poniedziałek, 26 października 2009

Verdi, Rubik, red bul z alkoholem i … Potwór na dachu

Ogólnie wczorajszy wieczór strasznie mi się podobał. Spotykam się z fajnymi ludźmi, chodzę na kinowe opery w najlepszym wykonaniu i jeszcze, mimo że niezmiernie mi się podobało, mam okazję się podczepiać.

Wieczór wczorajszy. Aida, niewolnica egipska i kretynka wybrana z milionów.

Giuseppe Verdi, garaż 150 tyś franków w złocie. Boże, jak Rubik – myślę. I okazało się że miałam w tym sporo racji. Fajne melodyjne to to, libretto wołające swą głupotą o pomstę do nieba, piramidy doczepione na siłę, milutkie takie, ale jako samo dzieło bez rewelacji jak w Fauście czy Carmen. Osobiście nawet jakoś mnie Rigoletto bardziej porusza. Bo jak córka zgwałcona a potem martwa to jest cokolwiek inna ranga problemu niż miłosne intrygi.

Sama Aida jest postacią piramidalnie głupią. Od początku pragnie umrzeć co też na końcu czyni. W towarzystwie, bo zasadniczo niczego nie umie robić sama. Przed swoją rywalką udawać nie umie, kiedy ojciec wpada na dobry plan to ona się trzęsie ze strachu a na końcu, kiedy udaje jej się uciec a według słów ojca armia czeka gotowa do ataku, to ta księżniczka Etiopska zachowuje się jak ostania niewolnica i włazi za ukochanym go grobowca. Ja zawsze byłam zdania, że z grobowców się raczej wyciąga ( jeżeli delikwent jeszcze żyw) a nie daje się zamurowywać. Postać w libretcie jest straszliwie nieprawdopodobna i mimo, że zagrana i zaśpiewana świetnie to nie przekonuje. A jakby mi ktoś ojca i ukochanego ubił i bym miała armię do dyspozycji to by z tego Egiptu kamień na kamieniu nie został. Pewnie, że mogło jej się nie udać. Ale miała mało do stracenia. A jak się nie próbuje to się nigdy nie udaje.

Rademenes nie lepszy. Jego super plan, że wytnie w pień Etiopów, a potem od tak poprosi Faraona żeby mu jednak swojej córki nie dawał był porażający. Na pewno stwierdzenie „ słuchaj, wiem, że już mamy zaręczyny, ale wolę niewolnicę niż księżniczkę, nie bierz tego personalnie” Faraon zareagował by słodkim uśmiechem. Jasne.

Jedyną postacią która jest ciekawa jako konstrukt jest Amneris. Też kocha, ale jest trochę za pewna siebie, dumna i gdzieś pod skórą czuje nadchodzącą porażkę. Odrzucenie i upokorzenie, bo została odepchnięta dla niewolnicy. I tu odszczekuje moje teorie z notki o Tosce. Ją grała pani która była odrażająco grupa i brzydka. I była przekonująca. I scena kiedy na końcu błaga go, żeby dał się uratować, on ją wyrzuca jak psa, a ona chowając godność błaga o łaskę dla niego jest wstrząsająca. Jest to jedyna postać która się zmienia, udaje jej się pokonać własną zazdrość i nienawiść. Przy tej smutnej scenie końcowe tearra addio było komiczne.

Kolejna uwaga i do Verdiego i do reżysera. Po co te piramidy? Ja wiem Kanał Sueski, zapłacili. Ale to trzeba było troszkę oczytać i zrobić to przynamniej w duchu Egiptu. A tutejsze śpiewy religijne „ Do ojca najwyższego stworzyciela nieba i ziemi” nie mają z Egiptem nic wspólnego. Podobnie sposób myślenia bohaterów. Z tego co wiem, to monogamia nie była tam jakąś wartością i nikt nie robił by problemu z układu Amneris żona, Aida nałożnica. Wszystko jest takie monumentalne, komiksowe, przez te piramidy nie widać emocji bohaterów. Tu już nie byłoby wszystko jedno gdyby je wycieli, to by to pomogło.

Właśnie doczytałam że w przyszłym roku dalej grają Aidę na nowocześnie w Bregenzer. I dość chcę jechać. Dla Amneris. Żeby ją zobaczyć bez tych cholernych piramid.




Sama reżyseria była perfekcyjna, ale niestety bez pazura. Naprawdę była ładnie, ja rozumiem że to opera nie teatr, ale czemu oni stali, patrzyli w publiczność – nie na siebie i śpiewali. Za mało gry! Na swoją drogą fajnym fragmencie Guearra, Guerra stoją jak posagi. Tak to wy na wojnę koledzy nie dojdziecie.


Po operze wylądowaliśmy o Ociepków. Napojona 3 red bulami, 2 colderxami, po życiu fajki wodnej odkryłam że kolega Paweł robi bardzo dobre drinki. Ogólnie impreza byłą wesoła, łącznie z grami paszowymi do godziny 4 starego czasu. Ponieważ przyjechałam z prawie zaleczoną grypą i prawie nową anginą to mój organizm stwierdził rano że ma dość.

Opery to bardzo wyczerpujący sposób spędzania czasu. Na Turandot też się ekipa zbiera.

A po powrocie, zasypiając dziecko, zetknęłam się z pierwszymi lękami dziecięcymi. To znaczy światło na korytarzu ma być, bo przyjdzie Potwór. Ani mi się śni zostawiać światło a na dodatek hodować Potwora więc pytam się co to za jeden ten potwór.
Natalis dość wystraszony opisuje, że ma rogi, wielkie zęby, pazury i mnie zje.
Hmmm, myślę. A gdzie ten potwór mieszka?
- U nas na dachu.
( To już z górki, to Nasz potwór. Przez chwilę rozważam, podarowania Natalisowi pogrzebacza, żeby był pod łóżkiem na Potwory, ale z obawy o zdrowie kotów rezygnuję).
- A jak ten Potwór ma na imię – pytam dalej.
- No potwór.
- Nie no słuchaj, jego mama musi jakoś na niego wołać. Jak by to było, „potwór umyj zęby”?
Stanęło na tym, że nazwałyśmy go Karol.
Na naszym dachu mieszka potwór Karol. Ma wielkie zęby ( które myje) pazury i rogi.

A jak Karol przyjdzie do Natalii w nocy to Natalia powie:
- Cześć Karol. A może byś chciał zjeść chleba z miodem?

I gwarantuje, że Karol jej nie zje.

I tym to sposobem mamy zgaszone w nocy światło.

czwartek, 15 października 2009

Ali Baba 41 rozbójnikiem

Bawimy się w teatr. A właściwie coś miedzy teatrem a rpg. Mamy bajkę i ją „odtwarzamy”.

Ali Baba i 40 rozbójników.

Problem 1 : Skompletowanie zabawek reprezentujących gromadę rozbójniczą.

Problem 2: Natalis gra Ali Babę. Ja złego i bogatego brata.
Ali Baba udaje się do sezamu. „Sezamie otwórz się” Bierze złoto i idzie do domu.
Przychodzi brat. ( W wersji oryginalnej Ali Baba wyjawia mu sekret swego bogactwa).

Ja: ( jako brat) – Ach Bracie kochany skądż masz tyle pieniędzy?
Natalis ( jako Ali Baba) – Nie powiem.
Ja: Ach powiedz miły bracie, proszę.
Natslis: Nie krzycz, nic ci nie powiem bo wygadasz. To jest moje złoto i moje pieniądze. Będę królem!
Ja ( jako narrator szeptem ) Natalko, ale w bajce on ma teraz zdradzić…
Natalia: Nie. Idź sobie bracie. Nic ci nie powiem.

I tyle było bajki. Fabuła stanęła w miejscu. Ali baba żył długo szczęśliwie i bogato.

Ponadto: Mam dość tej cholernej jesienno zimy. Marznę do kości. Jest mi szaro zimno, zimno i nie tak. Oddaję się kultowi Trzech Boskich K Kocyka, Książki, Kanapy.

niedziela, 11 października 2009

Tosca nie jest jak wino. Z wiekiem nie lepsza.

Wczoraj oglądałam Toskę na transmisji z Metropolita Opera. I kilak refleksji na temat ciężkiego losu śpiewaczki operowej.
Po pierwsze to cała sztuka niezmiernie mi się podobała. Toski mogę słuchać stale i wciąż. Zrobione klasycznie, ale z pewnym polotem. Świetna scena ostatniego upadku – wreszcie Toska nie spada gdzieś za kulisy.
Juha Uusitalo jako Scapia bezbłędny. Nie za stary, w typie „obleśny i naprawdę wredny”. Zagrane i zaśpiewane tak że ciarki po plecach chodzą.
Marcelo Alvarez jako Cavaradossi wspaniały. Bardziej rzeczywiście rewolucjonista niż zakochany ciućmok w stylu Alagny.
I dalej pojawia się problem. Karita Mattila jako Toska, byłą wspaniała dopóki człowiek miał przymknięte oczy. Ale niestety czasem, skuszony tym że jest na transmisji spektaklu a nie audycji radiowej, otwierał oczy. Tu już nie chodzi o wiek, bo pani Karita jest tylko o 4 lata starsza od Angeli Gheorghiu, która byłą w tej roli wspaniała. Problem w tym, że czas obszedł się z nią niezbyt delikatnie a i swoją urodą nie grzeszy. Jej rysy: wystający podbródek, lekko skośne oczy tworzyły z całą masą zmarszczek coś co kojarzyło się z przesłodzoną panią po 70. Ja wiem że to jest opera, i ona to naprawdę dobrze i wiarygodnie zaśpiewała. Tyle, że człowiek cały czas się zastanawiał 1) czego ci panowie od niej chcą 2) czemu ona nie korzysta jak Sacrpia chce – to może być jej ostania szansa. Aktorsko też mnie nie przekonała – grała zbyt egzaltowanie. Z jej wygładem może lepiej było po prostu stać i śpiewać a nie rzucać się po scenie.

Okrutne to. I tak sobie myślę, że wszystkie ( zasadnicza większość) tychy operowych heroin jest wg libretta młoda. Więc jeżeli już nie obsadzać młodej panienki, to przynajmniej
panienkę bardzo atrakcyjną. Żeby zaloty do niej nie wyglądały niezrozumiale. Zdecydowanie mniej okrutny jest teatr gdzie są wspaniałe role dla kobiet młodych i tych po 70. I w pewnych kreacjach wiek jest atutem. I o ile facet brzydki lub starszy może być atrakcyjny ( a i ról dla starszych śpiewaków trochę jest) to z mnie osobiście pani w wieku balzakowskim i negocjowanej urody do Toski czy Małgorzaty z Fausta nie przekona.

No powiedzcie sami, czy on nie wygląda jakby był przerażony Toską a nie torturami?

piątek, 9 października 2009

Julia / Wombat

Poszłam sobie dziś do kina. Sama. I to w podwójnym sensie bo bez osoby towarzyszącej i w ogóle byłam sama na Sali kinowej. Rewelacja. Czułam się jak na pokazie dla VIP. Poza tym odkrywam że ja jednak uwielbiam kino. Dużą ciemną salę, szum projektora i tą całą atmosferę. A w ogóle to poszłam sama bo film był babski.

Julie & Julia


Wyobraźcie sobie kogoś kto:
ma pracę w której mało zarabia, czuje się sfrustrowany i zestresowany,
ma kota,
ma bardzo fajnego męża, choć czasem jest wobec niego zołzą,
kto chciał być pisarką ale napisał na razie pół powieści i schował głowę w piasek bo i tak mu nie wydadzą,
kto stale lubi być głaskany po główce i lubi jak się mu przypomina jaki on to nie jest do kitu,
ma paskudną matkę,
ma lat około 30,
…i pisze bloga.
Nie to nie ja. To główna bohaterka. Ale jak się możecie domyślić film ogromnie mi się podobał. Ciepły, zabawny, niegłupi. Bardzo dobry aktorsko, dający nadzieję i ale nie w sposób naiwny i infantylny. Ogromnie podobała mi się idea że jak ktoś lubi jeść powinnam zająć się gotowaniem. Wiecie, ja najbardziej lubię czytać. (-;

I film smakowity. Mam ochotę po nim troszkę poeksperymentować w kuchni. W tym celu chcę zdobyć dano zaginioną książkę kucharską ( jedyną jaką miałam i lubiłam ) a mianowicie Kuchnię Nelly Rubinstein. Pamiętam że przepisy były tam pyszne, nietypowe i okraszone anegdotami. Jak przyjdzie z allegro dam znać jak poszły dobroci.

A wnioski po filmie trzy
- robię się głodna,
- dobrze mieć fajnego faceta który rozumie wspiera i jest najbardziejszy, nie załatwia to wszystkich problemów, ale sprawia że w życiu jest fajnie,
- jeżeli bardzo długo i wytrwale robi się coś co się lubi najbardziej to coś dobrego z tego musi być


A poza tym:

Jadę jutro na Tośkę. Zobaczymy jak będzie.
I mam wielką ochotę na krakowskie antykwariaty ( na allegro wszystkiego nie ma…) i na czekoladę u Szerokiego Elfa.

Przeczytałam o dzisiejszym Noblu. Wiem, szkoda komentarza. A jednak myłam, że z krzesła spadnę.
Ja już dawno mówiłam że Nobel literacki jest dyskusyjny ( Herbert nie dostał a Jelinek tak) a Pokojowy to kpina od kiedy w 2007 Al Gore wygrał z Sendlerową – pogadanki o klimacie zwyciężyły z kimś kto własnym życiem ryzykował ratując żydzie bardzo konkretnych dzieci. Ogólne teorie przeciw życiu ludzkiemu, które można policzyć zważyć. Teorie wygłaszane na wygodnym fotelu, przeciwko ryzykowaniu własnego życia. Wstyd.
Jak widać nie miałam o tej nagrodzie zbyt wysokiego mniemania. Teraz naprawdę nie rozumiem za co Obama dostał. Podejrzewam, że on sam tego nie rozumie. Ja nie mam nic przeciwko niemu. To chwalebne że w kraju gdzie było niewolnictwo i kuklux klan mają czarnego prezydenta. ( Inna sprawa czy gdyby nie był czarny zostałby prezydentem – czy może wielu głosowało na niego żeby pokazać że nie jest się rasistą). Życzę mu jak najlepiej. Ale na wszystkie Demonki on jeszcze nic nie zrobił. Albo może raczej nic dobrego. To lizanie zadka naszego wielkiego barta zza oceanu jest już niesmaczne.

poniedziałek, 5 października 2009

Mru!

Zdjęć mało bo aparat powoli umiera. Zresztą mnie w ogóle przedmioty materialnie nie lubią. Ale to jeszcze dał radę. Z dzisiejszego poranka z jesiennymi pozdrowieniami od pewnej czteroletniej damy.



A poza tym:
Czytam: Zusak, Posłaneic ( Dobre, dobre, dobre!)
Słucham: Dvorak, Koncert na dwie mandoliny g-dur
Oglądam: Przerwane Obięcia Almodovara ( byłam) Julia, Julia ( będę)

poniedziałek, 28 września 2009

Na służbie u Sinobrodej

Z racji czytania Natlisowi przerabiam teraz całe stosy baśni. I czasem szperam teraz po ich ukrytych znaczeniach. Pamiętam długie rozmowy jakie prowadziłam z kilkoma osobami, w tym z Bożeną, o bajce o Sinobrodym – jednej z tych które zrobiły na mnie największe wrażenie kiedy byłam dzieckiem. Pamiętam, że ja się tamtej bajki nie bałam, że uważałam, że to się wszytko dało zakończyć tak, żeby mieć z tego korzyść. I w tych rozmowach nie bardzo udawało mi się przekonać dlaczego tak uważam. Teraz chyba wiem.

Otóż pierwotną wersją tej baśni była dla mnie historia z Baśni Birmańskich. Poznałam ją najpierw i czytano mi ją do bardzo często. Wersja ta trochę się różni, ale ma na tyle wspólnych motywów, że można uznać ją za tą samą historię inaczej opowiedzianą.

Otóż: Były dwie siostry, dobra młodsza i zła starsza. Zła postanowił się pozbyć siostry i wrzuciła ją do rzeki. Prąd morski zaniósł ją daleko aż do zamku Olbrzymki. Swoją drogą fascynujący motyw Olbrzymki – wielkiej, drapieżnej kobiety – potwora. Jednak w naszej kulturze większość olbrzymów było facetami.
Olbrzymka przyjęła dziewczynę na służbę, ale kazała jej nie wchodzić do piwnicy. Młodsza siostra przykładała się do służby no ale oczywiście zajrzała do piwnicy. I znalazła tam ciała kobiet. Olbrzymka bowiem był ludojadką i zjadała młode dziewczyny. Piwnica była pełna ogryzionych kości. Dziewczyna nie dała nic po sobie poznać, i kiedy Olbrzymka pytała czy ta się jej nie boi, odpowiedziała z niewinnym uśmieszkiem, że nic a nic tylko ją szanuje. Potrafiła opanować swój strach.

Kiedy w końcu poprosiła o możliwość powrotu do domu, Olbrzymka tak ją polubiła ze dała jej siedem dzbanów złota i wysłała do domu. Z zazdrości starsza siostra tez wskoczyła do rzeki i znalazła się na służbie u Olbrzymki Ludojadki. Historia się powtórzyła ale głupia siostra na widok stosu kości się rozryczała, że się boi i chce do domu. I została zeżarta.

Ponieważ zetknęłam się tą bajka wcześniej niż z sinobrodym to umykał mi fakt, że Sinobrody jest Facetem – Mężem. On był dla mnie tym kim była Olbrzymka – Ludojadka. Ciemną siłą, groźną ale taką którą można pokonać przez pokonanie własnego strachu.

Tak też pisze Clarissa Pinkola Estés “Opowieść o Sinobrodym mówi o takim prześladowcy, mrocznym mężczyźnie, który zamieszkuje w psychice każdej kobiety, o wewnętrznym drapieżniku. Jest on bardzo konkretną, niezaprzeczalną mocą, o której nie wolno zapominać i którą trzeba opanować. (…)Kobieta] może wyrwać moc wszystkiemu, co trzyma ją w niewoli, i wykorzystać tę moc, kiedyś użytą przeciw niej, do własnych celów. To jest istota dzikiej kobiety.”

Dla mnie dziewczyna i Olbrzymka ( czy Sinobrody) to byłą ta sama osoba. To była jej drapieżna ciemna siła, nad którą można zapanować pokonując strach. Zresztą w jednej z wersji Sinobrodego jego żonami były 3 siostry, dwie straszne zostały zjedzone najpierw, a najmłodsza – w chwili kiedy zajrzała do komnaty i upuściła kluczyk w kałużę krwi tworząc niezmywalne plamy, znalazła ratunek w Sposobie – umyła kluczyk w mleku. Oszukała męża, zapanowała nad strachem i na spokojnie wezwała braci. Czyli się da. Zresztą on jej daje ten kluczyk jak wyzwanie. Gdyby naprawdę coś chciał ukryć nic by nie mówił i zamknął. On jej rzuca wyzwanie „ okaż mi nieposłuszeństwo, a potem zapanuj nad strachem”.
Interpretacja w której traktuje się Sinobrodego jako symbol złego patriarchalnego faceta który niszczy i „zjada” kobiety w ogóle mnie nie przekonuje. Bosze jaki on zły, jaka ona niewinna. Bajeczka ku przestrodze. Tylko zawsze mi się wydawało, że kobiety dostawały w łeb od a krzepkich młynarczyków niż od tajemniczych Sinobrodych.


A z wiadomości z ostatniej chwili
- Jest kot do oddania. Cudny burasem. Teraz jest w domu tymczasowym u Nietoperza. Zdjęcia będą lada dzień. Niestety drugi kot znaleziony na Ani podwórku przeszedł na tamtą stronę cienia. Ponieważ zakładałam, że będzie u nas tym bardziej mi go żal.
- Od jutra będę chodziła na taniec brzucha. Ruszamy się i budzimy w sobie kobiecość.
- Piszę, piszę, piszę. Nie jest źle.

niedziela, 20 września 2009

...i dźwięki

Żeby nie było, że dziś tylko słowa.
Chodzi za mną od trzech dni. I strasznie kojarzy mi się z Łukaszem i Masią. I strasznie marzę żeby po tych latach mniejszego kontaktu dane nam było kiedyś przejść się ( wychodzi na to że z potomkami) starym miastem gdzieś w Hiszpanii, potem wejść do kościoła z tym niepowtarzanym zapachem strych murów i chłodem i usłyszeć to:


Ps. Do płyty Savalla którą dostałam wracam stale i wciąż.