środa, 30 stycznia 2008

Przepłakałam wczoraj dobre kilka godzin. Nawet nie wiedziałam, ze mnie to tak ruszy.
Fakt, ze nie zostanę potraktowana w rozmowie jak znajomy tylko jak upierdliwy użytkownik. I tylko chciałam wspomnieć, że nigdy nie przyszło mi do głowy „ straszenie kogoś sądem”. Już wolałabym, zebry wszystkie moje teksty poznikały z sieci i nigdzie się w ogóle nie ukazały. Chciałam, w momencie kiedy nie pomogła prośba na gg, i nikt zupełnie nie podjął dyskusji w tym temacie, zachować sie też jak użytkownik który przypomniana o absurdalności interpretacji regulaminu.

Ja jestem w stanie się niemal na wszystko godzić, kiedy ktoś ze mną dyskutujące. Kiedy poprosi bo np. „ nie mamy teraz czasu i nam sie nie chce teraz tego zdejmować” To jest rozsądne. Ale kiedy koś mówi mi „ że NIE, bo regulamin” to może zrobić to każe mu zrobić to co wszystkim którzy coś mi chcieli narzucić, czyli „ możecie mi obciciagnać”. Tyle.

wtorek, 29 stycznia 2008

Jestem absolutnie zdołowana i zniesmaczona. I zawiedziona.

Kilka dni temu ja, aniołak, Fidelio, Arnarod i Arien uknułyśmy plan wysłania naszych tekstów mitologicznych w kilka miejsc. Może się spodobają. A może nie. Nie ma to znaczenia. Próbujemy, coś robimy. Będę szczęśliwa jeżeli choć jednej jakiś tekst wezmą ( Fi coś czuje ze wiem czyj on będzie…).
Ale mniejsza z tym.

Tak czy inaczej wymogiem formalnym jest aby teksty zniknęły z netu. I tu pojawił się problem. Bo skoro były pisane teoretycznie do klubu pojedynków to moderatorstwo twierdzi, że nie może ich usunąć. Pomijając fakt że regulamin klubu pojedynków mówi, że
- teksty mają być pisane na potrzeby kluby ( były)
- przed i w czasie pojedynku nie mogą być publikowane ( nie były)
- jeżeli będą gdzie indziej to z adnotacją ( tak tez zostały posłane – ze powstały na potrzeby)
Nigdzie nie ma napisane, że muszą tam wisieć dożywotnio. Albo że tracimy do nich prawa.

Tak czy inaczej spodziewałam się że ktoś ze mną o tym podyskutuje. Może mnie poprosi żeby jednak zostały. Że powie: „ ale wiesz jest taki problem, jakbyśmy to rozwiązali wspólnie, żeby obu stronom pasowało” A tu nic. Pozwiedzano mi „ nie i koniec – bo tak jest z regulaminem”. Po pierwsze to jak pisałam wyżej regulamin nie ma nic do tego. Dwa to nawet gdyby miał, to chyba mamy ważny powód i można okazać troszkę życzliwości. A trzy to poczułam się traktowana jak rzecz. I moje teksty też.

Jest mi cholernie smutno. Forum mirriel niezależnie od tego jak mało czasu mu poświęcałam traktowałam jak swoje. Gdyby nie ono pewnie nie zaczęłabym pisać. Mam ogromną wdzięczność do ludzi którzy mnie tam wpierali i uczyli warsztatu. Być może gdyby mnie w pierwszym komentarzu do Alchemii Toroj zjechała zamiast zachęcić już bym nigdy nic nie pisała, I jestem wdzięczna.

Dziś Toroj bardzo spokojnie i miło ze mną pogadała i wytłumaczyła że pewnie obecność w klubie pojedynków nie zaszkodzi publikacji. Zresztą sama publikacja jest na mniej niż 10 % ( Co nie znaczy ze nie mamy prawa próbować). Więc tu już nie chodzi o publikację. Chodzi o zasady. Żeby regulamin nie stał powyżej człowieka. I nie był interpretowany po-widzimisię moderatora.

Postanowiłam, że poproszę o usunięcie wszystkich moich postów z mirriel. To nie jest obrażanie – to cholernie trudna i smutna decyzja. Może dlatego nie piszę tego teraz na forum, ale na blogu – bo w jakiś sposób straciłam serce do tego miejsca. Żegnam się z tymi mirrielowiczami dzięki którym nauczyłam się troszkę pisać i przez te lata świetnie się bawiłam. I czuję się jakby mi ktoś w pysk dał.

sobota, 26 stycznia 2008

Uj jak dawno mnie nie było! Nie miałam ochoty pisać, bo świąt nie lubię. A brak światła i krótki dzień działały demotywująco. A tak jest lepiej. Byle do marca.
A dzieje się dużo.

Pa pierwsze to jestem absolutnie i zupełnie uzależniona od JERBA MATE. Pijam do 6 tykw dziennie. Corso wie jak to działa (-;

Troszkę ze świata Kultury. Byliśmy wczoraj z kocurem na Persepolis.
CUDOWNE! Jeden z najlepszych filmów jakie ostatnio widziałam. Przejmująca opowieść z poczuciem humoru, o dojrzewaniu, alienacji i tęsknotach dziewczyńskich. Z wojną w tle. Bardzo dobrze pokazany Teheran i groza wojny – ale bez patosu i tak że film może odnosić się do każdej innej dziewczynki tego pokolenia. Może tak mi się podobał bo niesamowicie utożsamiałam się z bohaterką. Dziecinką buntowniczą, chowaną wśród dorosłych, zafascynowanej ojcem ( nie nie komunizmem, ale czymś wręcz przeciwnym – uczono mnie w przedszkolu wierszyka „ i na drzewach zamiast liści nich zawisną komuniści”). I potem dojrzewanie które było jednym wielkim buntem i „ nie pasuję do świata”. Jakby na ironię mój pierwszy wybranek też okazał się gejem. Bywa. Na szczęśćcie potem trafiłam lepiej.

I innych zabawa na pograniczu kultury ( i psychologii). Kupiliśmy sobie ostatnio z Kocurem dwie książki Bogowie/Boginie w każdym/każdej z nas pani Bolen, ( Pisałam o niej kilka notek niżej). Książka cudowna i w sumie jedna z lepszych książek o psychologii jakie czytałam. Zrobiliśmy sobie z Panem Kocurem zabawę – każde z nas przeczytało obie książki – a potem przygotowało archetyp „ postaci idealnej, siebie, oraz partnera”. Oj fajne rzeczy powychodziły. Choćby taka że moja samoocena była dość podobna to ideału Kocura. Nie będę więcej pisać, bo to są w sumie prywatne sprawy, ale tylko wspomnę że mnie kocur doceniła jako:
Afrodyta 45% Detemetr 28% Persefona 25% Artemida 7%
Jakby nie było się zgadza. Pan mąż zna mnie lepiej niż ja siebie. Cóż.


Poza tym piszę. Skończyłam z Fidelio cudowny marysuistyczny projekt „Perski Królik” – i choć artyzmu w tym nie ma za grosz, to bawiłam się cudownie i mózg mi odpoczął. Pozbyłam się presji pisania i odświeżyłam sobie wena. Dziękuję Fidelio. Jakkolwiek durna by była nasza zabawa – grafomańsko-erotyczne-rpg – to czuję się jak po długich sudownych wakacjach.

Poza tym to pracuję. I o tym słów kilka. Dalej pracuję za marne grosze, ale za to w domu z nienormowanym czasem. Tak czy inaczej błagam nie wierzcie w budy o „ strasznym potworze od rekrutacji”. Kiedy szukacie pracy tej pani naprzeciwko was też zależy żebyście wypadli super! Jesteście dobrzy – ona ma premię i zadanie wykonane. Jesteście do niczego – ma awanturę szefa i dalej musi szukać. To raz.
Dwa rekrutacja jest przede wszystkim oparta o system ZBIERACKO ŁOWIECKI. Kandydata trzeba znaleźć, wypatrzyć, złapać i nie puścić.
Jeżeli chodzi o mnie i kandydat sam dzwoni, nawet mając już umowę i mówi, że : „rozmawiał z żoną, ma małe dziecko, nie chce ich zostawiać”. – to ja mu mówię szczerze że ma słuszne kryterium wartości. I szkoda mi ale uważam, że tak jest lepiej. Nawet za cenę premii.
Ale jak widzę chłopaka lat 24, kawalera, na bezrobociu, dla którego mam umowę za 13 euro za godzinę w dzień ( a 15 w nocy) – i on się nie odzywa a potem pisze smsa „ rezygnuje, bo ta umowa tylko na miesiąc i nie chce ryzykować” – to mnie wtedy szlag trafia i myślę że jest kiep, łoś i dupek. A ja narobiłam się na darmo. Bu. A takich sytuacji ostatnio troszkę miałam.

niedziela, 9 grudnia 2007

Ha, od czego zacząć po tak długim czasie. Nie będę pisać o pracy, bo i tak już dość was o tym zanudzam na spotkaniach. A wystarczy napisać, że mi się to podoba i jakoś idzie.

To ja dziś troszkę o Kulturze. (-; Co czytam, czego słucham, co oglądam, gdzie bywam. Mam ostatnio trochę różnych miłych doznań kulturowych. (-;

Może od końca. Gdzie bywam. A dokładniej gdzie byłam; na festiwalu muzyki folkowej Mikołajki Folkowe w Lublinie. Daleko to jak sukinsyn, ale watro było. Zabawa fenomenalna, nawet Kocur się wciągnął. Zespoły różne; na uwagę i oklaski na stojąco zasługują Orkiestra Świętego Mikołaja, Bracia Sufi z Pakistanu i kapela rycerska z Węgier. Dawno się tak na koncercie nie wybawiałam. Bo jest to dokładnie taka muzyka jak lubię najbardziej; rots, folk, na dawnych instrumentów, bez gitar elektrycznych, klimaty Karpat ( to nie bracia sufi (-;).
Atmosfera imprezy fenomenalna, chociaż czasem czułam się z boku jak obserwator. Z jakiś względów nie mogę się nigdy wpleść w grupę. Za dużo chyba we mnie krytycyzmu i indywidualizmu. Niektórzy ludzie ( jak choćby nawiedzeni czciciele Peruna i Swarożyca) budzą we mnie bardzo mieszane uczucia, Trudno. Ale muzykę odbierałam na 100% i bawiłam się cudnie. I wróciłam biedniejsza o dużo pieniądza, za to bogatsza o 3 płyty, 2 pary kolczyków, kota świecznik dla Kocura i pół kilo mate. A wracając zajrzeliśmy do Sandomierza i znaleźliśmy fenomenalną Herbaciarnię – może nie jakoś super urządzoną ale z rewelacyjnymi herbatami i bardzo bardzo niedrogą. Trzymamy za nich kciuki żeby sobie dali rade.

Co oglądam i słucham; Dostałam na DVD wytęsknionego Fausta z Angelą i Roberto ( patrz dwie notki wcześniej) Jest to rewelacja pod każdym względem. Głosu, muzyki, inscenizacji, baletu. Bite trzy godziny siedziałam z rozwartymi oczami i uszami. Kto nie widział co zrobiono z nocą Walpurgii temu i tak nie opowiem. Fidelio, Natti jeżeli macie już płytkę to czekam na wasze refleksje. Bardzom ich ciekawa.

Byłam też z Natti na Trafiacie. I ogromnie pozytywnie się zaskoczyłam. Przez momnt miałam naiwne nadzieje, że Opera Bytomska jest dobra. Nie, to był po prostu gościnny skład. Szersza recenzja tu: http://operaangel.proboards54.com/index.cgi?board=muzyka&action=display&thread=1196768548


Z filmów, to aż głupio się przyznać ale dopiero teraz sięgnęłam po Piratów z Karaibów. Część II tak koszmarnie mi się nie podobała, że nie mogłam się zmusić do Trójki. A to niespodzianka. Film bardzo mi się podobał. Poszli w absurd tak bardzo, że mnie to przekonało. A początkowa scena wieszania jakoś poruszyła. Nie było godzinnych walka z ogromną kałamarnicą, za to wątki z II i I części się wiarygodnie wyjaśniły i posplatały. Ani minutkę się nie nudziłam i żałuję jak nie wiem że odpuściłam sobie to w kinie.

Czytam: Pożyczyłam od Małego Kossakowskiej Siewce Wiatru. I odbiłam się jak od ściany. Książka napisana jak dla mnie nienajlepiej. Taka sobie przygodówka tylko nie wiedzieć czemu bohaterowie furkają na skrzydłach. Nie będę się z opinią specjalnie afiszować, bo fandom mały, a autorka podobno sympatyczna to nie będę jej kocim pazurem krytyki haratać.

Potem, „na odtrutkę” sięgnęłam po W. Hugo. W końcu doszedł z allegro Człowiek Śmiechu. Czytam dalej w tej chwili i trzymam kciuki żeby książka się nie skończyła, bo dochodzę do wniosku że Hugo jest moim absolutnym mistrzem. Po pierwsze ze względu na język. On jest czarodziejem. Kiedy opisuje burzę śnieżną to mi JEST zimno, kiedy opisuje długą drogę to ja nią idę razem z bohaterem. Dwa to jest mistrzem obserwacji; Hugo pisze o ludziach; tych krzywdzonych i tych krzywdzących i wszystko to jest napisane ogromne wiarygodnie bez nutki dydaktyzmu obecnej w polskich powieściach. Jest jednym z niewielu autorów które autentycznie potrafią mnie poruszyć. Czytam w niemym zachwycie.


To na koniec może co pijam, żeby było do kompletu. Mate, dużo i nałogowo. I luzuje się przed świętami. Jakoś to trzeba będzie przeżyć. Tylko bez histerii. Będę pisać więcej mrocznych tekstów jak się zbieszę. A wen dopisuje (-; ale szaaaa.

czwartek, 1 listopada 2007

Dzień Wszystkich Świętach to mnie naszło na rozważania tematyczne. Czyli tak zwana notka okolicznościowa.

Kiedyś Święta tego nie cierpiałam. Było dla mnie nie małym koszmarem łażenie w zimnie i wietrze na cmentarz, stanie chwilę w absolutnie sztucznej i krępującej ciszy ( podczas której każdy myślał jak to go obciera but, zimno mu w nogi, albo coś tam w nagrobka obłazi). A potem do domu. Chyba momentu tak sztucznego i dla wszystkich niezręcznego nie było w całym roku.

Trochę się to zmieniło od kiedy chodzę na cmentarz bez rodziny a z Panem Kocurem. Jesteśmy zazwyczaj tylko chwilkę, zapalamy świeczkę i a ja opowiadam różne wesołe rzeczy z życia danego zmarłego. Co lubił. Co go śmieszyło. Co czytał. Co mi kiedyś fajnego opowiadał. I zero zadumy i patosu. W końcu zmarli których znałam za życia byli wesołymi ludźmi i im by się to spodobało. A jak się żywym ponurakom nie podoba to trudno. Nie ich święto. W ogóle to strasznie mi się podoba meksykańskie świętowanie z jedzeniem, piciem i muzyką na grobach.

Zastanawiam się czemu w ogóle tak koszmarnie to święto przeżywałam dotychczas. Chyba po troszku przez to że jest u nas makabrycznie wielkie tabu śmierci. Rozmawiali ze mną w domu o seksie, antykoncepcji a o umieraniu niet. Jakby nie wypadało. Po pierwsze to obiecuj z Natalisem ( jak się zagada o to albo okazja będzie) o śmierci gadać. Że się składa z duszy i ciała – i jak się ciało zepsuje to dusza idzie do Boga a ciało trza zakopać żeby się nie psuło na oczach.

W ogóle nie wiem czy to do końca zdrowe, ale uważam śmierć za jak najbardziej właściwą i konieczną rzecz. Takie przejście. A że jestem z natury ciekawska i zawsze bardziej byłam wszystkiego ciekwa niż się bałam, to i ta perspektywa mnie nie przeraża. Inna rzecz że tak jak nigdy absolutnie nie zgadzam się na zejście teraz. Oj nie. I to nie z egoizmu, bo myślę, że tam też nie jest źle, ale z powodu tego, że jak rzadko kiedy czuję się tu potrzebna i nie wyobrażam sobie że kto inny był by przy moim małym bububie. Zdecydowanie matki głupieją. Zmienia im się absolutnie cały światopogląd po urodzeniu. Nawet kwestie życia i śmierci rozpatrują w kategorii rodzicielstwa.

Ale zaraz, zaraz, ja tu o śmierci, a miało być o Wszystkich Świętych. Zastanawiałam się dziś czy mam ulubionego świętego. W zasadzie nie mam, ale jest kilku którzy są Bardziejści. To po pierwsze Św. Jan Bosko. Za Afrykę, za otwartość na młodych za wszystko. Czasem łapię za połę Św. Krzysztofa – zwłaszcza jak Kocur gdzieś dalej jedzie. Ale to przyznaję bardzo instrumentalne traktowanie Jego Świętości. Koniecznie Św. Franciszek i Roch za zwierza wszelakie tak przeze mnie kochane. I Augustyna co szalał za młodu a potem rzucił wszystko dla Największej z Miłości. I Św. Mikołaja z łemkowskich kapliczek. Zasadniczo daleko mi do Świętych Uczonych, Papieży i Myślicieli. Kocham za to tych szaleńców pana boga, bez grosza w kieszeni, otwartych na świat i wielkim worem miłości i kijem sękatym na drogę. ( Do podpieranie się ten kij nie do tłucznia współpodróżnych). Ci i wielu wielu innych. W dniu waszego święta życzę wam zatem, tak sztampowo, wszystkiego najlepszego. Ale czego właściwie mogę wam życzyć, skoro już wszystko zdobyliście?

niedziela, 28 października 2007



Żeby nie było że ja zawsze i w każdej postaci nie lubię Rodziny. Oto My. Jako bonus dla tych co tu wpadają.
Wychodzę pomału z choroby. A raczej choroba wychodzi ze mnie. I z przykrością muszę powiedzieć że się skubana nie spieszy. Cera zrobiła mi się tak blada, ze musiałam salwować się kilkoma minutami na solarium, żeby ludzi nie straszyć. Dodatkowo o tygodniu niedomagania rozregulował mi się tryb jedzenia. Byłam chora, nie gotowałam i prawie nie jadłam. Tylko syrop tussipec – jak anorektyczka jakaś. Kiedy w niedziele rano zaczęło mi się kręcić w głowie udałam się po rozum do głowy i do lodówki po cos smacznego. Dość tego biedowania.

Poza tym dbaliśmy w ten weekend z Kocurem Kulturę. Dwa wyjścia do teatru w jeden weekend to nawet jak dla nas sporo. Najpierw było zaproszenie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy na Osobistego Jezusa. Rewelacja! Może nie aż tak dobre jak Otello- nie było tu tej zdumiewającej scenografii – ale grą aktorska nie ustępuje niczym. Każda scena dopracowana, świetnie zagrana. Mocna historia, prosta i bez zbadanego morału. Teatr mocno eksperymentalny, dramatyczny a jednoczesne prosty i bardzo blisko widza. Wielkie barwa i polecam każdemu.

Dziś z kolei byłam na Reportażu o końcu Świata Teatru Wierszalin. Ja kiedyś Wierszalin kochałam: za Prawiek, Dybuka, Głupa. A teraz nie podoba mi sie nic a nic. Nudy, strasznie to to przeintelektualizowane i udziwnione. Teatr jakby w dwóch warstwach: z jednej strony aktorska pantomima a z drugiej opowiadane historii – reportażu. Zupełny brak Postaci jakiegokolwiek indywidualnego aktorstwa. Za mądre dla mnie. Jestem zdecydowanie na nie.

Tekst do ŚKF posłany. Niestety znowu musiałam posłużyć się czymś starszym. Smocze Drzewo nawet pasowało. Jakbym miała powiedzieć jakiej jednej rzeczy mi w życiu brakuje to czasu,a właściwie tyle czasu fizycznego, co wolnego miejsca w głowie i myślach – czasu twórczego – nie zagonionego. Ja chcę pisać. Cholera. Jak to mawia Kocur - skoro to już wiem, a nic z tym nie robie to jest to tylko moja wina. Zatem trzeba będzie coś z tym zrobić.