Trzy sprawy w ogóle z sobą nie związane.
Po pierwsze to wyjaśnienia poprzedniej notki. Nie wiem czy wyraziłam się jasno. Hasłowania nie będzie. Jak u mnie jest z ostrożnością i myśleniem to wiecie. Zresztą, może mam w życiu szczęcie, ale wszystkie nawet bolesne rewolucje, były po zastanowieniu się dokładnie tym czego w życiu potrzebowałam. Źle było kiedy dryfowałam, kiedy nic nie robiłam i pozostawiałam sprawy do zastanowienia się i do „jakoś to będzie”.
Cały pomysł pisania ostrzej o sobie, bardziej z bebechów wyniknął z rozmowy z Przemem w Berlinie. Rozmawialiśmy o rzeczach które mi we mnie samej przeszkadzają. Padło porównanie do mieszkanie które „ jakieś tam jest” da się żyć, ale w sumie wszystko nawala, elektryka, łazienka, stare meble i nie wiadomo za cos się najpierw zabrać. Co się nie ruszy to jest powiązane z czym innym. I doszliśmy do tego, że to trzeba po kolei. Pomału, ale konsekwentnie. Bo to jest moje życie i jak ja go nie kopne w dobrym kierunku to nikt tego ni zrobi. Chodzi głownie o moje relacje ze światem i z samą sobą. W zasadzie tematycznie z dwoma wyjątkami : relacja ja - Przem i fizyczna i psychiczna. Raz że to już są Nasze sprawy a nie moje tylko. A dwa że odpukać, jest to jedna z rzeczy niewielu która układa się Dobrze. Co do pisania tego do szuflady, do było by za bardzo cackanie się ze sobą. Ewentualnie mogę opatrzyć jakimś raitingiem typu „ uwaga, wnętrzności na widoku”. Bo nie wszyscy muszą chcieć oglądać. (-; I wielki napis „ Nie pocieszać, nie głaskać w komentarzach, nie tulić. Można zrozumieć, nie odrzucać, może napisać maila albo list.”
A teraz z zupełnie nie bebechowych newsów ze świata aniska:
Przyszło ubezpieczenie za Nat. Ja muszę nadmienić, że ogólnie jestem przeciwnikiem ubezpieczeń. Jak w pracy podpisywałam ubezpieczenie czytając rubryczki rubryczkami „ śmierć współmałżonka” „ śmierć bliskiej osoby”, „trwałe kalectwo” to sobie myślałam jaką bezczelnością jest w ogóle próba wycenienia tych rzeczy. Czy da się w jakiś sposób wymienić kwotę która choć trochę zminimalizowała by mi po nich ból. Nie da się. Jak dotąd jak ognia unikałam jakichkolwiek ubezpieczeń, które nie są narzucone przez prawo. Wole mieć szczęście nić polisę. Pomijając ubezpieczenie gwarantujące ci szpital czy normalne leczenie to jest to dla mnie po prostu żerowanie na strachu i lekach.
No ale Nat w przedszkolu jakoś ubezpieczyłam. Wszyscy ubezpieczali to ja też, Zresztą coś mówili że obowiązkowe to nie będę wojny robić. I teraz Alianz wycenił mi 2 tygodnie szpitalu, ból, blizny które zostaną. Nawet sobie myślę, ok. nawet fajnie. To są pieniądze Nat. Za jej ból. Kupie bilety do Walencji albo Lizbony i pojadę z nią na 3 dni w kwietniu. Do oceanarium. Niech sobie te rekiny, foki, skrzydlice, rozdymki i inne poogląda. A co. I dostałam, kurna. 400 zł. Mniej niż ZUS obciąć z moje pensji z racji l4. Do Walencji to z nią za to raczej nie pojadę. Do Chorzowa chyba, psia mać. Jak nie jestem pazerna to mnie to zirytowało. Pewnie pieniądze rozjedzą się na dom. I tylko jakoś mi zależy żeby Nat miała w tym jakiś udział. Kolejna zabawka? Dziękuję.
Na razie jestem za tym żeby wybrać kilku pewnych organizacji non profit ( Np. wykup koni, koci azyl, Studnie dla Sudanu)– opowiedzenie o nich Nat dokładnie i pozostawienie JEJ decyzji na co chce kasę przeznaczyć, a ja ją tam wpłacę. Przynajmniej połowę. Nie zebrało się na jej marzenia, może będzie mogła przyczynić się do spełnienia czyjś.
A dwa to byłam dziś w kinie. Średnio to mądre na zapalenie spojówek i kanalików łzowych, ale kot chce, kot robi. Na Lektora zdecydowałyśmy się w sumie z Anią przypadkiem. Trochę po rekomendacji z Lj, trochę po tym kto film reżyserował. Film bardzo dobry, oszczędny w środkach, poruszających historia bardzo pokręconej miłości. Chwilami miałam wrażenie, że film próbuje być jednocześnie dramatem, film o miłości i o rozliczeni Niemców z historią. To ostanie chyba wyszło najmniej. Natomiast jako dramat bardzo dobry.
I przy okazji jedna refleksja, dlaczego film mnie zmaltretował. Słowa, słowa, słowa. Ja wiem jak te pisane i te czytane potrafią oczarować, wpłynąć na relacje i zapisać się głęboko. Dwie osoby z którymi pisałam listy papierowe to również dwie, które mi czytały na głos. Małe literki długopisem na papierze w kratkę i zeszyt pisany czarnym atramentem. Dziesiątki książek które mi czytano: Wilka Morskiego, Dumasa, Trylogie, Dickensa i …Cortazara. I choć różnie potem było, mądre i głupie decyzje miałam, ale tylko o tych historiach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że kochałam. Cholerne słowa. Zapadają w pamięci.
PS. Witam Area. Nie znamy się osobiście, ale serdecznie zapraszam. Jeżeli masz Lj to też do tekstów.
niedziela, 29 marca 2009
piątek, 27 marca 2009
Blog jako taki, a jeżeli nie taki to jaki i dlaczego.
Zupełną niespodzianka, ale też rzeczą bardzo pozytywną było dla mnie otrzymanie od Cantandory wyróżnienia Creative Blogger. Dziękuję, kot czuje się doceniony. Mruu.
Tle, że teraz sie trzy razy zastanowię co pisać. Czy dalej jest aby takie Creative (-;
Skłoniło mnie to też do refleksji o samym blogu. Właściwie minęły już trzy lata jak piszę. Przeprowadzkę z mylona odebrałam jak przejście z zatłoczonego m3 za ostatnią stacją metra, do przestronnej rezydencji w centrum.
Myśle sobie o tych trzech latach tutaj. Po co piszę. Chyba najbardziej traktuje to jako wirtualne przedłużenie mojego świata – kawałek domu. Są półki z książkami, muzyka, bliscy, podróże, to co złości i cieszy. Nigdy nie aspirowałam do tego, żeby w jakikolwiek sposób popularyzować bloga dla szerszej publiczności, tak jak się tłumów do swojego domu nie nagania. Ale każdy był tu zawsze mile widziany jako gość.
Teraz w szpitalu w jakiś sposób doceniłam wartość tego miejsca. W smsach, telefonach, dobrych myślach była jakaś siła i ciepło. Miejsce jest wirtualne, ale kontakt z żywymi ludźmi.
Być może w najbliższym czasie pojawi się więcej notek z bebechów. Po kilku rozmowach z kocurem zabieram się do małego (?) remontu siebie, pracy nad sobą, układaniu kilku trudnych spraw. I przyszło mi do głowy, że mogłabym to robić publicznie tu. Z dwóch powodów. Raz to zachowanie zdrowego dystansu, nawet do tego co najbardziej intymne i najbardziej bolesne. A dwa to pewnego rodzaju eksperyment psychologiczny na samej sobie. Skoro lubię eksperymenty w literaturze, na scenie, w kuchni i jeszcze kilku miejscach, to spokojnie mogę spróbować wiwisekcji siebie. Tak zupełnie bez taryfy ulgowej nad sobą. Mam nadzieję, że niedługo się za to zabiorę.
A przy okazji dziękuje wam że jesteście tu te trzy lata.
Tle, że teraz sie trzy razy zastanowię co pisać. Czy dalej jest aby takie Creative (-;
Skłoniło mnie to też do refleksji o samym blogu. Właściwie minęły już trzy lata jak piszę. Przeprowadzkę z mylona odebrałam jak przejście z zatłoczonego m3 za ostatnią stacją metra, do przestronnej rezydencji w centrum.
Myśle sobie o tych trzech latach tutaj. Po co piszę. Chyba najbardziej traktuje to jako wirtualne przedłużenie mojego świata – kawałek domu. Są półki z książkami, muzyka, bliscy, podróże, to co złości i cieszy. Nigdy nie aspirowałam do tego, żeby w jakikolwiek sposób popularyzować bloga dla szerszej publiczności, tak jak się tłumów do swojego domu nie nagania. Ale każdy był tu zawsze mile widziany jako gość.
Teraz w szpitalu w jakiś sposób doceniłam wartość tego miejsca. W smsach, telefonach, dobrych myślach była jakaś siła i ciepło. Miejsce jest wirtualne, ale kontakt z żywymi ludźmi.
Być może w najbliższym czasie pojawi się więcej notek z bebechów. Po kilku rozmowach z kocurem zabieram się do małego (?) remontu siebie, pracy nad sobą, układaniu kilku trudnych spraw. I przyszło mi do głowy, że mogłabym to robić publicznie tu. Z dwóch powodów. Raz to zachowanie zdrowego dystansu, nawet do tego co najbardziej intymne i najbardziej bolesne. A dwa to pewnego rodzaju eksperyment psychologiczny na samej sobie. Skoro lubię eksperymenty w literaturze, na scenie, w kuchni i jeszcze kilku miejscach, to spokojnie mogę spróbować wiwisekcji siebie. Tak zupełnie bez taryfy ulgowej nad sobą. Mam nadzieję, że niedługo się za to zabiorę.
A przy okazji dziękuje wam że jesteście tu te trzy lata.
środa, 25 marca 2009
Wombat story - by Przem
Jeszcze słowo o Berlinie. Historie naszego wyjazdu przygotował Przem. Wybrał obrazki o komentarze. A wszystko przez to ze wyjazd sponsorował Wombat.
Przez ten cholerny wiatr dalej mam zapalenie spojówek i nic nie wiedzę.
Wombat Story by Przem ( *komentarze Anisk czyli ja, Wombat to w tym kontekście ja anisk)
1) Jak wombat (* czyli ja) wyjeżdżał do Berlina, wyglądał jak...

2) W Berlinie się rozkręcił i wyglądał jak .... (* nie taki gruby, ale taki zadowolony)

3) Niestety, przeimprezował, i po powrocie wyglądał jak ...( *chodzi o te spuchnięte oczka, drinki w wietnamskim barze nie mają tu nic do rzeczy)

4) a marzył tylko o ... (*tu się zgadzam...)
Przez ten cholerny wiatr dalej mam zapalenie spojówek i nic nie wiedzę.
Wombat Story by Przem ( *komentarze Anisk czyli ja, Wombat to w tym kontekście ja anisk)
1) Jak wombat (* czyli ja) wyjeżdżał do Berlina, wyglądał jak...

2) W Berlinie się rozkręcił i wyglądał jak .... (* nie taki gruby, ale taki zadowolony)

3) Niestety, przeimprezował, i po powrocie wyglądał jak ...( *chodzi o te spuchnięte oczka, drinki w wietnamskim barze nie mają tu nic do rzeczy)

4) a marzył tylko o ... (*tu się zgadzam...)
wtorek, 24 marca 2009
O Holender, co za Carmen!
Zupełnie nie planowaliśmy, żeby to było akurat w moje urodziny, ale jakoś tak wyszło, że tak jak w zeszłym roku były na operowo w Berlinie. Zupełnie inny czas, też bardzo dobry. Tylko pogoda tak samo podła. Dziękujemy Ociepkom (-; było z nimi naprawdę bardzo fajnie.
A jeżeli się ktoś wybiera w okolice Berlina, Monachium lub Wiednia to polecamy zatrzymać się w Wombacie.
A co do tego co widzieliśmy ( słuchaliśmy)
Carmen.
Zaskoczyli mnie już przed wyjazdem, bo łypnęłam na stonkę i zobaczyłam, że zrobili to klasycznie. Bardzo klasycznie. Jak się potem okazało, klasycznie nie oznacza bez reżyserii- ale z bardziej subtelną kreską reżysera.
Całość zaczyna się za kurtyną filtrem przez co mamy uczucie, że patrzymy na obraz. Ten zabieg ma plusy i minusy. Plusy bo tworzy niesamowity klimat. Nadaje dźwiękom fakturę. Minus jest taki, że pierwszy akt jest przez to bardzo statyczny. Postacie chwilami zastygają w bezruchu i śpiewają bardziej do publiczności niż do siebie. W kolejnych aktach ten obraz coraz bardziej się ożywia, a postacie Carmen i Don Jose wyłamują się z kadru. Wychodzą niemal dosłownie z obrazu.
Co do interpretacji to bardzo dyskretnie zarysowana, ale przekonywująca. W pierwszym akcie Carmen ma czerwone buty, w kolejnych czerwony element stroju. Na rytym obrazie scenie kolor jest dość ważny i jest to jedyny element czerwieni. W ostatnim akcie Carmen występuje w stroju torreadora. Dosłownie w klasycznej wersji, ponieważ był to zawód zarezerwowany tylko dla mężczyzna, Carmen nie mogła by go włożyć. To jest symbol. Kobieta jako torreador – mężczyzna jako byk – groźne choć podążające za instynktem zwierzę. I świetnie wpasowuje się to w symbolikę męskich atrybutów tej opery: nóż i penis – róg byka. I bardzo skojarzyło mi się z Porozmawiaj z Nią Almodovara – kobieta jako torreador.
Poza tym podobało mi się bardzo w warstwie muzycznej. Tego po prostu słuchało się przyjemnie. Najmniej może Micaeli, ale nie wszystko może być doskonałe.
A tak na marginesie. W dniu po Carmen byliśmy na wystawie zdjęć Helmuta Newtona. Bardzo się podobały, choć miałam wrażenie że on traktuje kobietę jako tworzywo sztuki, a nie obiekt. Widziałam kilka zdjęć z tymi jego ulubionymi motywami: usta, buty w szpilce, czasami rogi byka. Kobiety bardzo seksualne ale zimne. I aż mnie skręciło żeby się dowiedzieć co by było z połączenia Cermen z Newtonem. Gdyby go zaprosić współtworzenia do tej reżyserii i scenografii. Niemożliwe, ale pomarzyć można. Poleciałabym na to jak na skrzydłach.
Co do drugiego dnia to byliśmy na Latającym Holendrze Wagnera. Dużo dobrego słyszałam o tej inscenizacji, wiec sobie robiłam spore oczekiwania. Gdzieś tam podejrzewałam, że Wagner łatwy nie jest, ale myślałam, że na żywo z grą sceniczną da się to jeść.
Cała sztuka była desperacką próbę uratowania archetypu z koszmarków którymi upstrzył ją Wagner. O ile można było dobrą reżyserią wywalić całe gotycko - mroczne tło to z muzyką nie dało się zrobić nic. Wydawało mi się, że Wagner jest trudny, a on jest po prostu kiepski. Jak to stwierdził Kocur: taka to muzyka jak betonowy bunkier architektura. Po prostu nie wystarczy głośniej krzyczeć żeby większy efekt był.
Moja wiedza z muzyki klasycznej jest niekompletna i wyrywkowa. Kiedy byłam mała uwielbiałam słuchać muzyki ( Griega, Bizeta, Rimskiego Korsakova, Czajkowskiego) i sobie wyobrażać co się tam dzieje. Zazwyczaj te moje historie w głowie miały się nijak do pomysłu kompozytorów, ale pobudzały wyobraźnie. Może dlatego tak łatwo złapałam pomysł opery – połączenie teatru i muzyki.
Wagnerowi udało się stworzyć muzykę, która do mnie nie przemawia, ani odrobinkę. Reaguję na nią jak na Rammsteim – czyli Bosze czemu oni tak hałasują. O ile jeszcze pierwszy akt jakoś się ma do tego co się dzieje na scenie ( Die Frost ist um to jedyny fragment który da się słuchać) to dalej jest masakra. Scena spotkania z Sentą nijak się do siebie ma w warstwie muzyka- treść – to co jest odegrane. Oni do siebie wrzeszczą w dodatku zupełnie bez emocji.
Reżyser zrobił z tego co się dało. Pomysł z przeniesieniem akcji na giełdę świetny. Postać niemiej dziewczynki duszy Senty też bardzo mi się podobał. Nie do końca się zgodzę z interpretacją którą kiedyś przeczytałam. Bo w momencie kiedy jego stara załoga widm rozsypuje się w proch – a marynarze na koniec popełniają samobójstwo (przy śmiejącym się Holendrze) – prawdopodobnie po to żeby stworzyć jego nową załogę widm, to mam jakieś wrażenie że ta historia to się dla niego odbywa co siedem lat (-; I wcale Senta taka jedyna. Albo może powiem to inaczej: Gra Senty mnie przekonała. Gra Holendra nie. Może przez dysonans z muzyką, może przez złe aktorstwo, tego nie wiem. Ale mu nie wierzę.
Tak czy inaczej reżyseria była – i było by o czym pogadać, pointerpretować. Niestety reżyserka nie zrobiła jeszcze jednego dramatycznego kroku – nie zamieniła tego w pantomimę. Bez muzyki. Zupełnie.
PS
Na życzenie Ani więcej o Carmen:
Nie pisałam szerzej bo po pierwsze mam zapalenie spojówek i widzę tyle co nic. A po drugie ta interpretacja jest dość prosta i w miarę zgodna z tym czego się spodziewałam po libretcie. Jak się okazało mało oryginalna nie musi znaczyć zła, a może być po prosty prosta i logiczna.
Kim zatem jest Carmen? Pełną seksu siłą, która robi z mężczyzn idiotów, podążające za instynktem byki. Kobieta pewną siebie, odważną a przede wszystkim wolną. W tle pokazano dwie cyganki ( cudowne głosy zwłaszcza Mercedes!) i na tym przykładzie łatwo widać kontrast Carmen – reszta świata. One też podrywają mężczyzn ale z bardziej konwencjonalnych powodów – chcą miłości, seksu, pieniędzy. Carmen nie chce niczego – robi to bo może, bo jest wolna. Paradoksalnie w jakiś sposób jest w tym bardzo męska. Kobieta w stroju torreadora, wolna, dzika, silna. Ona uwodzi bo to jest gra, rywalizacja. Za nic ma normy społeczne, „ustawienie się w życiu”, ona po prostu wypija z życia kwintesencje, i robi to bo tak. I nawet w najbardziej miłych dla Don Jose
chwilach nie ma wątpliwości, że go nie kocha. Ona z nim gra. Dlaczego? Bo może, bo chce.
Czego się obawiałam w Carmen zanim na nią poszłam, to wyświechtanej, ogranej melodyjności. I nic bardziej mylnego. To że melodie przeszły do świadomości zbiorowej, stały się wręcz gwizdane na każdym roku, to nie znaczy, że nie sa cudowne. Może wręcz przeciwnie, świadczy to o ich śile przekazu.
A jeżeli się ktoś wybiera w okolice Berlina, Monachium lub Wiednia to polecamy zatrzymać się w Wombacie.
A co do tego co widzieliśmy ( słuchaliśmy)
Carmen.
Zaskoczyli mnie już przed wyjazdem, bo łypnęłam na stonkę i zobaczyłam, że zrobili to klasycznie. Bardzo klasycznie. Jak się potem okazało, klasycznie nie oznacza bez reżyserii- ale z bardziej subtelną kreską reżysera.
Całość zaczyna się za kurtyną filtrem przez co mamy uczucie, że patrzymy na obraz. Ten zabieg ma plusy i minusy. Plusy bo tworzy niesamowity klimat. Nadaje dźwiękom fakturę. Minus jest taki, że pierwszy akt jest przez to bardzo statyczny. Postacie chwilami zastygają w bezruchu i śpiewają bardziej do publiczności niż do siebie. W kolejnych aktach ten obraz coraz bardziej się ożywia, a postacie Carmen i Don Jose wyłamują się z kadru. Wychodzą niemal dosłownie z obrazu.
Co do interpretacji to bardzo dyskretnie zarysowana, ale przekonywująca. W pierwszym akcie Carmen ma czerwone buty, w kolejnych czerwony element stroju. Na rytym obrazie scenie kolor jest dość ważny i jest to jedyny element czerwieni. W ostatnim akcie Carmen występuje w stroju torreadora. Dosłownie w klasycznej wersji, ponieważ był to zawód zarezerwowany tylko dla mężczyzna, Carmen nie mogła by go włożyć. To jest symbol. Kobieta jako torreador – mężczyzna jako byk – groźne choć podążające za instynktem zwierzę. I świetnie wpasowuje się to w symbolikę męskich atrybutów tej opery: nóż i penis – róg byka. I bardzo skojarzyło mi się z Porozmawiaj z Nią Almodovara – kobieta jako torreador.
Poza tym podobało mi się bardzo w warstwie muzycznej. Tego po prostu słuchało się przyjemnie. Najmniej może Micaeli, ale nie wszystko może być doskonałe.
A tak na marginesie. W dniu po Carmen byliśmy na wystawie zdjęć Helmuta Newtona. Bardzo się podobały, choć miałam wrażenie że on traktuje kobietę jako tworzywo sztuki, a nie obiekt. Widziałam kilka zdjęć z tymi jego ulubionymi motywami: usta, buty w szpilce, czasami rogi byka. Kobiety bardzo seksualne ale zimne. I aż mnie skręciło żeby się dowiedzieć co by było z połączenia Cermen z Newtonem. Gdyby go zaprosić współtworzenia do tej reżyserii i scenografii. Niemożliwe, ale pomarzyć można. Poleciałabym na to jak na skrzydłach.
Co do drugiego dnia to byliśmy na Latającym Holendrze Wagnera. Dużo dobrego słyszałam o tej inscenizacji, wiec sobie robiłam spore oczekiwania. Gdzieś tam podejrzewałam, że Wagner łatwy nie jest, ale myślałam, że na żywo z grą sceniczną da się to jeść.
Cała sztuka była desperacką próbę uratowania archetypu z koszmarków którymi upstrzył ją Wagner. O ile można było dobrą reżyserią wywalić całe gotycko - mroczne tło to z muzyką nie dało się zrobić nic. Wydawało mi się, że Wagner jest trudny, a on jest po prostu kiepski. Jak to stwierdził Kocur: taka to muzyka jak betonowy bunkier architektura. Po prostu nie wystarczy głośniej krzyczeć żeby większy efekt był.
Moja wiedza z muzyki klasycznej jest niekompletna i wyrywkowa. Kiedy byłam mała uwielbiałam słuchać muzyki ( Griega, Bizeta, Rimskiego Korsakova, Czajkowskiego) i sobie wyobrażać co się tam dzieje. Zazwyczaj te moje historie w głowie miały się nijak do pomysłu kompozytorów, ale pobudzały wyobraźnie. Może dlatego tak łatwo złapałam pomysł opery – połączenie teatru i muzyki.
Wagnerowi udało się stworzyć muzykę, która do mnie nie przemawia, ani odrobinkę. Reaguję na nią jak na Rammsteim – czyli Bosze czemu oni tak hałasują. O ile jeszcze pierwszy akt jakoś się ma do tego co się dzieje na scenie ( Die Frost ist um to jedyny fragment który da się słuchać) to dalej jest masakra. Scena spotkania z Sentą nijak się do siebie ma w warstwie muzyka- treść – to co jest odegrane. Oni do siebie wrzeszczą w dodatku zupełnie bez emocji.
Reżyser zrobił z tego co się dało. Pomysł z przeniesieniem akcji na giełdę świetny. Postać niemiej dziewczynki duszy Senty też bardzo mi się podobał. Nie do końca się zgodzę z interpretacją którą kiedyś przeczytałam. Bo w momencie kiedy jego stara załoga widm rozsypuje się w proch – a marynarze na koniec popełniają samobójstwo (przy śmiejącym się Holendrze) – prawdopodobnie po to żeby stworzyć jego nową załogę widm, to mam jakieś wrażenie że ta historia to się dla niego odbywa co siedem lat (-; I wcale Senta taka jedyna. Albo może powiem to inaczej: Gra Senty mnie przekonała. Gra Holendra nie. Może przez dysonans z muzyką, może przez złe aktorstwo, tego nie wiem. Ale mu nie wierzę.
Tak czy inaczej reżyseria była – i było by o czym pogadać, pointerpretować. Niestety reżyserka nie zrobiła jeszcze jednego dramatycznego kroku – nie zamieniła tego w pantomimę. Bez muzyki. Zupełnie.
PS
Na życzenie Ani więcej o Carmen:
Nie pisałam szerzej bo po pierwsze mam zapalenie spojówek i widzę tyle co nic. A po drugie ta interpretacja jest dość prosta i w miarę zgodna z tym czego się spodziewałam po libretcie. Jak się okazało mało oryginalna nie musi znaczyć zła, a może być po prosty prosta i logiczna.
Kim zatem jest Carmen? Pełną seksu siłą, która robi z mężczyzn idiotów, podążające za instynktem byki. Kobieta pewną siebie, odważną a przede wszystkim wolną. W tle pokazano dwie cyganki ( cudowne głosy zwłaszcza Mercedes!) i na tym przykładzie łatwo widać kontrast Carmen – reszta świata. One też podrywają mężczyzn ale z bardziej konwencjonalnych powodów – chcą miłości, seksu, pieniędzy. Carmen nie chce niczego – robi to bo może, bo jest wolna. Paradoksalnie w jakiś sposób jest w tym bardzo męska. Kobieta w stroju torreadora, wolna, dzika, silna. Ona uwodzi bo to jest gra, rywalizacja. Za nic ma normy społeczne, „ustawienie się w życiu”, ona po prostu wypija z życia kwintesencje, i robi to bo tak. I nawet w najbardziej miłych dla Don Jose
chwilach nie ma wątpliwości, że go nie kocha. Ona z nim gra. Dlaczego? Bo może, bo chce.
Czego się obawiałam w Carmen zanim na nią poszłam, to wyświechtanej, ogranej melodyjności. I nic bardziej mylnego. To że melodie przeszły do świadomości zbiorowej, stały się wręcz gwizdane na każdym roku, to nie znaczy, że nie sa cudowne. Może wręcz przeciwnie, świadczy to o ich śile przekazu.
niedziela, 15 marca 2009
Rekin wielorybi i zupa z planktonu
Dziś na topie rekin wielorybi.

Plus ogłoszenie duszpasterskie:
Orkiestra Świętego Mikołaja
05.04.2009 - Gliwice
Willa Caro, ul. Dolnych Wałów 8a, godz. 18.00
My się wybieramy kocurem. Kto chętny jeszcze dawać znać.
I się paskudnie pochwale. Wybrano opowiadania w konkursie Fahrenheita na antologię Koniec Pieśni. Lira przeszła (-; Tylko 3 stronki to to ma ale pójdzie drukiem. Będę tfu-rcą wydawanym.
Motywuje to do pisania. Tylko że na dziś wieczór opracowanie testu NEO-FFI do pracy. Błech.
Plus ogłoszenie duszpasterskie:
Orkiestra Świętego Mikołaja
05.04.2009 - Gliwice
Willa Caro, ul. Dolnych Wałów 8a, godz. 18.00
My się wybieramy kocurem. Kto chętny jeszcze dawać znać.
I się paskudnie pochwale. Wybrano opowiadania w konkursie Fahrenheita na antologię Koniec Pieśni. Lira przeszła (-; Tylko 3 stronki to to ma ale pójdzie drukiem. Będę tfu-rcą wydawanym.
Motywuje to do pisania. Tylko że na dziś wieczór opracowanie testu NEO-FFI do pracy. Błech.
czwartek, 12 marca 2009
Już
Już. Wypuścili nas. Super plaster działa cuda, wasze dobre zaklęcia też. Dziękujemy! Teraz dwa tygodnie w domu uczymy się chodzić.
Jutro kontrola wiec zobaczymy jak się to to goi.
Czyli do kwietnia w domu rehabilitacyjne. Z małymi wakacjami operowymi w następny weekend. Ale szaaa bo się ZUS dowie.
Jutro kontrola wiec zobaczymy jak się to to goi.
Czyli do kwietnia w domu rehabilitacyjne. Z małymi wakacjami operowymi w następny weekend. Ale szaaa bo się ZUS dowie.
poniedziałek, 9 marca 2009
Zapiski szpitalne 3
Natalis ma się lepiej. Źle jest tylko w dwóch miejscach 2 na 1 cm. Poza tym nakleili jej plaster – cos w rodzaju opatrunku sztucznej skóry, alg czy czego tam jeszcze. Odpadnie za tydzień i już ma wtedy być dobrze. Taki cud medycyny.
Morfina odstawiona. Może nas wypuszczą wcześniej – za tydzień na przykład. OBY!
Natalisowi pozostaje teraz tylko rehabilitacja. Dalej nie chce chodzić, bo boi się bólu. Staramy się jej przynajmniej prostować nogę żeby nie dopuścić do trwałych przykurczy. Oferta dnia: 8 pełnych wyprostów kolana na leżąco – 15 minut filmu.
I przy tej okazji dochodzę do wniosku, że stało się jak się stało, ale taka sytuacja może mieć też swoje korzyści. Od wieków nie miałam tyle czasu tylko dla Natlisa. Tyle nie czytałyśmy, nie rysowałyśmy, nie robiłyśmy teatrzyku. Zawsze należy pamiętać, że może być gorzej. I z tego co jest zbierać małe okruszki którymi można się cieszyć. Ja wiem że szpital to paskudna rzecz. Ale kiedy nie bolało, to chwilami było nam całkiem fajnie.
Notabene znowu do sąsiedniego pokoju nam kogoś zwieźli. Dzieciak z lekkim oparzeniem rączki i mamę „bez zęba na przedzie”. ( Prawie jak z piosenki Kazika). Tak czy inaczej mama prosiła o jakieś zabawki dla małego, „ o na przykład te książeczki”. I mama temu 2 latkowi je dała do łóżeczka i sama czyta Tinę. A mały je podrzuca, mechaci i zastanawia się czemu ta grzechotka taka nieporęczna. Hmmm.
----
Ważna kwestia: To co chcę napisać przekazać przede wszystkim: To oparzenie i cały pobyt w szpitalu to paskudna rzecz. I natalisa bolało. Tyle że nie chcę wprowadzać wrażenie, że jest nam jakoś źle. Nie jesteśmy portretem matki z dzieckiem umęczonej. Coraz więcej plusów tej sytuacji. To ile radości daje nam ten cały czas ze sobą, czas którego nie zabiera praca/dom/net. Psia buda ze śpiwora, wieczorne tulenie. To wszystko sprawia, że odnajdujemy w tym strasznie dużo radości. Męczennictwu mówimy nie.
Stan zdrowia z dziś ( poniedziałek). Super opatrunek trochę podziałał, ale zasadniczo się nie przyjął. Rany były jeszcze za głęboki, spod spodu coś wypłynęło i opatrunek popękał. Dziś go ściągają i zakładają podobny lepszy. Na te okazję przez specjalnie kupowany.
Kobieta –bez-zęba-na-przedzie nie przestaje mnie zaskakiwać. Dba o dziecko jak umie. Myje, karmi tuli. Tyle, że do niego nie mówi, nie śpiewa mi i absolutnie nie czyta i nie opowiada wierszyków. Mały wyrwał z kilak kartek z naszych książeczek więc mu je zabrała.
„ Pani on mały jest ( 2 lata!). Co ja mu byda czytać jak on nic nie rozumi”. „On tylko bajki lubi oglondoć, jak mo telewizor to jest spokojny”.
„Takei tu nudy w tym szpitalu. Ani Sali telewizyjnej nie majom”
„Pani to mo dobrze że łona ( Natalis) już tyle rozumie, mój to nic, to co jo mom z nim robić tak bez coły dzien”
Podobnie na nocnik jeszcze nie odstawia małego – bo on nie umi i nie woło.
Niektórzy ludzie uważają za mówienie do dziecka które jeszcze nie odpowiada za absurd podobny jak mówienie do stołu.
Cóż jako matka czuję się w naszym społeczeństwie jak dziwaczka z moimi poglądami. I cholernie dobrze mi z tym! Zresztą teraz dopiero widzę jak bardzo wychowanie jest procesem podobnym do dziedziczenia – przekazuje się mniej lub bardziej świadomie cały swój system wartości, komunikacji, zachowań.
I jeszcze jedno słowo ze słownika owej Dz-b-z-n-p „Ida Se luftnąć” czyli idę na spacer. Wiem jestem złośliwa suka, ale ta kobieta mnie naprawdę słabi. Wybaczcie mi to. Ja lubię poszczególnych ludzi, ba nawet niektórych kocham. Ale tak ogólnie, jako gatunek, z większością swoich durnych przedstawicieli to strasznie mnie wkurzają.
A Natalia kontynuuje zabawę z Psami ( tymi wykopanymi). Jest ich 7 a ona jest mama psów. Teraz ze śpiwora zrobiła w łóżku budę dla psów. Rano wchodzi ordynator i po raz pierwszy się do nas odzywa. – A co ma znaczyć ten… barłóg?
- To jest psia buda. A ja jestem mamą psów.
Ordynator zaniemówił i zaordynował zmianę antybiotyku. Tego było dla niego za dużo.
Poza tym pomijamy etap rysowania głowonogów, Za to rysujemy stada głowo-płetwów. Czyli podwodne głowonogi i lasy wodorostów.
Ps. Dorwałam w Chorzowie net caffe. Wot cywilizacja!
Morfina odstawiona. Może nas wypuszczą wcześniej – za tydzień na przykład. OBY!
Natalisowi pozostaje teraz tylko rehabilitacja. Dalej nie chce chodzić, bo boi się bólu. Staramy się jej przynajmniej prostować nogę żeby nie dopuścić do trwałych przykurczy. Oferta dnia: 8 pełnych wyprostów kolana na leżąco – 15 minut filmu.
I przy tej okazji dochodzę do wniosku, że stało się jak się stało, ale taka sytuacja może mieć też swoje korzyści. Od wieków nie miałam tyle czasu tylko dla Natlisa. Tyle nie czytałyśmy, nie rysowałyśmy, nie robiłyśmy teatrzyku. Zawsze należy pamiętać, że może być gorzej. I z tego co jest zbierać małe okruszki którymi można się cieszyć. Ja wiem że szpital to paskudna rzecz. Ale kiedy nie bolało, to chwilami było nam całkiem fajnie.
Notabene znowu do sąsiedniego pokoju nam kogoś zwieźli. Dzieciak z lekkim oparzeniem rączki i mamę „bez zęba na przedzie”. ( Prawie jak z piosenki Kazika). Tak czy inaczej mama prosiła o jakieś zabawki dla małego, „ o na przykład te książeczki”. I mama temu 2 latkowi je dała do łóżeczka i sama czyta Tinę. A mały je podrzuca, mechaci i zastanawia się czemu ta grzechotka taka nieporęczna. Hmmm.
----
Ważna kwestia: To co chcę napisać przekazać przede wszystkim: To oparzenie i cały pobyt w szpitalu to paskudna rzecz. I natalisa bolało. Tyle że nie chcę wprowadzać wrażenie, że jest nam jakoś źle. Nie jesteśmy portretem matki z dzieckiem umęczonej. Coraz więcej plusów tej sytuacji. To ile radości daje nam ten cały czas ze sobą, czas którego nie zabiera praca/dom/net. Psia buda ze śpiwora, wieczorne tulenie. To wszystko sprawia, że odnajdujemy w tym strasznie dużo radości. Męczennictwu mówimy nie.
Stan zdrowia z dziś ( poniedziałek). Super opatrunek trochę podziałał, ale zasadniczo się nie przyjął. Rany były jeszcze za głęboki, spod spodu coś wypłynęło i opatrunek popękał. Dziś go ściągają i zakładają podobny lepszy. Na te okazję przez specjalnie kupowany.
Kobieta –bez-zęba-na-przedzie nie przestaje mnie zaskakiwać. Dba o dziecko jak umie. Myje, karmi tuli. Tyle, że do niego nie mówi, nie śpiewa mi i absolutnie nie czyta i nie opowiada wierszyków. Mały wyrwał z kilak kartek z naszych książeczek więc mu je zabrała.
„ Pani on mały jest ( 2 lata!). Co ja mu byda czytać jak on nic nie rozumi”. „On tylko bajki lubi oglondoć, jak mo telewizor to jest spokojny”.
„Takei tu nudy w tym szpitalu. Ani Sali telewizyjnej nie majom”
„Pani to mo dobrze że łona ( Natalis) już tyle rozumie, mój to nic, to co jo mom z nim robić tak bez coły dzien”
Podobnie na nocnik jeszcze nie odstawia małego – bo on nie umi i nie woło.
Niektórzy ludzie uważają za mówienie do dziecka które jeszcze nie odpowiada za absurd podobny jak mówienie do stołu.
Cóż jako matka czuję się w naszym społeczeństwie jak dziwaczka z moimi poglądami. I cholernie dobrze mi z tym! Zresztą teraz dopiero widzę jak bardzo wychowanie jest procesem podobnym do dziedziczenia – przekazuje się mniej lub bardziej świadomie cały swój system wartości, komunikacji, zachowań.
I jeszcze jedno słowo ze słownika owej Dz-b-z-n-p „Ida Se luftnąć” czyli idę na spacer. Wiem jestem złośliwa suka, ale ta kobieta mnie naprawdę słabi. Wybaczcie mi to. Ja lubię poszczególnych ludzi, ba nawet niektórych kocham. Ale tak ogólnie, jako gatunek, z większością swoich durnych przedstawicieli to strasznie mnie wkurzają.
A Natalia kontynuuje zabawę z Psami ( tymi wykopanymi). Jest ich 7 a ona jest mama psów. Teraz ze śpiwora zrobiła w łóżku budę dla psów. Rano wchodzi ordynator i po raz pierwszy się do nas odzywa. – A co ma znaczyć ten… barłóg?
- To jest psia buda. A ja jestem mamą psów.
Ordynator zaniemówił i zaordynował zmianę antybiotyku. Tego było dla niego za dużo.
Poza tym pomijamy etap rysowania głowonogów, Za to rysujemy stada głowo-płetwów. Czyli podwodne głowonogi i lasy wodorostów.
Ps. Dorwałam w Chorzowie net caffe. Wot cywilizacja!