Tak, tak. Wolimy noc kupały.
Ale znalezienie rano na biurku sernikowej sercowej walentynki od pana Kota - Bezcenne.
Najlepszego. Bo każdy powód i święto jest dobre, żeby kochać się mocniej.
No i naprawili nam piece i ciepło jest.
wtorek, 14 lutego 2012
niedziela, 5 lutego 2012
Jakie ono, do cholery?
Ojojoj. Czego to się człowiek nie dowie przeglądając sieć.
„Wcześniej – w marcu – feministki z Porozumienia Kobiet 8 Marca zorganizowały w Zachęcie warsztaty genderowe dla dzieci w wieku od czterech do sześciu lat pod hasłem „Zaprzyjaźniłam/em się z Ono”. Maluchy dowiedziały się na nich, że skoro ich ukochany pluszak jest bezpłciowy, to płeć nie ma znaczenia.”
To może by feministki posłuchały maluchów i dowiedziały się, że ukochany pluszak płeć ma. Ja starłam się nie szufladkować Natalii w żadnej z ról. Nie popierałam różu ani lalek. Ale od kiedy Nat skończyła lat 3 i odkryła, fakt, że jest dziewczynką, to fakt ten stanowi jedną z podstaw jej tożsamości.
Każdy pluszak, nawet wyobrażone zwierzęta, mają płeć. Każda istota w świecie dziecka jest przypisana do świata chłopców lub dziewczynek. To wynika naturalnie z dziecka. Cały ten róż, suknie „aż do nóg” i brokaty służą jeszcze mocniejszemu podkreśleniu dumy z tej tożsamości. Jestem dziewczynką! W świecie dziecka nic nie jest bezpłciowe, a płeć ma znaczenie. Kolor skóry, język, ani wyznanie - nie. Ale na tym obrazku z Afryki jest DZIEWCZYNKA. Nie ważne że czarna - naturalny podział jest na linii płci.
A potem musiałam walczyć z Nat, że mogę nakarmić jej brata różową łyżką ( bo akurat była pod ręką, a jak tłumaczyła córka to jest chłopak i różową łyżką jeść nie może).
Czytając o takich warsztatach, podobnie jak o publikacjach Czarnej Owcy, mam wrażenie, że komuś rozum odjęło. Jak kto ktoś słusznie powiedział, że gender staje się nową pseudo nauką jak przed wojną eugenika. Oby z nie tak opłakanymi efektami. Chociaż czytając o rodzicach co wychowują dziecko nie informując świata o jego płci to nie jestem tego taka pewna.
„Wcześniej – w marcu – feministki z Porozumienia Kobiet 8 Marca zorganizowały w Zachęcie warsztaty genderowe dla dzieci w wieku od czterech do sześciu lat pod hasłem „Zaprzyjaźniłam/em się z Ono”. Maluchy dowiedziały się na nich, że skoro ich ukochany pluszak jest bezpłciowy, to płeć nie ma znaczenia.”
To może by feministki posłuchały maluchów i dowiedziały się, że ukochany pluszak płeć ma. Ja starłam się nie szufladkować Natalii w żadnej z ról. Nie popierałam różu ani lalek. Ale od kiedy Nat skończyła lat 3 i odkryła, fakt, że jest dziewczynką, to fakt ten stanowi jedną z podstaw jej tożsamości.
Każdy pluszak, nawet wyobrażone zwierzęta, mają płeć. Każda istota w świecie dziecka jest przypisana do świata chłopców lub dziewczynek. To wynika naturalnie z dziecka. Cały ten róż, suknie „aż do nóg” i brokaty służą jeszcze mocniejszemu podkreśleniu dumy z tej tożsamości. Jestem dziewczynką! W świecie dziecka nic nie jest bezpłciowe, a płeć ma znaczenie. Kolor skóry, język, ani wyznanie - nie. Ale na tym obrazku z Afryki jest DZIEWCZYNKA. Nie ważne że czarna - naturalny podział jest na linii płci.
A potem musiałam walczyć z Nat, że mogę nakarmić jej brata różową łyżką ( bo akurat była pod ręką, a jak tłumaczyła córka to jest chłopak i różową łyżką jeść nie może).
Czytając o takich warsztatach, podobnie jak o publikacjach Czarnej Owcy, mam wrażenie, że komuś rozum odjęło. Jak kto ktoś słusznie powiedział, że gender staje się nową pseudo nauką jak przed wojną eugenika. Oby z nie tak opłakanymi efektami. Chociaż czytając o rodzicach co wychowują dziecko nie informując świata o jego płci to nie jestem tego taka pewna.
środa, 1 lutego 2012
Między kartkami

Zimno, nieprzyjemnie, więc siedzę pod kocem i czytam.
Czy wyobrażanie sobie pomieszanie klimatu współczesnej Moskwy i mitologi Majów? Ja niekoniecznie. Dodatkowo opis na tyle okładki zapowiada rosyjskiego Kinga i Kod Leonarda. Bardzo niedobrze. Gdyby nie nazwisko Dymitra Glukhovskiego to bym odłożyła bardzo szybko.
Jak się okazało porównania nietrafione bo książka rewelacyjna. Tak jak w Metrze właściwie przez 400 stron nic się nie dzieje. Jeden bohater, tłumacz, ktoś zleca mu tłumaczenie z języka hiszpańskiego, a potem dzieją się rzeczy na pograniczy snu, horroru i jakiejś dziwnej intrygi. Wyczystko jest hipnotyczne, oniryczne i duszne, a od książki nie można się oderwać. Pod koniec byłam pewna obaw, że kiedy nastąpi finał, potwór wyjdzie, to okaże się, że albo nie ma w nim nic nadprzyrodzonego...albo wszystko sprowadza się do idiotycznych zombie. Nic podobnego. Zakończenie jest...zaskakujące. Ociera się o sen z solidną podbudowa filozoficzną na temat tego czym jest życie i stwórca.
I czytając czas Zmierzchu zrozumiałam czemu tak strasznie lubiłam grac w Cthulu. Tutaj nie ma żadnych wprost nawiązań do mitologi Lovecrafta, ale jest wszystko co w jego książkach najbardziej lubię. Coś absolutnie niepojętego i przerażającego. Coś zakurzonego, żółtego i dusznego. Nie muszą pojawić się wcale Lovecraftowskie macki, żeby uzyskać ten sam klimat. Niesamowite.
Ale cokolwiek by mówić o dusznym klimacie Glukhovskiego to jest książka lekka. Dobrze się ją czyta, a koniec końców, mimo dusznej atmosfery wiadomo, że wszystko wydarzyło się tylko na kartkach książki. Zupełnie inaczej jest w przypadku Sezonu Maczet Jeana Hatzfelda. Też czyta się jednym tchem, ale wiemy że wszystko wydarzyło się naprawdę. Kiedy czytałam Heban Kapuścińskiego miałam wrażenie, że czytam doskonale napisaną opowiesz o Afryce. Plastyczną, wciągająca, ale z perspektywy reportera. Jean Hatzfeld zabiera nas w podróż w głowy ofiar i katów.

Samego komentarza jest stosunkowo niewiele, wszystkie trzy książki stanową niesamowite wywiady ze zwyczajnymi ludźmi, którzy z urodzenia i przypadku stali się krwawymi oprawcami lub zwierzyną łowną.
Trzecia część trylogii o ludobójstwie w Rwandzie, tym razem z perspektywy katów. Nie potrafię rozdzielić poszczególnych Sezonu Maczet od Nagości Życia i Strategii Antylop. To jest ta sama historia, dopełnienie. Zbrodnia widziana oczami oprawców, którzy koniec końców ciągle nic nie rozumieją. W Rwandzie konieczne jest pojednanie, żeby kraj mógł funkcjonować, bo niemal wszyscy jego obywatele, albo przeżyli koszmar ludobójstwa i stracili rodziny, albo mają krew na rękach. Dlatego mówi się o tym co było, powstają programy pojednania, ogłaszają amnestię. Ale to przebaczenie nie jest możliwe, bo mordercy nie są w stanie pojąć tego co się stało. Uważają, że teraz powinno się zachowywać jakby się nic nie stało, ale przecież to musiało tak być, taka była robota do wykonania, wszyscy ścinaliśmy, piliśmy i rabowaliśmy. I gdzieś w tle jakby niedopowiedziane, że to w sumie były dobre czasy.
Zawsze kiedy czytam o zbrodniach sąsiedzkich, o podpalonych stodołach, rzezi na Wołyniu i w Rwandzie, wszędzie powtarza się podobny schemat. Zbrodnia, która jest niewyobrażalna i śmierć, która następujące w jakiejś bliskości, nawet intymności, kata i ofiary - narzędziem, które od zawsze jest blisko ( maczetą, motyką, siekierą) i dokonuje się dosłownie własnoręcznie. Wybuch agresji jest niewyobrażalny i niewytłumaczalny, a po nim następuje cisza i milczenie. Bo przecież nie ma o czym mówić, wszyscy szli, a teraz trzeba jakoś żyć. Jakby sami złoczyńcy nie mogli i nie chcieli tego zrozumieć.
A swoją drogą trylogię Hatzfelda uważam za lekturę obowiązkową. Nie żeby zrozumieć, bo tego się nie da pojąc. Żeby być świadkiem i pamiętać, że jest to możliwe.
( Tu miało być zdjęcie prześlicznej mandarynki z listkiem, którą dostałam od Kocura, ale ją zeżarłam zanim zdobiłam zdjęcie. Podobnie jak szarlotkę. Fotografia smakołyków jest trudna - trzeba wytrzymać i zrobić zdjęcie zanim potrawy znikną)
wtorek, 24 stycznia 2012
Z wężem. Karnawałowo.
piątek, 20 stycznia 2012
Na froncie bez zmian
Dziś Kocur w Gdańsku, a bez niego ponuro i smutno. Wraca w sobotę. A ja niespecjalnie lubię wieczory sama w domu.
Odgrzybianie poszło. Gdybym wiedziała, gdybym miała pojęcie ile to będzie noszenia, czyszczenia, układanka, ścierania...to bym się na to nie odważyła. Błogosławiona niewiedzo. Jak z porodem. Jak masz skurcze już za późno żeby się wycofać. Jeszcze się nie wygrzebaliśmy. Tyle, że czas spędzony u Natti był przesympatyczny. Ja wiem, że w mieszkaniu nasza dodatkowa czwórka to istny najazd szarańczy, ale było strasznie fajnie. Zwłaszcza podsłuchiwanie w ciemnościach rozmów dziewczynek. Odpowiedz na pytanie „Olgusiu, o czym marzysz” - bezcenne. Dobrze jest mieć ludzi, na których można liczyć.
A teraz miał nas czekać remont sypialni. Dziesięć lat temu malowałyśmy ją z Masią na wściekły pomarańczy z czerwoną przecierką. Ludzie zazwyczaj komentowali „rzeźnia” i bodajże tylko jedna Indygo od początku powiedziała fajnie (-; Ale my uwielbialiśmy tą sypialnię. Co nie zmiana faktu, że po dziesięciu latach wygląda nieciekawe. Teraz będzie wszystko pozmieniane na biało, złoto i buduarowo. Będą lustra, ściany w złamanym białym z dodatkiem złota ba bokach i fotografie mnie najprawdopodobniej autorstwa Marty.
W każdym razie remont miał być w lutym. Ale pan zadzwonił, że może być 19 stycznia. Prosiłam o czas do namysłu, ale jasne, super, za jednym czyszczeniem się zrobi. Wynieśliśmy łóżko, zafoliowaliśmy wszystko, ciuchy do worków....i dzwonię o której pan przyjedzie. A pan na to, żeśmy się nie dogadali i on myślał, że mi jednak pasuje luty. I będzie 19 ale lutego. Nogi się pode mną ugięły i jakoś wybłagałam termin 30 stycznia. Do tego czasu na walizkach.
Więc siedzimy na tych walizkach, a właściwie niebieskich plastikowych workach i czekamy. Czekami i czytamy, bo to umila czekanie. Niedługo przywiozą mi Abarat III Absolute Mindlight z którą zmierzę się w oryginale w lutym. Obejrzycie ten link - cudowna książka, jakby Barkerowi kazali napisać coś na kształt Alicji w Krainie Czarów. Nie sadzę, żeby to przetłumaczyli na polski.
Poza tym długo oczekiwany Sezon Maczet Jeana Hatzfelta- trzecia część trylogii o ludobójstwie w Rwandzie, Kielich Łysiaka ( tak wiem, nadmiar Łysiaka zakończy się czkawką i kacem), nowy Perez Reverte - Oblężenie, Czas Zmierzchu Glukghovskiego - kocham, kocham rosyjska fantastykę). Czyli mogę mieć świat i remont głęboko gdzieś, siedzieć i czytać.
I kilka książek dla Natlisa. No właśnie, co czytacie dzieciom? My po Narnii, która była dotychczas największą przygodą książkową Natalisa, mamy okres fascynacji panią Burnett Frances Hodgson. Najpierw połknęłyśmy Tajemniczy Ogród ( w cudownych ilustracjach Ingpena) teraz czytamy Małą Księżniczkę. W ogóle klasyka genialnie nadaje się do czytania na głos. A potem czekają w kolejce Bajki dla dzieci według Shakespeare'a ( dziękuje za polecenie Kasiu, już przyszły z allegro - jak przeczytamy powiem czy się podobały, ale my się trupa w książce akurat nie boimy) a potem Opowieści z Zaczarowanego Lasu N. Hawthorne.
Jedynym rozczarowaniem literackim była dla nas bardzo polecana Osiecka Dzieciom. Całe szczęście z biblioteki. Niby ładne i oryginalne, ale za abstrakcyjne dla dzieci i jak to stwierdziła Natalka „bez sensu”. A językowo na głos też jakoś mi nie brzmiało. Chyba najbardziej przereklamowana książka z jaka się ostatnio spotkałam. Książka roku 2010, nie mam więcej pytań. Jak dla nas nieczytalne.
A poza tym gramy w rpg. Tak, panie w mim wieku, z dzieciątami na reku też to robią. A ponieważ nie daję rady wychodzić regularnie to gramy przez skypa. Dwie osoby i mistrz gry. Warhammer 4000 czyli odległa przyszłość, dalekie galaktyki, inkwizycja międzyplanetarna i wstrętni kultyści. Cudowne jest to, ze gramy regularnie co tydzień ( od 20:30 w niedzielę mnie nie ma dla tego świata!) i całość ma już trochę serialowy charakter ( mamy okazję wspominać co było, obgadywać inne postacie). A ponieważ Pan Kocur też gra ( w inny dzień) to możemy sobie dogryzać na tym tle, a poza tym na przykład budzę go w nocy po sesji, żeby poinformować, że zostaliśmy nareszcie akolitami inkwizycji! Ha!
To poniżej to nasze postacie. Akolitka inkwizycji ordo Maleus Hexta Ankho i takoż akolita Ignace Holten. A potem, w poniedziałki rano oczy na zapałki, kawa, a idąc po Natalsia do szkoły z muzyką Zimmera na słuchawkach mam wrażenie, że jakiś mroczny kultysta za mną idzie. Dobrze, że mam broń laserową. W końcu taki kultysta to mniejsza sprawa niż zmiana tynku i szlifowanie gipsu na ścianie.

Odgrzybianie poszło. Gdybym wiedziała, gdybym miała pojęcie ile to będzie noszenia, czyszczenia, układanka, ścierania...to bym się na to nie odważyła. Błogosławiona niewiedzo. Jak z porodem. Jak masz skurcze już za późno żeby się wycofać. Jeszcze się nie wygrzebaliśmy. Tyle, że czas spędzony u Natti był przesympatyczny. Ja wiem, że w mieszkaniu nasza dodatkowa czwórka to istny najazd szarańczy, ale było strasznie fajnie. Zwłaszcza podsłuchiwanie w ciemnościach rozmów dziewczynek. Odpowiedz na pytanie „Olgusiu, o czym marzysz” - bezcenne. Dobrze jest mieć ludzi, na których można liczyć.
A teraz miał nas czekać remont sypialni. Dziesięć lat temu malowałyśmy ją z Masią na wściekły pomarańczy z czerwoną przecierką. Ludzie zazwyczaj komentowali „rzeźnia” i bodajże tylko jedna Indygo od początku powiedziała fajnie (-; Ale my uwielbialiśmy tą sypialnię. Co nie zmiana faktu, że po dziesięciu latach wygląda nieciekawe. Teraz będzie wszystko pozmieniane na biało, złoto i buduarowo. Będą lustra, ściany w złamanym białym z dodatkiem złota ba bokach i fotografie mnie najprawdopodobniej autorstwa Marty.
W każdym razie remont miał być w lutym. Ale pan zadzwonił, że może być 19 stycznia. Prosiłam o czas do namysłu, ale jasne, super, za jednym czyszczeniem się zrobi. Wynieśliśmy łóżko, zafoliowaliśmy wszystko, ciuchy do worków....i dzwonię o której pan przyjedzie. A pan na to, żeśmy się nie dogadali i on myślał, że mi jednak pasuje luty. I będzie 19 ale lutego. Nogi się pode mną ugięły i jakoś wybłagałam termin 30 stycznia. Do tego czasu na walizkach.
Więc siedzimy na tych walizkach, a właściwie niebieskich plastikowych workach i czekamy. Czekami i czytamy, bo to umila czekanie. Niedługo przywiozą mi Abarat III Absolute Mindlight z którą zmierzę się w oryginale w lutym. Obejrzycie ten link - cudowna książka, jakby Barkerowi kazali napisać coś na kształt Alicji w Krainie Czarów. Nie sadzę, żeby to przetłumaczyli na polski.
Poza tym długo oczekiwany Sezon Maczet Jeana Hatzfelta- trzecia część trylogii o ludobójstwie w Rwandzie, Kielich Łysiaka ( tak wiem, nadmiar Łysiaka zakończy się czkawką i kacem), nowy Perez Reverte - Oblężenie, Czas Zmierzchu Glukghovskiego - kocham, kocham rosyjska fantastykę). Czyli mogę mieć świat i remont głęboko gdzieś, siedzieć i czytać.
I kilka książek dla Natlisa. No właśnie, co czytacie dzieciom? My po Narnii, która była dotychczas największą przygodą książkową Natalisa, mamy okres fascynacji panią Burnett Frances Hodgson. Najpierw połknęłyśmy Tajemniczy Ogród ( w cudownych ilustracjach Ingpena) teraz czytamy Małą Księżniczkę. W ogóle klasyka genialnie nadaje się do czytania na głos. A potem czekają w kolejce Bajki dla dzieci według Shakespeare'a ( dziękuje za polecenie Kasiu, już przyszły z allegro - jak przeczytamy powiem czy się podobały, ale my się trupa w książce akurat nie boimy) a potem Opowieści z Zaczarowanego Lasu N. Hawthorne.
Jedynym rozczarowaniem literackim była dla nas bardzo polecana Osiecka Dzieciom. Całe szczęście z biblioteki. Niby ładne i oryginalne, ale za abstrakcyjne dla dzieci i jak to stwierdziła Natalka „bez sensu”. A językowo na głos też jakoś mi nie brzmiało. Chyba najbardziej przereklamowana książka z jaka się ostatnio spotkałam. Książka roku 2010, nie mam więcej pytań. Jak dla nas nieczytalne.
A poza tym gramy w rpg. Tak, panie w mim wieku, z dzieciątami na reku też to robią. A ponieważ nie daję rady wychodzić regularnie to gramy przez skypa. Dwie osoby i mistrz gry. Warhammer 4000 czyli odległa przyszłość, dalekie galaktyki, inkwizycja międzyplanetarna i wstrętni kultyści. Cudowne jest to, ze gramy regularnie co tydzień ( od 20:30 w niedzielę mnie nie ma dla tego świata!) i całość ma już trochę serialowy charakter ( mamy okazję wspominać co było, obgadywać inne postacie). A ponieważ Pan Kocur też gra ( w inny dzień) to możemy sobie dogryzać na tym tle, a poza tym na przykład budzę go w nocy po sesji, żeby poinformować, że zostaliśmy nareszcie akolitami inkwizycji! Ha!
To poniżej to nasze postacie. Akolitka inkwizycji ordo Maleus Hexta Ankho i takoż akolita Ignace Holten. A potem, w poniedziałki rano oczy na zapałki, kawa, a idąc po Natalsia do szkoły z muzyką Zimmera na słuchawkach mam wrażenie, że jakiś mroczny kultysta za mną idzie. Dobrze, że mam broń laserową. W końcu taki kultysta to mniejsza sprawa niż zmiana tynku i szlifowanie gipsu na ścianie.

sobota, 7 stycznia 2012
Jeszcze żyjemy
czwartek, 5 stycznia 2012
A jak Armagedon
Armagedon. Zagłada. Chaos.. Koniec świata. I tylko szarańczy mi brakuje. No i egipskiej plagi żab. Wiec wybaczcie, że notka będzie nieuporządkowana.
Święta minęły spokojnie i dość miło. Bez kontaktu z rodzicami - nie wiem co tym chcieli udowodnić - ostentacyjne telefony do Natalki bez słowa do mnie - ale efekt był taki, że pierwszy raz od dawna miałam Święta-Bez-Awantur. Myślę, że tak jest lepiej. Tak czy inaczej trzeba w końcu dorosnąć - cieszyć się własnym życiem a nie tkwić w błędnym kole rozważań - jakie to mam złe relacje z rodziną. Na chwilę obecną nie mam ich wcale. I nie jestem pewna czy jakoś mi to przeszkadza.
Niestety po nowym roku czeka nas walka z Egipską Plagą. Stare budownictwo + szczelne okna = wszechobecny grzyb. Tym razem postanowiliśmy powiedzieć dość - fungus no pasaran - i zamówiliśmy firmę. Tyle że na przyszły poniedziałek musimy wszystko wynieść z mieszkania. Wszyściutko. Wyobrażacie sobie? Chwila przerwy, wdech i wyobrażanie; wszystkie książki, garnki, kubki, bibeloty, koce, ubrania do skrzynek i fru. A potem na jeden dzień wynoszę się do Natalii z dzieciakami i Przemem. A potem układanie tego z powrotem.
A na dokładkę w lutym powtórka z rozrywki czyli remont sypialni z kuciem tynku, malowaniem i zmianą niemal wszystkiego. Ha. Na razie najprzyjemniejsza rzecz czyli robienie projektów, ale już czuję ten pył w powietrzu.
Jakby było mało Natalis w gipsie. Czyli mam dwójkę dzieci do noszenia i zabawiania. Starsze już z nudów nie wytrzymuje. Drugie ma czas: raczkuję, liże buty, wkładam łapy do kontaktu, wywalam kosz na śmieci i robię inne fajne rzeczy. A poza tym noś mnie matko bo ząbkuję i czuję się nieswojo.
A jakby było mało zgubiłam wczoraj portfel i klucze. Ha, nie żart. Zachowując pogodę ducha i właściwą perspektywę ( że w sumie nikt nie ma raka, ani odsiadki w więzieniu i to w sumie SĄ drobiazgi) z małą nadprzyrodzoną interwencją znalazłam. Nie pytajcie gdzie były.
Uf. Byle przeżyć najbliższe dwa tygodnie.
A w przerwach między pakowaniem, noszeniem i innymi takimi - czytamy, oglądamy i planujemy.
Ja skończyłam właśnie Satynowego Magika Łysiaka. Łysiaka zasadniczo uwielbiam, choć kiedyś wydawał mi się powtarzalny. A tym razem wyszło bardzo świeżo, mocno i zaskakująco. Powieść osadza w historycznych realiach roku 1938 ale z solidnym dodatkiem nadprzyrodzonym. Książka jak zwykle błyskotliwa i dygresyjna, tym razem porusza kwestię natury zła. Kim jest Satin, czyli Sat możecie się domyśleć. I podaje wcale niegłupią tezę, że zło to relatywizm, zacieranie granic, małe kroczki na ciemną stronę mocy. Polecam.
Śmierciowsiko w zawieszeniu. Jedno z całkiem solidnych wydawnictw odpisało, że im się podoba i chcieliby wydać i odezwą się ze szczegółami za dwa tygodnie. I cisza. Trzy tygodnie. A ja nie wiem czy tam dzwonić czy co? Męczy mnie ostatnio brak pisania, święta, remonty, choroby i w sumie od jesieni jedno mizerne opowiadanko. Tęsknię za pisaniem powieści, długiej, wielowątkowej, która byłaby moją drugą rzeczywistością. Jak w ciągu miesiąca nie zacznę psiać to będę czuła, że coś mi ucieka.
Od jesieni zaczynam studia. Podyplomowe. Terapia pedagogiczna. Jeżeli kiedyś mam wrócić do pracy to nie do miejsc podobnych mojemu byłemu pracodawcy. Jeżeli już mam mieć głodową stawkę to za coś co uważam że ma sens. A z młodymi się czuję dobrze. Lata temu kiedy wybierałam studia byłam pod presją rodziny i wybrałam kompromis między tym na co mnie namawiali, a tym co bym chciała. I jak każdy kompromis był w połowie do kitu. Cóż, są w życiu różne czasy i czasu na studiowanie w pełnym znaczeniu tego słowa już nie będę miała - ale mogę zmienić profesję. A praca w szkole czy poradni myślę, że nie byłaby taka zła. zapewne jak młody dorośnie do wieku przedszkolnego, ale o studiach można pomyśleć już teraz.
Ale to za jakiś czas. Teraz tylko ogarniać, ogarniać, ogarniać tą kuwetę. I przeczyć jakoś styczeń.
Święta minęły spokojnie i dość miło. Bez kontaktu z rodzicami - nie wiem co tym chcieli udowodnić - ostentacyjne telefony do Natalki bez słowa do mnie - ale efekt był taki, że pierwszy raz od dawna miałam Święta-Bez-Awantur. Myślę, że tak jest lepiej. Tak czy inaczej trzeba w końcu dorosnąć - cieszyć się własnym życiem a nie tkwić w błędnym kole rozważań - jakie to mam złe relacje z rodziną. Na chwilę obecną nie mam ich wcale. I nie jestem pewna czy jakoś mi to przeszkadza.
Niestety po nowym roku czeka nas walka z Egipską Plagą. Stare budownictwo + szczelne okna = wszechobecny grzyb. Tym razem postanowiliśmy powiedzieć dość - fungus no pasaran - i zamówiliśmy firmę. Tyle że na przyszły poniedziałek musimy wszystko wynieść z mieszkania. Wszyściutko. Wyobrażacie sobie? Chwila przerwy, wdech i wyobrażanie; wszystkie książki, garnki, kubki, bibeloty, koce, ubrania do skrzynek i fru. A potem na jeden dzień wynoszę się do Natalii z dzieciakami i Przemem. A potem układanie tego z powrotem.
A na dokładkę w lutym powtórka z rozrywki czyli remont sypialni z kuciem tynku, malowaniem i zmianą niemal wszystkiego. Ha. Na razie najprzyjemniejsza rzecz czyli robienie projektów, ale już czuję ten pył w powietrzu.
Jakby było mało Natalis w gipsie. Czyli mam dwójkę dzieci do noszenia i zabawiania. Starsze już z nudów nie wytrzymuje. Drugie ma czas: raczkuję, liże buty, wkładam łapy do kontaktu, wywalam kosz na śmieci i robię inne fajne rzeczy. A poza tym noś mnie matko bo ząbkuję i czuję się nieswojo.
A jakby było mało zgubiłam wczoraj portfel i klucze. Ha, nie żart. Zachowując pogodę ducha i właściwą perspektywę ( że w sumie nikt nie ma raka, ani odsiadki w więzieniu i to w sumie SĄ drobiazgi) z małą nadprzyrodzoną interwencją znalazłam. Nie pytajcie gdzie były.
Uf. Byle przeżyć najbliższe dwa tygodnie.
A w przerwach między pakowaniem, noszeniem i innymi takimi - czytamy, oglądamy i planujemy.
Ja skończyłam właśnie Satynowego Magika Łysiaka. Łysiaka zasadniczo uwielbiam, choć kiedyś wydawał mi się powtarzalny. A tym razem wyszło bardzo świeżo, mocno i zaskakująco. Powieść osadza w historycznych realiach roku 1938 ale z solidnym dodatkiem nadprzyrodzonym. Książka jak zwykle błyskotliwa i dygresyjna, tym razem porusza kwestię natury zła. Kim jest Satin, czyli Sat możecie się domyśleć. I podaje wcale niegłupią tezę, że zło to relatywizm, zacieranie granic, małe kroczki na ciemną stronę mocy. Polecam.
Śmierciowsiko w zawieszeniu. Jedno z całkiem solidnych wydawnictw odpisało, że im się podoba i chcieliby wydać i odezwą się ze szczegółami za dwa tygodnie. I cisza. Trzy tygodnie. A ja nie wiem czy tam dzwonić czy co? Męczy mnie ostatnio brak pisania, święta, remonty, choroby i w sumie od jesieni jedno mizerne opowiadanko. Tęsknię za pisaniem powieści, długiej, wielowątkowej, która byłaby moją drugą rzeczywistością. Jak w ciągu miesiąca nie zacznę psiać to będę czuła, że coś mi ucieka.
Od jesieni zaczynam studia. Podyplomowe. Terapia pedagogiczna. Jeżeli kiedyś mam wrócić do pracy to nie do miejsc podobnych mojemu byłemu pracodawcy. Jeżeli już mam mieć głodową stawkę to za coś co uważam że ma sens. A z młodymi się czuję dobrze. Lata temu kiedy wybierałam studia byłam pod presją rodziny i wybrałam kompromis między tym na co mnie namawiali, a tym co bym chciała. I jak każdy kompromis był w połowie do kitu. Cóż, są w życiu różne czasy i czasu na studiowanie w pełnym znaczeniu tego słowa już nie będę miała - ale mogę zmienić profesję. A praca w szkole czy poradni myślę, że nie byłaby taka zła. zapewne jak młody dorośnie do wieku przedszkolnego, ale o studiach można pomyśleć już teraz.
Ale to za jakiś czas. Teraz tylko ogarniać, ogarniać, ogarniać tą kuwetę. I przeczyć jakoś styczeń.