piątek, 9 listopada 2012

Rodzinnie, studencko i politycznie


Zacznę od najfajniejszego. Natalis ostatnio zamiast rysować woli pisać. Zamiast obrazku rodziny, napisała wypracowanie moja rodzina. Daję zdjęcie i tekst.

Moja mama Ania jest przeze mnie nazywana mimisiem. Jest dla mnie naj naj naj fajniejszym miminsiem kosmosu chociaż czasem krzyczy. Mamy ze sobą dobre układy. A za to mój tata ma na imię Przemek. Przez moją mamę jest nazywany kotem. A moja mama przez niego nazywana wombatem. Mój tata jest bardzo ale to bardzo mądry. I też mamy dobre układy. Za to mój brat Mikołaj ma półtora roku. Jest mały słodki miły często się uśmiecha. A ja mam na imię Natalka a na drugie Dorota. Jestem dość wysoka i mam ciemne włosy i oczy. I jestem dosyć mądra. Chodzę do drugiej klasy szkoły podstawowej. I moja najniższa ocena to trója, a najwyższa to szóstka.

Ha, wzruszyłam się (-;

A poza tym studiuję na Kwalifikacyjnych Podyplomowych studiach pedagogicznych. Studia są typowe „ dla papierka” ale o dziwo, są na nich bardzo fajni ludzi, którzy robią w życiu ciekawe rzeczy a zajęcia są lepsze niż się spodziewałam. Poza zajęciami z psychologii, które prowadzi pani pielęgniarska to rzekłaby, że jest lepiej niż na UŚ'u. Teraz od grudnia czekają mnie praktyki w gimnazjum i mam nadzieję, że nie zostanę zeżarta żywcem przez młodzież. Robię na nie referaty i ogólnie się aktywizuję.


No dobra. Teraz zaczynam z grubszej tematyki - politycznej - bo mnie Wybiórcza z samego poranka kilka dni temu mnie potężnie zirytowała. Lewicowa prasa jest czasem lepsza niż kawa. Podnosi ciśnienie. Tylko jako skutek uboczny generuje wkurzenie na świat. Kto nie chce może zakończyć tu czytanie. Zresztą mam glejt na marudzenie od przyjaciółki, której serce jest bardzo po lewej stronie (-;

Wybiórcza przez kolejny dzień, kolejnym artykułem, udowadniana, że winę za sprawę morderczyni z Hipolitowa ponoszą ( w kolejności dowolnej); sąsiedzi, opieka społeczna, ksiądz, złe patriarchalne społeczeństwo, to, że kobieta nie miała wykształcenia i nie należała do zaszczytnego grona Młodych Wykształconych z Wielkich Ośrodków Miejskich. Wszyscy są winni, tylko nie sama pani, która owe niemowlęta zabijała. Czekam jutro na artykuł, że to ja czyli wombat jestem winna.

A na mój prosty rozum, albo ktoś jest ubezwłasnowolniony i odpowiedzialność za niego ktoś ponosi, albo nie i wtedy jego działania podlegają ocenie. Pani mogła dzieci zostawić w szpitalu. Mogła pojechać do przychodni po środki antykoncepcyjne, mogła próbować dzieci wychować, mogła w jakiś inny sposób poprosić o pomóc. Nie zrobiła tego. Nie raz pod wpływem szoku, ale zrobiła z zabijania swoich dzieci metodę na życie. I jest to jej wina. Nie społeczeństwa. Fakt otoczenie powinno było zobaczyć co się dzieje, i zamknąć ją dużo wcześniej, ale rozmywanie odpowiedzialność i robienie z kata ofiary strasznie mnie wkurza.

Wykształcenie, o którym z lubością pisze pani z artykułu, nie ma tu nic do rzeczy. Co miała zostać kolejnym socjologiem, czy może politologiem? Są i zawsze będą osoby które z jakiś powodów nie chcą, lub nie mogą mieć jakiegoś wielkiego wykształcenia. Ludzie którzy sortują śmieci, zamiatają, hodują prosiaki, uprawiają ziemię, albo siedzą na wsi i wychowują dzieci. I są tak samo ( albo i bardziej ) godni szacunku i potrzebni społecznie. Znam kilka kobiet które z podstawowym wykształceniem mieszka po zapadłych wsiach i wychowuje dzieci. I w ich domach biednie, ale ciepło. Pogarda która bije z artykułu do „ patriarchalnej, głupiej i zacofanej Polskiej wsi” jest przerażająca. Na wsiach żyją osoby tez osoby biedne, mniej wykształcone, ale często tworzą zżyte i ciepłe rodziny, w których więzy są niejednokrotnie mocniejsze niż w naszych. Trochę szacunku. Może sobie Młodzi Wykształceni przypomną jak być może żyły ich babcie i prababcie. I jakoś dzieci w beczce nie były normą. Nie twierdzę, że na wsi zawsze jest super. Bywa ciężko i trudno, bywa alkohol i brak perspektyw, ale to nie jest usprawiedliwienie do takiej zbrodni.

Piszą się, ze pani nie miała pomocy ze strony społeczeństwa, wykształcenia, postępowych pogadanek o antykoncepcji, a nikt nie wspomniał, że brakowało jej choćby szczątkowego kręgosłupa moralnego. Ale to by było takie niepostępowe. Tak jak niepostępowy jest mój brak empatii wobec morderczyni. Nie pochylam się nad jej trudnym zapewne dzieciństwem, tak jak mam gdzieś, to że sprawca jakiekolwiek przemocy miał do szkoły pod górkę. Jak ktoś daje dzieci do beczki czy stawu, albo bije żonę i dzieci jest winien. I kropka. I nie ma co tłumaczyć tego niezaradnością życiową - dzieci niezadarnionej matki chodzą niedojedzone, brudne i niedopilnowane. Ta pani jest psychopatką. I ani ja, ani społeczeństwo nie ma tu nic do tego. Usprawiedliwiać ją to jak usprawiedliwiać Breivika.
Tyle, wygadałam się. Wkurzenie przelane na plik.

PS. Dla zainteresowanych. Nie wiem kiedy premiera Śmierciowiska. Empik podaje że w sprzedaży od 20 listopada.

wtorek, 23 października 2012

Już poszło do składu. Teraz drukarnia.

 Blurby na okładkę

"Już niewielu spośród mieszkańców zagubionej wśród nieprzebranych lasów osady Bukowsko pamięta tragiczną w skutkach Epidemię sprzed dziesięcioleci. Życie bez pośpiechu toczy się nowymi torami, a ludziom udało się jakoś przystosować do surowych warunków. Jednak ich spokój w pewnym momencie zostaje zakłócony przez niepokojące zdarzenia zachodzące w pobliżu wioski. Niebezpieczeństwo czai się wśród drzew i z każdym dniem nabiera coraz bardziej realnych kształtów. Główna bohaterka, Dorota, rozumie, że splot okoliczności może dotyczyć jej w większym stopniu niż innych, więc postanawia działać. Wtedy zagrożenie się materializuje i... nie zdradzę więcej, by nie psuć przyjemności płynącej z lektury. (...)
„Śmierciowisko" to książka dla czytelników w każdym wieku, która dostarczy pozytywnych wrażeń nie tylko zdeklarowanym miłośnikom literatury fantastycznej."

Stefan Darda
pisarz


„Najlepsze są książki z pogranicza, które trudno przypisać do konkretnego gatunku – zawsze tak twierdziłam, a „Śmierciowisko” Anny Głomb jest tego doskonałym dowodem. Ta książka przyprawia o ciarki jak rasowa groza i wciąga niczym solidny kryminał. (...) Wygląda więc na to, że debiutującej autorce udała się rzecz niezwykła – stworzyła książkę doskonale „rozrywkową”, od której nie sposób się oderwać, a przy tym inteligentną, wymykającą się schematom i przede wszystkim świetnie napisaną. Polecam każdemu, kto ceni sobie dobrą, niebanalną literaturę."
Anna Kańtoch
pisarka


"Dałem się zwieść. Klimatyczne, malownicze opisy uśpiły mą czujność, pozornie utarta ścieżka dała mi pewność, że wiem, dokąd ta książka zmierza. Jednak potem miejsca przestały być tak znajome... a wtedy zrobiło się naprawdę fascynująco. Bardzo dobry debiut! Polecam!"

Jakub Ćwiek
pisarz„



A od niedzieli rano jestem studentką. Znowu. 

poniedziałek, 22 października 2012

A TY? Byłes już na jesiennym spacerze?







piątek, 12 października 2012

Filmowo, książkowo, październikowo.


Jesień wita mnie chłodem. Wyjęłam z szafy swoje i młodych zimowe kurtki. Jest lepiej, ale świadomość, że będzie zimnej jest mało pocieszająca. Lubiłabym jesień gdyby nie świadomość nadchodzącej zimy.

Śmierciowisko jest już po redakcji i korekcie poszła do składu. Nie wiem czy się cieszyć czy bać. Chyba wybieram to drugie.

Zapisałam się na studia kwalifikacyjne pedagogiczne, ale zajęcia się jeszcze nie zaczęły. I mam czas na różne rzeczy na przykład na zrobienie tortu urodzinowego dla Natalisa. Ze względu na wysokie zpoteryzowanie córki miał być z sową. Troszkę za mało kremu wyszło, ale ogólnie nawet był smaczny. Wyglądał o tak: 

 

Poza tym czytam, oglądam i dziwię się światu.

Dziwię się na przykład czemu takie gnioty jak Jestem Bogiem mają nachalna promocję. Nie, nie wiedziałam. Widziałam trailer i mi wystarczy. Wynurzenia egzystencjalne dresów mnie bawią. A promocja jest tak nachalna że boję się otworzyć lodówki, żeby nie zobaczyć Paktofoniki. "Jeszcze oszaleją wszystkie pizdy Gdy poznają mój urok osobisty. Duszę artysty" Jakoś ta wielkość do mnie nie przemawia.

Co gorsza film grają wszędzie i cały czas i kiedy chce iść na jakiś film jest on wyświetlany w czwartek 20:45. Ale udało się. Mimo morderczej pory poszłam na Wiedźmę Wojny. Film dostaje 10/10. W sumie po przeczytaniu iluś-tam recenzji wiedziałam czego się spodziewać ale i tak wgniotło mnie w fotel. ( Swoją drogą dobra recenzja tu http://www.rp.pl/artykul/935372.html )

Wietnamski reżyser robi film o wojnie domowej w Kongu. Choćby ze względu na to chciałam to zobaczyć. Co, Azjata, z kraju, który było przeorany jedną z gorszych wojen partyzanckich w lesie ma do powiedzenia o takiej wojnie. A właściwie nie o wojnie, bo nie jest to film wojenny, ale raczej historia jednej dziewczyny. Porwana w wieku dwunastu lat Komora musi zabić rodziców i a potem jest wcielona w siły rebeliantów. Nie będę streszczenia fabuły, bo może ktoś się wybierze. Powiem tylko, że doskonały dziwny malarski film. Momentami przejmująco smutny, momentami ciepły. Chwilami bardzo realistyczny, chwilami na granicy snu i halucynacji. Ma w sobie coś z Czasu Apokalipsy i z Czasu Cyganów. I zupełnie niesamowita gra aktorska szczególnie głównej bohaterki. 

 

Poza tym: czytam. Skończyłam Liczby Charona Krajewskiego - tak wstydzę się. Wiem, że to jest zła literatura, powtarzalna, groteskowa, komiksowa. Ale co poradzę, że wracam do Krajewskiego. Nie wiem czy mnie bardziej wciąga czy bawi.

A teraz regeneruję musk Filipem Springerem i Miedzianką - HistoriąZnikania. Bardzo dziwna książka. Reportaż, nie reportaż, historia miejsca, którego już nie ma, na granicy starannie zebranych faktów historycznych i literackiej fikcji. Zbiór impresji, ludzkich losów pokręconych przez historię, bez wyraźnej fabuły, a jednak wciąga jak kryminał.

A i był cudowny koncert Dikandy w Chorzowie. Oni są niesamowici. Chyba jeden z najlepszych obecnie grających zespołów. Mogłabym zostać ich etatową groupie.

No i w tym wszystkim, miedzy gotowaniem, odkurzaniem, czytaniem, odprowadzaniem, piciem setnej zielonej herbaty próbuję pisać. Już mam prawie całą fabułę na Coś Nowego. Tylko nie mam czasu tego poskładać, przeczytać jeszcze raz i zacząć. A już mnie wyrywa.

A w międzyczasie się doczekałam. Córka pisze. Dostała wymarzonego konika Sparkle. Zauważałam, że długo coś notuje w kajecie patrząc na tegoż konia. Pytam się co piszesz.
- Piszę książkę. „ O księżniczce Sparkle i jej wojnie z królem Czarnych Pegazów'
Ómarłam. Za dużo epickiej literatury + pisząca matka = efekt jak widać. Podobno ma już wydawcę. Wydawnictwo „ Małe Zwierzątka” jest zainteresowane.
Aaaa Czarne pegazy to kuzyni Nazguli ale sto razy gorsi, ale ona wygrała bo raziła ich tęczą z rogu.

środa, 26 września 2012

Co z tą szkołą?


Halo, czy są na blogu nauczyciele? Albo uczniowie? Albo rodzice? Bo mnie zastanawia jedna rzecz. Przez ponad rok mam okazję obserwować córkę w jednej ze zwykłych podstawówek. Żadne tam szkoły społeczne i elyty. Duży odsetek Romów. I co? Bardzo dobrze nauczyciele, fajne mądre dzieciaki, dobry program nauczania, ciekawe podręczniki. Córka chodzi chętnie do szkoły, ma koleżanki, odrabia dużo zadań, pod koniec pierwszej klasy pisali już dyktanda. Szkoła jest czyta, bezpieczna i przyjazna.

Tylko, że słyszy się potem o horrorze głupoli z gimnazjum, którzy rzucają w nauczycielami koszem na śmieci, albo o filmikach matura to bzdura. Gdzie się dzieje coś nie tak? Gdzie jest to pękniecie? Punkt startowy jest bardzo dobry. Co się potem psuje. A może się nie psuje, tylko media pokazują ten obraz w krzywym zwierciadle?

Osobiście jestem zdania że szkołą ma uczyć, a rodzina wychowywać. Jestem zwolenniczką przedmiotów takich jak polski, historia, matematyka, geografia, a nie przysposobienia do życia w rodzinie, w społeczeństwie, wychowanie obywatelskie, etyka, religia czy nie daj Boże jak w przeczytałam ostatnio we francuskich szkołach, nauka o tym jak być szczęśliwym i dobrym. Na szczecie an początku nie epatuje nikt mojej siedmiolatki podobnymi bzdetami i naukę światopoglądu pozostawia rodzinie. ale co będzie dalej?

Nie wiem. Chociaż szczególnie się nie boję, bo przez ostatni rok bombardowali mnie informacjami jak to szkołą i program jest nieprzygotowana na przyjęcie sześciolatków. Cóż, może szatani nie jest wymalowana w misie i smerfy, ale chyba nie o to chodzi.

poniedziałek, 24 września 2012


Zdjęcie; Wombaty szukają jesieni.
A tymczasem po raz setny, tysięczny przerabiam fabułę. Wygląda już jakbym z gorsetu zrobiła frak, potem kostium kąpielowy, potem suknię ślubną. Problem ze mną jest taki, że lubię pisać. I skrobię kiedy mam zarys fabuły. A potem zostają w nim dziury i luki logiczne wielkości naszego kota.

Z cytatów na dziś
"Natchnienie przychodzi, kiedy człowiek przyklei łokcie do biurka, tyłek do krzesła i zacznie się pocić. Wybierz jakiś temat, jakąś ideę i zacznij wyżymać mózg, aż cię rozboli. Na tym polega natchnienie." Ktoś poznaje z czego to?

czwartek, 6 września 2012

Impresje jesionno codzinne


Nic nie piszę, bo albo jestem zajęta codziennym krzątactwem powszednim, wielkim ogarnianiem świata, albo ogarnęłam i stojąc na szczycie tego domowego rozgardiaszu stwierdzam, że to o czym chciałam pisać tak naprawdę nie ma znaczenia. A teraz próbuję zebrać to o kolei.

Flamberg minął dość fajnie. Przeszkadzało trochę, że nie grałam w grze głównej i nie piję, a w sumie jest to impreza, gdzie robi się najczęściej obie te rzeczy. Ale było dość fajnie. Wnioski są dwa, że jeżdżą tam naprawdę fajni ludzie, ale ja ostano trochę wydziczałam.

Potem tydzień siedziałam w Jaworniku. I pewne dobre rzeczy się nie zmieniają. Jawornik przypomina mi hobbickie Shire. Jest zielono, spokojnie, czas toczy się wokół pysznych posiłków, rozmów, małych przyjemności, doglądania stada małych hobbiciat biegających boso po trawie. Przejrzałyśmy przy okazji zdjęcia z poprzednich lat jak się owe młode zmieniały. O to kilka zdjęć z lat 2007-2012. I dziękuje Natti. Za Shire. Gandalf miał rację; w Hobbitach tkwi wielka siła.


2007...


2008...

2009...


2010...


2011...Już w większym składzie 


2012 





A teraz nadchodzi jesień. Ogarniam grafik Natalki ( szkoła, szkoła muzyczna, basen, komunia, angielki, AGHHHHH ) ale chyba uda nam się wszystko poupinać. Po kilku wydarzeniach wakacyjnych dojrzałam do nie kontaktowania się z rodziną. Nic dobrego z tego nie wynika. Jestem już zmęczona tym schematem; najpierw pojednawczy telefon jakby nigdy nic, a potem niespodziewanie agresja. Oni nie akceptują mnie, ja ich. Ojciec przyjął ulubioną strategie najpierw nie zauważania problemu ( „ no przeca się kochacie dziewczyny”) a potem zrywania kontaktów i chowania głowy w piasek, kiedy problemy urosły do rozmiarów smoka walijskiego. Jego prawo. Jest dorosły. A mnie pozostaje się z tym pogodzić i nie być zmuszona słuchać od sześcioletniej córki pytań w rodzaju „ Babcia pyta czemu jej nie kochasz”. Te relacje utrzymywane ze względy na młode przypominają tkwienie w toksycznym związku „ dla dobra dzieci”. Mogłabym coś naprawiać, chociaż nie wiem czy wierzę że to mogłoby się udać, ale w tej formie mam już dość.

I może właśnie przez te relacje tak mnie ruszyła Meridia. Niestety jak każdy film Disneya pełny uproszeń, wywrotek, głupich gagów, to jednak ma coś w sobie. Film o relacjach matka - córka, pierwszy film dla dzieci, w którym jest pokazana wprost ta złość jaką dziecko może czuć do rodzica. Tylko ciśnie mi się gorzka refleksja, że po pewnym czasie nie da się już odwrócić zaklęcia, a zamiana w niedźwiedzia nie wystarczy do poprawy komunikacji.

Moje wydawnictwo dalej żyje. Nawet mam już umowę i kazali mi napisać, kilka słów do broszury reklamowej. I mam okładkę (-; Jest rewelacyjna, nie? Dawno temu marzyłam, że napiszę coś, nawet nie zależało mi tyle na wydaniu co na tym, żeby obraz do tego zrobiła Agnieszka. Że w jakiś sposób uda nam się zrobić coś razem. I tak się stało (-; Podobno w księgarniach ma być jeszcze w tym roku, ale znając tempo wydawcy to kto go tam wie. Na razie postępuje korekta. A okładka wygląda tak.

Poza tym w domu pachnie śliwkami. W garnku smaży się kilka kilogramów pigwideł, a papryka już odpoczywa w słoikach. Zabieram się pomału za poszukiwanie pracy w szkołach, ale oprócz niżu demograficznego i opinii o powszechności znajomości, muszę zmierzyć się z edukacyjnym paragrafem 22. Żeby pracować w szkole muszę mieć kwalifikacje pedagogiczne - a żeby ej zdobić muszę pracować w szkole. Podobno mogę być za zgodą kuratorium zatrudniona na rok bez kwalifikacje i odbywać kurs. Ale dyrektorzy uważają co innego. Zobaczymy. Za kilak tygodni zacznę rozgościć CV wszędzie gdzie się da w nadziei, że do przyszłego września coś się znajdzie.

A muzycznie chodzi za mną soudtracki z Podniebnej Poczty Kiki. Który razem z murzynkiem śliwkowym ( przepis mam nadzieję niedługo jak wyjmę z piekarnika) już wkrótce. A teraz chcę spacerować po kostki w jesiennych liściach, chce grać w WH 40000 i pisać, pisać, pisać....



Miłej jesieni.