurat była pod ręką, a jak tłumaczyła córka to jest chłopak i różową łyżką jeść nie może).

Czytając o takich warsztatach, podobnie jak o publikacjach Czarnej Owcy, mam wrażenie, że komuś rozum odjęło. Jak kto ktoś słusznie powiedział, że gender staje się nową pseudo nauką jak przed wojną eugenika. Oby z nie tak opłakanymi efektami. Chociaż czytając o rodzicach co wychowują dziecko nie informując świata o jego płci to nie jestem tego taka pewna.

środa, 1 lutego 2012

Między kartkami


Zimno, nieprzyjemnie, więc siedzę pod kocem i czytam.


Czy wyobrażanie sobie pomieszanie klimatu współczesnej Moskwy i mitologi Majów? Ja niekoniecznie. Dodatkowo opis na tyle okładki zapowiada rosyjskiego Kinga i Kod Leonarda. Bardzo niedobrze. Gdyby nie nazwisko Dymitra Glukhovskiego to bym odłożyła bardzo szybko.

Jak się okazało porównania nietrafione bo książka rewelacyjna. Tak jak w Metrze właściwie przez 400 stron nic się nie dzieje. Jeden bohater, tłumacz, ktoś zleca mu tłumaczenie z języka hiszpańskiego, a potem dzieją się rzeczy na pograniczy snu, horroru i jakiejś dziwnej intrygi. Wyczystko jest hipnotyczne, oniryczne i duszne, a od książki nie można się oderwać. Pod koniec byłam pewna obaw, że kiedy nastąpi finał, potwór wyjdzie, to okaże się, że albo nie ma w nim nic nadprzyrodzonego...albo wszystko sprowadza się do idiotycznych zombie. Nic podobnego. Zakończenie jest...zaskakujące. Ociera się o sen z solidną podbudowa filozoficzną na temat tego czym jest życie i stwórca.

I czytając czas Zmierzchu zrozumiałam czemu tak strasznie lubiłam grac w Cthulu. Tutaj nie ma żadnych wprost nawiązań do mitologi Lovecrafta, ale jest wszystko co w jego książkach najbardziej lubię. Coś absolutnie niepojętego i przerażającego. Coś zakurzonego, żółtego i dusznego. Nie muszą pojawić się wcale Lovecraftowskie macki, żeby uzyskać ten sam klimat. Niesamowite.

Ale cokolwiek by mówić o dusznym klimacie Glukhovskiego to jest książka lekka. Dobrze się ją czyta, a koniec końców, mimo dusznej atmosfery wiadomo, że wszystko wydarzyło się tylko na kartkach książki. Zupełnie inaczej jest w przypadku Sezonu Maczet Jeana Hatzfelda. Też czyta się jednym tchem, ale wiemy że wszystko wydarzyło się naprawdę. Kiedy czytałam Heban Kapuścińskiego miałam wrażenie, że czytam doskonale napisaną opowiesz o Afryce. Plastyczną, wciągająca, ale z perspektywy reportera. Jean Hatzfeld zabiera nas w podróż w głowy ofiar i katów.



Samego komentarza jest stosunkowo niewiele, wszystkie trzy książki stanową niesamowite wywiady ze zwyczajnymi ludźmi, którzy z urodzenia i przypadku stali się krwawymi oprawcami lub zwierzyną łowną.

Trzecia część trylogii o ludobójstwie w Rwandzie, tym razem z perspektywy katów. Nie potrafię rozdzielić poszczególnych Sezonu Maczet od Nagości Życia i Strategii Antylop. To jest ta sama historia, dopełnienie. Zbrodnia widziana oczami oprawców, którzy koniec końców ciągle nic nie rozumieją. W Rwandzie konieczne jest pojednanie, żeby kraj mógł funkcjonować, bo niemal wszyscy jego obywatele, albo przeżyli koszmar ludobójstwa i stracili rodziny, albo mają krew na rękach. Dlatego mówi się o tym co było, powstają programy pojednania, ogłaszają amnestię. Ale to przebaczenie nie jest możliwe, bo mordercy nie są w stanie pojąć tego co się stało. Uważają, że teraz powinno się zachowywać jakby się nic nie stało, ale przecież to musiało tak być, taka była robota do wykonania, wszyscy ścinaliśmy, piliśmy i rabowaliśmy. I gdzieś w tle jakby niedopowiedziane, że to w sumie były dobre czasy.

Zawsze kiedy czytam o zbrodniach sąsiedzkich, o podpalonych stodołach, rzezi na Wołyniu i w Rwandzie, wszędzie powtarza się podobny schemat. Zbrodnia, która jest niewyobrażalna i śmierć, która następujące w jakiejś bliskości, nawet intymności, kata i ofiary - narzędziem, które od zawsze jest blisko ( maczetą, motyką, siekierą) i dokonuje się dosłownie własnoręcznie. Wybuch agresji jest niewyobrażalny i niewytłumaczalny, a po nim następuje cisza i milczenie. Bo przecież nie ma o czym mówić, wszyscy szli, a teraz trzeba jakoś żyć. Jakby sami złoczyńcy nie mogli i nie chcieli tego zrozumieć.

A swoją drogą trylogię Hatzfelda uważam za lekturę obowiązkową. Nie żeby zrozumieć, bo tego się nie da pojąc. Żeby być świadkiem i pamiętać, że jest to możliwe.


( Tu miało być zdjęcie prześlicznej mandarynki z listkiem, którą dostałam od Kocura, ale ją zeżarłam zanim zdobiłam zdjęcie. Podobnie jak szarlotkę. Fotografia smakołyków jest trudna - trzeba wytrzymać i zrobić zdjęcie zanim potrawy znikną)