środa, 22 lipca 2009

(*)

Poznałyśmy się na sekcji literackiej ŚKF. Pierwsze co pamiętam to delikatne małe dłonie, rozciągnięty sweter, czarne mądre oczy i bardzo cwany uśmiech. Nie zapytałam nigdy ile ma lat, ale myślę, że byłyśmy w podobnym wieku. Pamiętam, że miała niesamowity talent. Czarodziejka słowa. Czytałam jej teksty i chętnie dawałam moje do rozbebeszania. Czułam że trafiają w dobre ręce.
Poza sekcją spotykałyśmy się we dwie kilka razy. To były te długie nocne babskie rozmowy, o książkach, życiu i innych demonach. Rozmowy z nieznajomą, z którą czujesz, znasz znasz się sto lat.

Ostatnio długo nie byłam na sekcji. Praca, dom, praca, dom. Gdzieś się kontakt rozluźnił. Próbowałyśmy się umówić w marcu, ale wypadł szpital Natalisa. Potem pisałam maile, bez odpowiedzi. Ostatnio zadzwoniłam i odwiedziłam się że Bożena jest w szpitalu po wycięciu nerki. Chciałam ją odwiedzić, ale minął tydzień i drugi i wmyśliłam ze co będę po szpitalu jej zawracać głowę jak już pewnie wróciła i się spotkamy na najbliższej sekcji. Przygotowałam na półce książki do pożyczenia.

Wczoraj dostałam maila że nie żyje.

Dostałam maila od jej kuzyna który wspominał że Bożena czasem o mnie mówiła. To dziwne po czyjejś śmierci uświadomić sobie, że było się dla kogoś kimś ważnym. I w tym samym czasie zdać sobie sprawę, jak ważna ona była dla mnie.

Pamiętam pewne strasznie niesmaczne łazanki które zrobiłyśmy przez nadmiar koncentracji na rozmowie a za mało na kuchni. Wyjście do herbaciarni. Kubeczek, chyba z serduszkiem, jaki miała zawsze na sekcji. Pamiętam Bożenę skromną, ciepłą, ale bywało że z ostrymi jak brzytwa ripostami. I bardzo maleńkiego misia w kolorze niebliskim jakiego dała Natalisowi.

Nie mogę się poskładać. Bo to nie tak miało być, bo za szybko. Bo tyle jeszcze miało się zdarzyć, tyle słów napisanych, przeczytanych, opowiedzianych. Ta bliskość i ciepło które mogło się zmienić w przyjaźń. A nie zdążyłam się nawet pożegnać. I nawet gdybym to mogła teraz zrobić, to nie wiem co bym to zrobiła.

Bożena, trzymaj się tam po drugiej stronie. Jeżeli są tam jakieś książki których tu nie znamy, to możesz mi coś wybrać, przeczytam i pogadamy, kiedy też tam trafię. Kiedyś.

niedziela, 19 lipca 2009

Od jakiegoś czasu miewam okresy doła i pogorszeń nastroju.
Za często.
Częściej niż bym chciała. Dochodzę do punktu, że stanie przed ściana i powiem sobie „K…., ani kroku dalej w tym kierunku, teraz robimy rozpiernicz totalny i idziemy gdzie indziej”

Gdybym tylko wiedziała, czego tak właściwie chcę. A dokładnie, której z kilku rzeczy, które mam na myśli. I czy moja wiara i skok w nieznane wystarczą, żeby je osiągnąć?

W końcu przecież…„pragnąłem żyć pełnią życia i wysysać z niego całą kwintesencję, aby wykorzenić wszystko co nie jest życiem, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem...”

Czyż nie?

Bo na razie jestem w zupełnie nie tym miejscu życia które chce.
Mam najwspanialszą córkę na świecie, najkocurzejszego, najmojszego kocura, kilku dobrych ludzi w około, duzo dobrych książek i dźwięków przed sobą.

I jeżeli cokolwiek przeszkadza mi się tym cieszyć i stresuje to niech spada na drzewo. Liczy się tylko tu i teraz.

I cholernie potrzebuję wakacji.

Hough!

sobota, 18 lipca 2009

Na upały (-;



Przedwczoraj była u nas Aneczka z Australii. Bardzo zmieniona, odrodzona na nowo i niezmiennie piękna (-; Wniosła radość i dobry nastrój. I żal że u nas ludzie spięci strasznie. Jeżeli za półtorej roku A. będzie studiować w Londynie jak planuje, a moje plany pozwolą mi na kilka dni urlopu to koniecznie musimy się tam spotkać (-;

A ja w czwartek w nocy jadę z Natalisem nad morze. Nad Bałtyk jednak. Zbierać muszelki daleko od betonowych hoteli Egiptu.

sobota, 4 lipca 2009

Jawornikowo.

Wróconam z Jawornika, Dziękuję Natti za ten przepiekany mądry czas. Odpoczęłam, odespałam, po ponad 3 miesiącach zagoiło mi się oko, miałam czas przemyśleć kilka priorytetów. Był upał jak w Egipcie, Irańska muzyka, objadanie się, czytanie i przecudne rozmowy naszych córek.

Dziękuje.

A to relacja fotograficzna

Książki łączą ludzi



…z dzieciątkami



Natalis jako taki.

piątek, 26 czerwca 2009

W stronę słońca.

Mam huśtawkę nastrojów.

Potrzebuję wakacji to raz. A z wakacjami jest problem. Problem natury można powiedzieć egoistycznej. Ale po kolei. Mam 25 dni urlopu. Natalis w przedszkolu ma wakacje więc idea jest taka żeby prawie cały urlop brać w lipcu-sierpniu żeby jak najwięcej na powietrzu była. Tylko, że dotychczas moje wakacje przypominały sytuacje przysłowiowych szewców co nie mieli pieniędzy, ale mieli czas. Teraz dalej nie ma pieniędzy i nie mam również czasu. Sama idea posiadania „urlopu do wybrania” mnie drażni. Zawsze jeździłam kiedy była okazja, kiedy chciałam. A tak zaplanować do przodu. A skąd ja mam wiedzieć jaka będzie pogoda/ okazja / ochota?

Tak czy inaczej mam 25 dni
Z 3 dni zrobiono tydzień i jedziemy z Natalsiem do Jawornika. Wieś sielanka, Natalia ( duża) i mały Olguś. Jadę w poniedziałek po szkoleniu i ogólnie się cieszę.

Z dwóch dni uszyto ( po dosztukowaniu weekendu i wylotu wieczorem) 4 dni w Londynie tylko z kocurem. To na koniec wakacji. Wisienka na torcie.

5 dni plus weekendy to Falmberg z Przemem i Natalsiem (-; Tak tak tak (-;
5 dni to nasz wyjazd z Kocurem w Łemkowszysznę. Czyli na pogranicze Bieszczad i Beskidu niskiego – jawy i snu – przeszłości i teraźniejszości.

Zostało 5 dni z weekendami to daje 9. Na wyjazd mój z Nat na słoneczko. I tu mamy problem.. W sumie to proszę o radę szanownych czytelników.
Była opcja jechać we dwie do Łupkowa. Pokazać tą moją ukochaną leśno cerkiewną część świata. Tyle że to lato wygląda zimno deszczowo. A nawet tam z deszczu z Nat będzie…średnio.

Idealna była opcja wyjazdu w Walencji. Naprawdę chciałam zobaczyć Masiów, przesłać maleństwu-w-środku dobre uroki, jechać do Oceanarium z Nat i na plażę, pogadać z Łukaszem o muzyce, pojeść owoców morza. I Zonk. Bo bilety są wściekle drogie. Do Walencji nie da się dojechać. Przeglądanie Rayanaiara przypomina zaburzania orgazmu. Już, już, już masz fajny lot. Ale…dzieci promocja nie obowiązuje, lata tylko w dni jakie nie pasuje, a w ogóle to opłaty lotniskowe wychodzą 200 euro. I szlag trafia.

Pojawiła się trzecia opcja żeby złapać Super-Okazję + zniżkę dla dziecka i jechać do Egiptu/Tunezji/Czegoś w Tym Guście na plażę. Taka duża piaskownica, basen, morze i ciepełko. Wychodzi taniej niż nad nasze morze i mam duże przekonanie ze Nat się spodoba. Tylko…ja nie umiem!

Wakacje zorganizowane – z betonowym hotelem i ohydnymi tłustymi ludźmi w wokół, perspektywa że nie będę miała do kogo gęby otworzyć jest przerażająca. Zresztą same traktowanie Podróży – czyli czegoś w jakiś sposób metafizycznego - jak kanapki z Mc Donalda jest czymś odrażającym i wstrętnym. Tak wiem, ciepłe morze, nauczę Nat pływać, będą lody, ja kaszlę od miesiąca, Nat też – wygrzałybyśmy się na słonku – ale coś krzyczy mi nie. Kiedyś, jak będzie większa ją tam zabiorę. Wynajmiemy samochód, pojedziemy nurkować na rafę. Ale nie w takiej formie.

Czyli zostają na dzień dzisiejszy Łupków. Raczej. Najbardziej mnie tam ciągnie, acz czuję się egoistycznie. Może dam się jeszcze przekonać. W wezmę 3 grube czytadła na wieczory (-;

Swoją drogą przy rozważaniu tej opcji przeglądałam dwa wieczory strony biur podróży. Teksty z ofert wprawiają o atak śmiechu. Nie wiem czy mają ludzi za idiotów ale wszystko po to żeby ukryć fakt, że plażą jest mała, daleko, a hotel byle jaki. I opnie na google maps w ingliszu " w sumie fajny hotel, ale omijajcie bo w sezonie sami Polacy"


A poza wakacjami:
Rozmawiałam z rodzicami ( z ojcem znaczy się) o planach o których pisałam 2 posty niżej. Jego rekcja była tak do bólu przewidywalna. „Super, ekstra, koniecznie spróbuj…ale wiesz zderzysz się z rzeczywistością i to się nie uda. Albo wiesz, zrób to ale nie teraz…poczekaj kilak lat. Zrób plany”
BRRRRRRRRRRR

Robiłam życiu mniej i bardziej ryzykowne rzeczy. Żadnej nie żałuję. Ale mam wyrzuty że kilku rzeczy nie robiłam kiedy była na to czas. I teraz jest musztarda po obiedzie. Brr. Kiedy się temu bliżej przyglądam to rzeczywiście wykłada to na prawie nierealne i posiadające dużo minusów. Ale ma też plusy. Znaczące.

A i jeszcze kilka słów okolicznościowo.

Siedzę sobie w pracy w której gorąco i z żalem dyskutuje się o śmierci Michalea Jacksona. Całe to zjawisko, ta masowa histeria jest dla mnie niezrozumiała. Nigdy jego muzyki nie słuchałam, a z tego co gdzieś złapałam, to brzmiało jak śpiewany cienkim głosikiem popik i cudaczne stroje. Dużo doskonałego marketingu i kreowania na Króla Muzyki kogoś kto za bardzo śpiewać nie umiał. Może taki koniec był nawet bardziej humanitarny? Po tym co sam zrobił z własnym ciałem śmierć biologiczna jest chyba wybawianiem. Ikonami lat 80 i 90 na których się wychowałam to Cohen, Sting, Queen – na tym się wychowałam. A dzisiejszą wiadomość przyjęłam z wzruszeniem ramion, i ogromnym zdziwieniem nad całym szumem medialnym. Czy ludzie się sami tak nakręcają?

wtorek, 23 czerwca 2009

Nocel Mała Kopiel Moja

Składam spóźnione życzenia z okazji Nocy Świętojańskiej.

A ja bawiłam się wczoraj wieczorem...dobrze (-;
I do śpiewania.
Znad Narwi, jeden z najstarszych ludowych tekstów. Piosenka ta nie dotrwała do naszych czasów w takiej formie, lecz została zrekonstruowana z kilku fragmentów melodycznych i tekstowych.


Koło Jana, koło Jana -

Koło Jana, koło Jana -

Koło Jana, koło Jana -

Koło Jana, koło Jana

- Tam dziewczęta się schodziły

Sobie ogień nałożyły,

Tam ich północ ciemna naszła.

Nocel mała, kopiel moja

- Tam dziewczęta się schodziły

Sobie ogień nałożyły,

Tam ich północ ciemna naszła...

...Koło Jana, koło Jana,

Tam dziewczęta się schodziły,

Sobie ogień nałożyły,

Tam ich północ ciemna naszła.

Tam na górze ogień gore,

Na tej górze dwoje drzewa.

Jedno drzewo, boże drzewo,

Na tym drzewie kolebeczka.

W tej kolebce panna Hanna,

Kołychali, dwa braciszki.

Kołychali, rozbombali,

Rozbombali - wyrzucili.

Padła Hanna licem w ziemię,

Licem w ziemię, sercem w krzemię.

I zapyta się braciszek,

Czy nie zdrowiej, czy nie lepiej.

Ona mówi: "Mój braciszku,

Główka boli, serce mdleje,

A jak umrę, moi bracia,

Pochowajcie w ogródeczku

I nasiejcie trzy ziółeczek,

A jak się zjadą panowie

Będą tę ziemię łamali,

Będą też mnie wspominali:

Tutaj leży panna Hanna,

Panna Hanna, siostra nasza." -

Nocel mała, kopiel moja

- Nocel mała, kopiel moja, Nocel mała, kopiel moja

- Nocel mała, kopiel moja Nocel mała, kopiel moja ...

sobota, 13 czerwca 2009

Gorzej mi (-;

Sytuacja z poprzedniej notki ma dość zaskakujący finał. Matka się nagle odezwała i jest miła jak miodek. Ciekawe na jak długo. Już sama nie wiem czy mnie czytuje czy nie. I nie mam ochoty się nad tym zastanawiać. Możliwie są wszystkie warianty włącznie z tym że podczytuje ojciec a blefował żeby mnie „ skłonić do myślenia”. Komunikacja w mojej rodzinie to rzecz złożona.

Z aktualności. Dosyłam do pewnego punktu, w którym wiem, że pewne rzeczy bym chciała w życiu zmienić. Sprawy z półki „nierealne, można pomarzyć” przeniosłam na miejsce z opisem „ trudne, wiec weź się w garść i pokombinuj”. Tak czy inaczej jak pójdzie dobrze program Spełniamy Marzenia i Eksperymentujemy to za około rok przewrócę po raz kolejny życie o 180 stopni. I nie chodzi tu o następne młode. Jeszcze nie (-; Nie będę na tym etapie pisać o co chodzi. Kocur wie, popiera. Ja zaczynam wierzyć i aż się tego boje. Jak się uda to w marcu 2010 sobie strzelę na urodziny wyrąbisty prezent. A jak go nie będzie znaczy jestem cykor.

Poza tym czytam jak wściekła.
Hełm Grozy. Wiktora Pielina.
Wiedźmikołaj.
Magazyn Osobliwości ( idzie pocztą, więc właściwie to będę czytać w tym tygodniu)