poniedziałek, 12 lutego 2007

A i jeszcze jedna refleksja. Z innej beczki, więc w nowym temacie.
Ja czuję się częścią Kościoła Rzymskokatolickiego. I powiem, że brakuje mi tego, żeby Kościół miał dużo miejsca w moim życiu. Ale momentami już nie mogę.

Byłą kolęda. Trwała minutę. Nie było nawet modlitwy.
Byłam dziś na mszy. Czytano list biskupów z rysem historycznym polskiej emigracji.

Czy oni nas mają za debili? Czy oni są księżmi za karę? A gdzie tu Duch?
Czasami myślę, że powinnam się czuć obrażona.

Ha, ja wiem że są sensowni i wspaniali księża. Tylko że do mojej parafii, St. Antonio Parisch w Lungi w Sierra Leone mam troszkę daleko.

niedziela, 11 lutego 2007

Jednym z powodów dla których mam bloga na hasło jest to, że nie życzę sobie, żeby czytała go moja funkcjonująca w internecie rodzina. Zresztą myślę, że rodzina też nie chciała by wiedzieć tego co piszę. Bo od ostatnich pięciu lat, moje i tak już nie najlepsze, stosunki z rodzicami cały czas się pogarszają.

Ot, na ten przykład, wczoraj pokłóciłam się z matką. I nie chodzi tu o tak banalną kwestię, że się matka do czegoś wtrąca. Ona nawet stara się być miła, to ja reaguje na nią histerycznie i agresywnie. Nie wiem czemu akurat właśnie po urodzeniu Natalii, otwarło się we mnie całe morze żalów, gniewu i niechęci do niej. Za to jak całe życie wyglądały nasze układy.

Kiedy byłam mała w większość czasu zajmowała się mną babcia i ciotka. I najlepsze jest to, że nigdy za matką nie tęskniłam, raczej się jej bałam i była mi zupełnie obca. Potem wiedziałam, że w jakiś sposób się o mnie stara, martwi się, ale nigdy nie miałyśmy ze sobą nic wspólnego. Nigdy nic razem nie robiłyśmy ( a przepraszam, raz, jak leżałam w szpitalu na wyrostek narysowała mi arbuza), nie rozumiała tego co dla mnie ważne, nie rozmawiałyśmy. Każde wczasy albo wyjazd kończył się awanturą. Nie miałam w niej nigdy wzoru zachowań kobiecych, bo jest osobą antykobiecą, i w jakiś sposób się jej z wyglądu i zachowania wstydziłam.

A przy tym wszystkim w jakiś głupi i nadgorliwy sposób chciała mi dać wszystko. Woziła mnie na korki, dawała wszystko i w jakiś sposób się rzucała. Bo jest osobą o całkowitej nieumiejętności porozumienia i empatii.

Ja nie twierdzę, że miałam jakiś makabrycznie fatalny dom. Mój dom był przede wszystkim nierówny. Czasami było tak, że mi wspaniałych, mądrych i kochających rodziców było można mi pozazdrościć. A czasami były niemal wszystkie mechanizmy patologiczne z alkoholem, przemocą i biciem włącznie. Musiałam się szybko adaptować.

Tylko, że mimo to, nasze stosunki w końcu się jakoś ułożyły. Koło studiów to nawet całkiem poprawnie były. I wszystko zniszczyło się po urodzeniu Natalii. Raz- ona oszalała na punkcie małej, świata poza nią nie widzi. A Dwa – to we mnie otworzyły się jakieś stare rany. Jak czasem już sobie nie radzę z małą – jestem zmęczona i zirytowana to mam taką mantrę „ nie będę jak moja matka, nie będę jak moja matka”. Nie mam do niej żalu za to jaka była, bo nie czułam wobec niej nic. Mam żal za to jaka nie była. I nie pozwolę jej być kimś wiecej niż babcią. Swoją szansę na bycie matką już maiła i nie dała rady.

I nie wiem co z tym zrobić. Pomijając już fakt że na co którejś wizycie udaje jej się mnie czymś sprowokować i dostaje napadu agresji z wyzywaniem od ostatnich i wypominaniem wszystkiego co powyżej. Wczoraj zasugerowała, że jestem przez Kocura nieszczęśliwa skora „taka jestem” i jestem zła matka. I to ma czelność mówić baba, która sama przez 99% życia ma depresję - to się zaczęło.

Ale nie o to chodzi. Z tym sobie dam jakoś radę. Martwię się tylko czy z takimi pokładami złości w sobie i tak marnymi wzorcami relacjo matka-córka, w stanie być dobrą mamą dla Nat.

Ola na swoim blogu napisała kiedś mądrą rzecz. Że w dorosłym życiu nie potrzebujemy już rodziców, ale wspomnień o nic. I trudno się żyje bez tego.

środa, 3 stycznia 2007

Sylwester cudowny. Bardzo zakręcony, polsko-szwedzko-hiszpański. Z lobstreami, krewetkami, białym winem i muzyką. I przefajną atmosferą. Troszkę taki „ą” „ę”, ale i na luzie i z jajem. I dawno mnie taks sztuczne ognie nie cieszyły. Oby to był dobry rok. A Przynajmniej taki jak ten poprzedni. Bo 2006 to był bardzo dobry rok. Taki mój, rok spokoju, czegoś dobrego, porządkowania siebie. Może chwilami wydawał się zbyt jednostajny, ale są też w nim jak rodzynki w cieście, niektóre książki, płyty, wyjazdy i filmy. I teksty własne. I ważne rozmowy. Dlatego żegnamy rok poprzedni z wszystkimi należnymi honorami.

wtorek, 2 stycznia 2007

Końcówka roku byłą jak z koszmaru. Dokładnie jeden dzień – 30 grudnia – kiedy to spadły na mnie jeden po drugim nieszczęśliwe wypadki. Najpierw umówiłam się z Natti do kina, ale nie do końca – bo ja czekałam na potwierdzenie, a Natti miała zadzwonić jak nie będzie mogła iść – i tak za minutę seans się dowiedziałam, że do kina nie idę. Było mi smutno. I głupio wobec Natti. Potem zaświtała nadzieja, że może jednak we wtorek się wybiorę choć by sama na Kopię Mistrza, ale zadzwonił tata i powiedział że wtedy nie ma czasu. Dwa zero.
Potem pojechaliśmy do Ikei po krzesło dla mnie, bo się stare rozwaliło. Nie było tego co chciałam, a to co było to koszmarnie drogie. Kupiliśmy w zamian poduszkę na krzesło w kuchni. Niby wygodna, ale się obeszłam smakiem nowego zakupu. Trzy zero.
Po drodze wpadłam do wypożyczali dvd i mało się z kocurem nie pożarłam na amen o wybór filmu. Się pogodziliśmy, ale jakoś tak było...Cztery zero.
Wróciłam do domu i stwierdziłam, że ukradziono mi komórkę. Nowiutką, miesiąc ja miałam. W dodatku na abonament. Oczywiście od razu zablokowałam, ale i tak szkoda. Zwłaszcza, ze nowej nie ma za co kupić. Pięć zero.
A na koniec zajrzałam na forum i zobaczyłam jak się sprawy mają. Normalnie bym się tylko uśmiechnęła, ale w moim stanie ducha spłynęłam pod dywan. Sześć zero. Nokaut.

Anisko potem leżało i myślało. Jakie to życie paskudne. Aż sobie spojrzało na Kocura, małego Natlisa, samą siebie w lustrze i pomyślało sobie, że jest bardzo szczęśliwym Aniskiem. I niezależnie od wszystkiego, to życie mogło dokopać o wiele bardziej, a tak, mimo, że trochę jestem zmechacona, mam to co najważniejsze. I że w sumie jest mi dobrze. Bardzo bardzo dobrze. I pomimo wszystkich nieszczęść poczułam się tamtego dnia absolutnie szczęśliwa.

A na sam koniec dnia obejrzeliśmy V jak Vendetta. I do teraz nie mogę się otrząsnąć. Ja cholera uwielbiam mrocznych, cierpiących, inteligentnych i złych sukinsynów w maskach. A przy lubiących Dumasa i słuchających muzyki klasycznej to już odlatuję. Fetysz jakiś czy co? Film serdecznie wszystkim polecam. A jak jakieś niewiasty będą miały po nim nastrój erotycznej egzaltacji to tu jest odtrutka; http://www.youtube.com/watch?v=V9rzMaAucI4

niedziela, 24 grudnia 2006

Wigilia. Chyba mój najbardziej nie lubiany dzień roku. Szlag mnie zaczyna trafiać już na jakieś trzy tygodnie przed nim. Po pierwsze chordy mikołajów i histeria zakupów. Kiczowate dekoracje i natrętne promocje. Obłęd. Potem dochodzi histeria rodziny „A co kupić na prezenty? A co zrobić do żarcia?” Nie ma tak fajnie, żebyśmy mogli z kocurem mieć Święta razem. Za dobrze by było, niemożliwie i już. Spęczamy więc z całą zgrają mojej; moi rodzice, ciotka, teściowe i siostra męża ( którą akurat nawet lubię). Zasadniczo już jakiś tydzień przed świętami chodzę podminowana, na przemian smutna i zła. W zeszłym roku pisałam w tym czasie Ćmę – kto czytał ten zna moje nastroje. A czemu to mnie tak wkurzają?
Po pierwsze to nie bardzo się dogaduję ze swoją rodziną i teściem. ( Eufemizm taki w zasadzie to się w ogóle nie dogaduję). I raz w roku muszę z nimi ( wszystkimi na raz!) siadać razem i udawać jak jest fajnie. I nie mam słodkiej alternatywy, że jak coś, to się pożrę, trzasnę drzwiami i wyjdę. No, no, jak to – toć wigilia.
Dwa, prezenty. Chyba najbardziej nie lubiana część świąt. Trzeba ( podkreślam trzeba a nie można) je wymyślać i za nimi latać. A i tak najczęściej nie trafiają. W tym roku obarczono mnie wybraniem ( ba nawet i kupieniem) prezentu dla siebie. Bo by nie mamy czasu. A jak mówię ze nic nie chce, że sobie po świętach kupię, to nie, bo tradycja i prezenty muszą być.
Trzy, wymiar religijny. To nie jest pieprzona gwiazdka. To jest Boże Narodzenie. I jak siadam do stołu z osobami, które w większości nie wierzą, to ja się pytam po co. Na pamiątkę czego? Ostatnio za granicą grzmiano, że powinno się zlikwidować religijny charakter świąt. To ja powiem, przewrotnie ( mam nadzieję, że nikogo z czytelników za bardzo nie obrażę), że nie mnie drażni jak osoby dla których to święto nie ma wymiaru religijnego je świętują. To może zaczniemy od przyszłego roku ramadan, co? A najgorsze to, że przez te całe przepychanki i awantury sama mam nieuporządkowane stosunki z Górą. Jeżeli w jakąś części roku jestem najdalej od Boga to w Święta. Bo przeważnie jestem zła i zmierzła.
Cztery. Karpie. Ja ryby jem, ale tego co się wyprawia z tymi stworzeniami w imię tradycji to pojąć nie mogę. I robi mi się niedobrze, bo oczywiście u moich rodziców karp musi być „tradycyjny”

Z tego wszystkiego rozpaczliwie w jakiś sposób tęsknie za miłymi rzeczami na święta. Po pierwsze to mamy z kocurem „glejt na choinkę” – czyli układ, że cała jazda i perturbacje związane ze świętami nie dotyczą choinki. Ubieramy nasza z przyjemnością i wkładamy w to całkiem sporo serca. Dwa lubię robić uszka. Trzy dostawać życzenia – Nawe te p[rzez gg i hurtowo wysyłane maile. Niby nic ale troszkę cieszy.

Zatem kończąc temat Świąt: Życzę wam spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. I żebyście się wzajemnie kochali i byli blisko. Mry. I pomyziajcie koty na Święta.

A z inszych newsów ze świata labrujów to
- kończę pisać pojedynek i nawet to jakoś idzie, acz pewnie będę musiała Sem prosić o dwa dni więcej
- byłam na spotkaniu ŚKF-u ( Śląskiego Klubu Fantastyki) sekcji pisaniowej io strasznie mi się podobało. Pewnikiem będę się tam pojawiać co miesiąc pisząc tekty do pastwienia się.
- dzisiaj znowu mnie dorwała tęsknota Afrykańska. Nie lubię zimy. A pewne rzeczy w duszy siedzą. Kocham Natalia i cieszę się, że jest, ale jakby go nie było….to by mnie tu gdzie jestem pewnie też.
- strasznie żałuję, że mnie nie było na wigilii Tn-owej. Ale bywa konieczność wyższa. Nie wiem czy tam w Wawie to czuli, ale intensywnie o nich myślałam

To tyle. Jutro wigilia. Łatwo nie będzie, więc trzymajcie kciuki. Mry.


ps. a po świętach zrobię sobie prezent. Zabiorę się wreszcie za nowy szblon na bloga. A co.

środa, 13 grudnia 2006

Chodzi za mną cały dzień. Niejaka Natti powinna wiedzieć czemu.

Oh why was I born with a different face
Why was I not born like the rest of my race
When I look each one starts
When I speak, I offend
Then I'm silent and passive and lose every friend

Improvement makes straight roads
But the crooked roads without improvement
Are roads of genius

Poza tym Czytam:
Arturo Perez Reverte, A w Madrycie nadal znakomicie
Leonie Swann, Sprawiedliwość Owiec

Słucham:
Nic nie słucham, bo jestem zła na muzykę. Dziś we Wrocławiu koncert Habakuka wykonującego Kaczmarskiego a mnie tam nie ma. Bu.

środa, 6 grudnia 2006

Czy pani wierzy w Mikołaja?

I tu następuje jedyna słuszna odpowiedz: tak wierzę.

A ja kurna nie wierzę. Wierzę w Świętego i żal mi go jak jest profanowany. I nie tylko chodzi mi o te stada obleśnych dziadów w czerwonych płaszczach i seksi laseczek z czerwonymi biustonoszami. Chodzi mi o to, że zrobili z Mikołaja patrona Komercji. Ha, to dziś najważniejsze święto. Dzieciom się Należy prezent. I słyszę cięgle w głowie, daj, kup, daj, kup. A nie pomyślał, ktoś że to święto Dawania Komuś? Dawania, ale nie takich wymuszonych i nietrafionych prezentów, ale czegoś co komuś z otoczenia może być potrzebne? Może komuś wcale nie bliskiemu, komu nie musimy dawać, brakuje czegoś materialnego? Albo komuś brakuje czegoś zwykłego, rozmowy, ciepła? Wiem, że będę ostrożna z uczeniem Natalia Mikołajek. Że chciałabym jej pokazać przygodę z Dawaniem i co poprzedza danie, rozejrzenie się komu czego naprawdę brakuje. A nie odbieranie należnych giftów jak zasiłku z mopsu. Bo tak, bo się należy. Mikołaj w końcu kurna jest.

Dlatego nie wierzę w Mikołaja co daje Prezenty. Nie wierzę w mikołajki i szczerze nie cierpię tego święta. A temu prawdziwemu Świętemu w dniu jego imienin życzę cierpliwości. I proszę go ładnie, żeby mimo wszystko nie rzucił tego w cholerę i nie przestał nam Dawać –Wzajemnej Miłości.

PS. Dziś nikomu niczego nie dałam. Wydaje mi się że zazwyczaj umiem się dzielić tym co ważne a dziś ochoty nie miałam. Zjechałam tylko z błotem Młodego Głupiego Azula. Może coś w nim zostanie z tego co mówiłam, acz miłe to nie było.