niedziela, 8 czerwca 2008

Królowa elfów.

Zawiodłam się na kimś. Ale to w sumie moja wina, bo będąc świadoma kilku faktów mogłam się spodziewać. Za bardzo wierzę w ludzi. Ale cóż, sprawa zamknięta. Konturowanie sprawy jest równie daremne co komentowanie na Onecie – i osiąga ten poziom. Czegoś się nauczyłam, ze skrajnymi neurotykami się nie rozmawia, ich się leczy. Sprawa zamknięta.

I w sumie uświadomiłam sobie jak bardzo jestem szczęśliwa. Ilu fajnych ludzi mam w ogół siebie. Dziękuję Ani za piątkowy wieczór i „Spółdzielnię Przetwórstwa Truskawkowa Aneczka”

I bardzo się cieszę na pewną wyprawę (-;

A to z dzisiaj:
Obudziło mnie stanowcze
- Kce Tośki.
( zaspanym głosem) – A może krecika?
- Nie. Tośki!
Włączyłam płytkę, dziecię jak urzeczone ogląda wersję Toski z Raimondim. W końcu na początku II aktu komentuje. ( Scena której Scarpia zasiada do kolacji i rozmyśla nad zbrodniczymi planami)
– Pan zły. Pan je kolację. Jemu pewnie nie smakuje.

Ómarłam.

A potem zrobiliśmy sobie skrzydła z papieru i koronę. I miałam okazję poznać najmłodszą królową elfów. Tylko Oberona normalnie brakowało. (-;

Jestem nieprzytomnie szczęśliwa.

wtorek, 27 maja 2008

Osz.

Zasadniczo nie jest najlepiej. Dostaje w mieście świra. Tęsknię do przestrzeni. Ogromnej otwartej przestrzeni, do lasów, do ciszy. Do powietrza. Do czas i miejsc magicznych. Do miejsc bez ludzi. W pomieszczeniach, w mieście czuję się jak słoń w pudełku zapałek.

Istnieje pewne ryzyko, że jeżeli niedługo w przedmiot mojej tęsknoty się nie zmaterializuje to szlag mnie trafi. I moje otoczenie przy okazji.

Szanownych czytelników uprasza się o nie znajdowanie rozwiązań zastępczych w postaci dwu dniowej wycieczki na zatłoczoną Baranią Górę bo nie odpowiadam za siebie. Raczej cichuteńko trzymajcie kciuki za kocura że mnie w tej sytuacji musi znosić ( co wychodzi mu nadzwyczaj dobrze i heroicznie).

Posypało się.

sobota, 24 maja 2008

Horror, nie-horror. Sierociniec

Horror, nie-horror. Sierociniec
Juan Antonio Bayona zrobił film, który nosi ze sobą niemal wszystkie stereotypowe cechy horroru. Jest stary dom, tajemnica, upiorne lalki, kości, głosy i duchy. Będą trupy, księżyc w pełni i trzaskające drzwi. Jest charakterystyczny sposób prowadzenia kamery i muzyka. Jednak wielbiciele teksańskiej masakry czymśtam, i omenu ileśtam mogą być zawiedzeni. To nie jest horror. To jest przejmujący, smutny film o miłości, oświeceniu i jeszcze kilku innych rzeczach. Nastrojowy, trzymający w napięciu, żonglujący artefaktami horroru jako gatunku. Może nie jest tak rewelacyjny jak Labirynt Fauna – zdecydowanie słabsza muzyka i mniejsza wyobraźnia reżysera. Ale w porównaniu z Szóstym Zmysłem – też w konwencji horroru – nie horroru o duchach wypada lepiej. Tak samo zaskakujący, o wiele bardziej smutny. Wgięło mnie w fotel w pewnym monecie.

poniedziałek, 19 maja 2008

Łemko

Spektakl „Łemko”, w wykonaniu Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, mieliśmy okazję obejrzeć podczas ostatnich Gliwickich Spotkań Teatralnych. Przed spektaklem pomyślałam, że ostatnie dwa przedstawienia wyszły im rewelacyjnie, ale pewnie zawsze się tak dobrze nie da. Otóż da się. Tak dobrze, a może nawet lepiej.

Na ten spektakl, a właściwie na ten temat, czekałam od dawna. A już na pewno od kiedy, tej jesieni, szłam pewną zapominaną drogą ze Świątkowej Wielkiej aż do Bartnego, wzdłuż rzeki Świerzówka. Kiedyś brukowany trakt, teraz zapomniana ścieżka, nawet nie szlak turystyczny i zarosłe mchem łemkowskie kamienne kapliczki po bokach. Miałam prawie fizyczne wrażenie, że idę gdzieś między dwoma światami, między przeszłością a teraźniejszością, jawą a snem. Drugi raz poczułam się tak podczas spektaklu.

Fabularnie historia jest dość prosta. Sędziwy Łemko imieniem Orest umiera i wzywa swoje dzieci, żeby opowiedzieć im historię swojego życia. Całe szczęście, że przed spektaklem nie czytuję o czym jest sztuka, bo by mnie ciarki przeszły na myśl ile pułapek może mieć taki temat. Tymczasem tu, obyło się bez uogólnień i uproszczeń. I wyszło coś więcej niż nostalgiczna historia starego dziadka.

O czym jest Łemko?

Trochę o historii miejsc i ludzi. A właściwie o historii jednego człowieka. Początkowo wydało mi się wszystko trochę zbyt chaotyczne. Na scenę co raz to wbiegali jacyś mundurowi, czegoś chcieli, kogoś zabierali, strzelali. Tylko, że tak ta historia musiała wyglądać z punktu widzenia Oresta. To nie jest teatralna ikona historii – raczej zapis emocji i wspomnień konkretnego człowieka. Co za różnica kim oni byli? W takich czy innych koszulach, z takim lub innym modelem karabinu? Dla kogoś kogo zabijają, oznaczenie przy lufie ma drugorzędne znaczenie.

To historia o ludziach i narodach pogranicza, które od setek lat żyją gdzieś pomiędzy, dla jednych zbyt polskie, dla drugich zbyt ukraińskie. Narodzie, który w razie potrzeby każdy chciał pociągnąć za sobą jak kawałek szmaty. I na którym tak naprawdę, nikomu nie zależało. Może łatwiej było mi ten wątek zrozumieć, bo sama pochodzę ze śląskiej rodziny. Historia była tu zupełnie inna, ale ludzie żyjący na pograniczu też wiecznie byli „ za bardzo jacyśtam”.

Do historii Oresta dochodzi drugi wątek, równie interesujący. Jego dzieci: dorosłe w Polsce Ludowej, niewiele wiedzą i nie chcą wiedzieć o swoich korzeniach. A jednak nie mogą od nich uciec. Scena kiedy Jarosław wyrzuca ojcu jak bardzo ma dość bycia Łemkiem jest wstrząsająca. To jest historia o tożsamości, nieuporządkowanej i trudnej, bez której nie ma odpowiedzi na to, kim się właściwie jest. Choć Jarosław najbardziej nie chce być Łepakiem, to właśnie jego najmocniej ściągają duchy z przeszłości.

Wreszcie to historia o rodzinie. O konflikcie pokoleń, niezrozumieniu, nieumiejętności rozmawiania. O rodzinie, której daleka jest od cepeliowego cacanego obrazka idealnej mamusi i tatusia. A z którą, mimo to, można czuć się tak mocno związanym.

Jest to historia subiektywna. Obraz który nie idzie na łatwiznę, nie daje łatwych rozwiązań – ci dobrzy – tamci źli, nie wydaje sądów, ani nie straszy moralizatorstwem. Opowieść z różnych stron, Orseta, jego dzieci, polskiego urzędnika, sąsiadów, aż w wreszcie, gdzieś w tle, nawet samych Niemców którzy też zostali podobnie jak Łemko wypędzeni.

Spektakl nie tworzy martyrologii Łemków. On tylko opowiada historię człowieka, pokazuje jego ból i krzywdę. A krzywdy i ból nie podlegają stopniowaniu. Nie ma zbrodni „lepszejszych” bo na mniejszą skalę. No tak, zasadniczo lepiej było być w pociągu jadącym z Bieszczad na Śląsk, niż w podobnym pociągu kilka lat wcześniej do Treblinki. Tylko, że taka licytacja nigdzie nie prowadzi i nie usprawiedliwia rabunku ziemi i tożsamości jaki został dokonany.

Jeżeli chodzi o stronę techniczną Teatru w Legnicy, to jak zwykle ogromne zgranie aktorskie i dopracowanie najmniejszych szczegółów. Na „Łemku” warto też zwrócić na wspaniałą oprawę muzyczną. Gdzieś za kulisami zespół Tatra Roma robił niesamowite wrażenie, zarówno w piosenkach ludowych jak i muzycznej aranżacji spektaklu.

Cóż. Po raz kolejny teatr Modrzejewskiej postawił sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Ja się boję myśleć, co będzie następnym razem.


Zdjęcia ze zbiorów własnych. Beskid Niski.





środa, 23 kwietnia 2008

Abarat

Ja uwielbiam kiedy komuś podobają się książki jakie mu daję.

Specjalnie dla Fidelio dziś:

Autor: Christopher Ścierwink ( tak ON)


Czarownico, zrób coś dla mnie:
Znajdź mi księżyc
co utkany jest z tęsknoty
i tajemnic.
Pokrój go na cieńcie plastry,
potem zawieś
nad domem mej ukochanej,
żeby dzisiejszej nocy
zobaczyła go na niebie.
I niech wtedy westchnie do mnie,
jak ja wzdycham do niej,
nawet bez księżyca.





Oraz...
Autor: Sprawiedliwy Bandy, wędrowny poeta Abaratu
Oto spis rzeczy co budzą lęk:
Zęby rekina, oręża szczęk,
Psy wojny które, które szarpią nas kłami,
Głos tego, który odszedł przed nami.
Ale najgorsze lustro, co z nas drwi
I odmierza nasze podliczone dni.

wtorek, 22 kwietnia 2008

Żegnamy Pana Ekwadorianina

Z pewnym zażenowaniem czytam o ostatnich wyczynach pana Cejrowskiego. Podobno uważa się za osobę kontrowersyjną – a ja jak mało do kogo mam do niego wybitnie mieszane uczucia.

Cenię za głód świata i podróży. Z cięte pióro i język. Za nonkonformizm. Podzielam zamiłowanie do Yerba mate, a audycje muzyczne w Trójce uwielbiałam.

Tyle, że ostatni wywiad mnie zniesmaczył. Nie sposób nie zgodzić się z argumentami które są Tu. Zasadniczo w ogóle kiedy wracam do jego książek to widzę tam dwie rzeczy. Bajeranctwo – które podróżnikowi i gawędziarzowi można wybaczyć. Ale też coś więcej, czego wybaczyć nie można. Jakąś podagrę zakamuflowaną, mit „ szczęśliwego prymitywnego człowieczka” który ma Yerbę i Czas. Ja wiem coś w tym jest – ale ograniczanie się tylko do stereotypu wykrzywia obraz. A wypaczanie obrazu ludzi którym pan Cejrowski tyle zawdzięcza – dali mu swój czas, zainteresowanie, przyjęli, opowiedzieli swoje historie – że jest to po prostu niemoralne. Nigdy tej pogardy nie wyczuwałam u Kapuścińskiego.

Też byłam w tzw. „ trzecim świecie” ( Sierra Leone) też ludzie przyjęli mnie pod swój dach, poczęstowali rybą i coca colą. I chyba widziałam coś jeszcze poza stereotypem Nędzarza, albo Beztroskiego Murzynka który ma Czas. Widziałam ludzi, takich jak ja, tyle że czarnych. Ludzi szczęśliwych, smutnych, przyjacielskich, nieufnych, złamanych życiem i pełnych nadziei. I tego mi zawsze w jego książkach brakowało. Powierzchowność i pogarda.

Pan Cejrowski jest Katolem, jak sam mówi. Ja też. Tyle że nie wiem czy inaczej to rozumiemy, ale wydaje mi się że czasami u niego za mało miłosierdzia. Bycie Katolem zobowiązuje. Zresztą jeżeli chodzi o image – słowa bez pokrycia – to przypomina mi się inny z nim wywiad. ( Niestety nie zacytuję mam nadzieję, ze niczego nie poknocę). Pisał, że chciałaby siedzieć w Tym Ekwadorze i wychowywać dzieci. A ja się pytam jakie dzieci? Swoje? Czy rozumiał wychowywanie jako prawienie morałów małym dzikusom? Wychowywanie to jest bycie – z – blisko, od początku, cały czas, bezwarunkowo. Ja nie mówię, że każdy musi dzieci mieć. Znam wielu takich co się świetnie realizują bez. Ale jak czytam takie słowa o wychowywaniu w próżnię, to czuję, że są to słowa bez pokrycia. Tak sobie dla wizerunku rzucone. Podobnie jak te o obywatelstwie mam wrażenie.

wiosna w garnku, z imbirem

Na dziś polecamy:

3 Obrane i pokrojone w kostkę łodygi rabarbaru.
1/3 świeżego imbiru w krostę
garść goździków
Woda, cukier
Zagotować

Dobre na deszcz
W ogóle dobre