czwartek, 14 października 2010

Jesienne depesze ze świata Wombatów. Różności. Jak w zupie kurkowej.

Jesień. Z jednej strony przeraża mnie zimno. Nawet nie to teraz, ale perspektywa tego co będzie za dwa miesiące. Teraz i tak jest na styk mojej wytrzymałości termicznej. A z drugiej strony nie mogłabym żyć bez takiej jesieni. Nie, nie złotej polskiej. Takiej przede wszystkimi mglistej o poranku. Z zapachem zgniłych liści i dymu. Takiej gdzie czuje się Czas Zmarłych – niezależnie czy podoba mi się jego obchodzenie na naszej tradycji. Zbliżający się czas dziadów, czas przejścia, czas gnicia i rozkładu. Chodzę ulicami z półprzymknetymi oczami i wdycham ten zapach. A pod nogami mam mokre liście.

Jutro porobię trochę zdjęć tej jesieni.

Poza tym piszę. Mam dużo pomysłów. Dużo wymagań wobec siebie, czasem więcej skreślam niż zostawiam. Daje mi to mniej więcej tyle samo radości co przysparza trudności. No ale co w końcu, tylko z relacjami międzyludzkimi mam mieć kłopoty?

W garnku zupa kurkowa. Nie podaję przepisu, bo prawa autorskie należą do cudownego White Plate. Tak czy inaczej, pyszna była.


Byłam na kolejnych badaniach i Mikołaj ( tak, raczej on) ma się dobrze. 6 cm. Termin lądowania na naszej planecie 23 lub 29 kwietnia. Lekarze nie mogą się zdecydować. Liczę że 30, bo dzień wcześniej jest Trubadur w transmisji z Met.
Komentarz Kocura po badaniach ( patrząc na wydruk usg); - Ty, wszystko fajnie, ale czemu on taki czarny?
Ja; >zgon<

Z racji ciąży mam nagły przypływ akceptacji i afirmacji własnego ciała i kobiecości. Nie wiem czy to mój system hormonalny, czy wpływy metafizyczne, ale absolutnie kocham moje ciało. Bez fałszywej skromności to jest poczucie piękna i bycia w tym ciele, w którym mam być.

Z innej beczki.
Muzycznie za tydzień wybieram się na wyprawę Mozartową. Dam relację ( czyli jak zwykle będę się czepiać).

Tymczasem odpoczywam od opery moim nowym odkryciem jesienno wiedźmowym. Południca z Krakowa.





( A jakby kto chciał podśpiewywać...)

Białolica córuś moja piękna
Na twe lica księżyc wstydem pęka
Bójże się ty sama chodzić nocą
Nocą diobły kopytem łomocą

Hej ty, maty, nie płakajże, maty
Jednym rózgi, a mnie jeno kwiaty
Bo mnie diabły leśne pokochały
I za chwosty wodzić się dawały

Białolica córuś moja piękna
Ty Tumana na łąkach się lękaj
Nie chodź sama po lesie, we trawy
Tam chichoce upir sino-krwawy

Hej ty, maty, nie bójże się, maty
Snopek zwiążę witek rosochaty
Sama wejdę w bagna i we błota
Załaskocę upira chichota

Białolica córuś moja piękna
Ty nie słuchaj kto na lutni brzdęka
Choć latawiec oczy ma zielone
Lutni struny z żyłek ukręcone

Hej ty, maty, nie bójże się wcale
Srebrną duszę piękny ma latawiec
Na polanie gdy dopalę ogień
W ogniu duszę latawcową skąpię

Choć u stópek panny całe piekło
Białe lica zrazu piorun trzepnął
Tak skończyła na łąkach zabawy

Wziął do Nawii diobeł ją kulawy

niedziela, 10 października 2010

Opera o niespłaconym kredycie mieszkaniowym w stylu staro-germańskim



Zrobiliśmy wczoraj kolejne podejście do Wagnera. Złoto Renu w retransmisji z Met zadziwiło. Najkrócej mogę to podsumować jako „Niewiarygodnie doskonała aranżacja, niewiarygodnie durnej baśni”.

Zacznijmy od samego Wagnera. Fabuła jest bolesnym skrzyżowaniem haj-fantasy ( fantasy na dopalaczach) z elementami przeróżnych mitologii i baśni. Gdyby ktokolwiek napisał tą treść w książce to bym go wyśmiała.

A zaczyna się od... problemów ze spłaceniem kredytu na budowę domu. No bo Wotan, król Bogów, wybudował sobie chałupę. Budowało dwóch olbrzymów za co obiecał im siostrę żony Freję. Nie miał zamiaru się z tego wywiązywać – podobno jego prawnik Loge - bóg ognia „obiecał coś wymyślić”. Jak się okazało, tyle wymyślił, że popytał tu i tam „co mężczyźni kochają bardziej niż kobiety” i wyszło że ...złoto. Niejaki karzeł Alberyk wyrzekł się miłości ( a dokładnie trzech syrenek, które z niego żartowały i kpiły) i zebrał Złoto Renu. Olbrzymy po pewnych kalkulacjach zgadzają się zamienić Freję na skarby Alberyka. Nasi bohaterowie mają czas do wieczora na spłatę kredytu. Freja zostaje zabrana w zastaw.

Alberyk tymczasem zdołał przetopić owo złoto na pierścień dający wszelką władzę i hełm pozwalający zmieniać postać. Ale na nic zdały mu się owe artefakty, bo stosując metodę znaną z kota w butach ( „a w węża to żadna sztuka, w żabę malutką to byś się kolego nie umiał zamienić” ) Loge z Wotanem wszystko mu zabrali. Wotan chce oddać całe złoto olbrzymom w zastaw za Freję, ale pierścień sobie zostawić. Nie da się. Kiedy nie wie czy wybrać pierścień dający władzę – czy szwagierkę w której ogrodzie rosną owoce dające moc – przychodzi znienacka i nie wiadomo skąd Erda bogini ziemi ( baliśmy się że to teściowa w pierwszej chwili) nakrzyczała na niego i kazała oddawać pierścień, bo będą straszne nieszczęścia. Niemniej zaczynam Wotana lubić jak przeczytałam streszczania dalszych części. W ramach wyciągania z Erdy informacji co złego ma się zdarzyć, zrobi jej córkę. Wot, facet.

Tak czy inaczej, Freja zostaje okupiona, a cała rodzinka idzie szczęśliwie do nowego domu Walhalii. Rodzinkę stanowią oprócz Wotana i Freji jego żona Fryka oraz dwóch przedziwnych bogów: Donner, który nie robi nic tylko od czasu do czasu chce kogoś razić młotem, a na końcu wywołuje burzę z piorunami, oraz ( delikatnego i chłopięcego) Frocha boga deszczu który...robi tęczę. Skojarzenia nasuwają się same. Na samym końcu tylko Loge – jako jedyna rozsądna postać w tej ekipie – ma złe przeczucia co zapowiada kolejne części tej telenoweli.

Jak to zrobili w Met? Doskonale. Mistrz Levine prowadził orkiestrę tak, że tego się nawet dało słuchać. Zwłaszcza w chwilach orkiestrowych, bo śpiew u Wagnera jest dość mało wpadający w ucho. Wokalnie i aktorsko Bryn Terfel był niesamowity. Z tą walijską gębą i TYM głosem. Inscenizacyjnie jednocześnie super nowoczesna technolologicznie – śpiewacy na linach podwieszeni pod sufitem – syrenki pływające w Renie i efekty świetlno multimedialne – przy jednoczesnej klasyce kostiumów i wizji. Myślę, ze Wagnerowi by się spodobało. Jeżeli to ma być haj-fantsay to niech będzie haj-fantasy absolutnie i nie udawajmy, że ta sztuka jest czymś innym. Tak, to było w jakiś sposób niewiarygodne i niesamowite.

A to nie znaczy, że nie chcę się wybrać na Wagnera ma maju, bądź w Sztokholmie ze szwedzkimi miłośnikami Wagnera (-; Ale tak czy inaczej dzisiaj odpoczywam przy Jorgi Savallu.


A z książek skończyłam właśnie M. Atwood „Rok Potopu”. Atwood tak jak każdy pisarz wpada w pewne schematy, zwłaszcza przy pisaniu bohaterów – w pewnym momencie ma się wrażenie, tak jak u Łysiaka, że to są ci sami bohaterowie. Ale co z tego? Całość mnie mimo wszystko zaskoczyła. Rok Potopu jest porównywany do Roku 1884 Orwella. Coś w tym porównaniu jest. Nawet nie tyle w nakreśleniu świata totalitarnego, bo to wydaje mi się, Orwell robi lepiej, ale w pokazaniu współczesnych zagrożeń czy lęków. Czerwony brat upadł i widomo komunizmu nie krąży nad Europą, ale gdzieś pod skórą siedzi zagrożenie o wiele milsze przy pierwszym kontakcie i posiadające lepszy PR. Wielka miła globalna wioska, z wszechwładnymi korporacjami, podziałem świata na bogatych -cywilizowanych i biedne masy. Konsumpcjonizm. Odczłowieczenie. Inwigilacja. Ile w tym jest współczesnych fobii ile realnych, zagrożeń nie wiem. Pewnie sporo jednego i drugiego. Tak czy inaczej ja Atwood uwielbiam za styl, język i za bohaterów. Za Orykza, Derkacza. Madaddama i postacie kobiece we wszelkich odsłonach. I za nawiązania do twórczości Williama Blaka.

Tylko jeden miałam zgryz. Ponieważ teraz sama piszę „coś większego” z gatunku post-apo to przez pierwsze 80 stron niemal płakałam bo miałam bardzo wiele tych samych pomysłów. Ta sama epidemia, podobne konsekwencje. Na szczęście Atwood skupia się na tym, co było przed Potopem, a ja na tym co się stało po. I idziemy w inne strony. Choć ja bym nie miała nic przeciwko gdyby mnie ktoś kiedyś do niej porównał. Kiedyś. Jak już się nauczę pisać



* Wszystkie refleksie o Wagnerze pochodzą z twórczej a pociesznej wymiany myśli między Wombatem a jegoż mężem Kotem. Takoż różne porównania i skojarzenia nie należą jedynie do Wombata.

niedziela, 26 września 2010

Hermetyczna notka autorefleksyjna

Chwila autorefleksji. Bo jesiennie. Bo zapach zeschłych liści. Liści mokrych, ziemi i dymu. I przez to troszkę zastanawiania się nas sobą.

Mam dużo wad. Bardzo dużo. Trudny charakter, niską asertywność połączoną z tendencją do przejeżdżania po ludziach jak mały czołg kiedy mam dość. Jestem paskudnie introwertyczna i do większości ludzi zamknięta na ostryga. Do 99% świata mam mur. I koniec. Jak sama chce wychodzę – ale nie wpuszczam, bo nie. Szczerze mówiąc nie mam zamiaru nic z tym robić bo lubię swój charakter. Dobrze się czuję w swoim ciele i w swojej duszy.

Jedno co mi czasem przeszkadza, to że za bardzo potrzebuje być przez otoczenie rozumiana na płaszczyźnie emocjonalnej i intelektualnej. Nie będę się bawić w psychologa, może i wyniosłam to z domu, w którym najbardziej brakowało mi z matką jakiegokolwiek kontaktu i porozumienia i teraz za ten kontakt jestem gotowa w ogień skoczyć. Za empatię. Za moją dusze lustrzaną. Za siostrę Persefonę.

Z trudem buduję z ludźmi relacje na bazie tolerancji, lojalności, szacunku i czasu. Bez Tego Szczególnego Rozumienia. Ale się staram. Czasem wychodzi lepiej, czasem gorzej. Ale powiem, że chyba przynajmniej kropla tego rozumienia co jest we mnie jest niezbędna. Bo bez niej można całkiem łatwo przejechać po szacunku do mnie. I wtedy ręce opadają, bo ma się ochotę głowę obciąć, a jeszcze wiadomo że ktoś nie c h c i a ł obrazić – tylko tak powiedział bo mnie nie zna.

Na ten przykład, żeby było konkretnie, nazwanie mnie matką polką odbieram osobiście za bardzo osobistą obrazę, chamstwo i w ogóle coś przy czym nawet odpowiadać mi się nie chce, bo nie ma już o czym mówić. Matka polka ( a taki epitet o sobie usłyszałam jakiś czas temu) kojarzy mi się z kimś durnym, ograniczonym, włożonym po zęby w rolę społeczną i zasadniczo bezmyślnym. Nie wiem czy słowa wynikały z nieznajomości mnie, czy tego jak rozumiem Matkę Polkę i role społeczne. Ale szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodzi.

Zatem wyjaśniam, żeby nie było, że ktoś czegoś nie rozumie. Otóż role społeczne mam głęboko gdzieś. Pozycje społeczną jeszcze głębiej. Jakiś czas temu wymyśliłam, że będę w życiu szczęśliwa. Bycie mamą – kontakt emocjonalny z dzieckiem, wspólne czytanie, dzielenie się światem, to szczęście mi daje.

To jest u mnie powiązane z kobiecością w bardzo starym, niemal neolitycznym rozumieniu tego słowa. To coś co mam w bagażu pokoleń od tysięcy lat. I guzik mnie obchodzi przy tym, czy będzie dobra zupka dla dzidziusia i czy będzie wypucowane w domu. Oprócz dzieci mam kilka planów na życie. Nie wiem czy wszystkie uda się zrealizować – może część ale będę do tego dążyć. Mam swoje światy książkowo muzyczne. Bliskich mi ludzi. I mimo to że macierzyństwo jest częścią mnie to jestem istotą niezależnie od niego. I zawartej w definicji matki polki poświęcenia nie ma we mnie wcale. Ja się zasadniczo nie poświęcam. Robię to co chcę i lubię. A że lubię mieć dzieci to taki mój wybór i radość, a nie katorga.

W chwili obecnej nie pracuje bo nie ma pracy która by mnie interesowała – której oddałabym się w całości – którą uznałabym za twórczą i pożyteczną. Zwłaszcza że jestem w trakcje realizacji dwóch marzeń i się nie nudzę. Być może kiedyś do pracy wrócę. Może jestem po poprzedniej wypalona. Może chwilami mnie bawiła i jakoś się przystosowałam, ale z dystansu twierdzę, że załatwianie czegoś dla firmy tylko po to żeby zarobić mnie nudzi. Do rywalizacji się nie nadaje. Robiłam to, chyba, w miarę dobrze z szacunku do osób z którymi pracowałam. I może jak coś wyszło to było nawet zabawne. Ale sensu z perspektywy czasu nie widzę. Rozumiem, że nie muszę się tłumaczyć z tego czy pracuję czy nie, ale widać czasem jest to konieczne, bo mogę być wzięta za matkę polkę.

A daję słowo, jeszcze raz usłyszę to pod swoim adresem, szlag mnie tragi.


EDIT:

Okazało się że jednak wszystko zależy nie tylko od doboru słów, ale i od ich intencji. Okazało się, że MP zostałam kiedyś przedtem nazwana i jakoś mnie to nie uraziło. Czyli wychodzi na to że jednak da się wyczuć intencje – i fakt że ktoś patrzy na nieco inny styl życia czy wartości z pogardą. I tym bardziej mi się to nie podoba.




A na zakończenie z zupełnie innej beczki. Muzycznie. Aniu, pomału mnie przekonujesz.




Chociaż wolę tłumaczenie

A Margot urocza
tancerka śmierci
ma chryzantemy w warkoczach

poniedziałek, 20 września 2010

Wombaty morskie

Wombaty jak widać okazały się zwierzętami morskimi. Choroby morskiej nie mają. A potrzeba przestrzeni własnej, emocjonalnej i fizycznej, która normalnie wystarczyłaby dla stada pasących się bawołów i ogólny introwertyzm, nie bardzo przeszkadzała. Grecja jest biało niebieska, trochę słona od morza bardzo kocia. A ja znalazłam kolejną rzecz którą uwielbiam.








wtorek, 7 września 2010

JAK Jako taki

... i jeszcze jedno, po północy to notka nowa (-;

Zimno idzie. A jak zimno to ciepły sweter. Z jaka. Jak wygląda tak:



Ale jeszcze lepszy od takiego JAKA jest taki JAK. Jak który mnie nie raz ogrzał.
I tego Jaka dedykuję wszystkim z którymi gdzieś kiedyś go słuchałam lub śpiewałam. Przemkowi, Dorocie, Masi, Natalii,Saszy. Jakbyście nie byli daleko lub blisko to tamte Jaki grzeją. Przez sto zim.



Przepraszam. Wzruszyłam się. Ale to tylko zmiany hormonalne, prawda?

My name is Hood. Robin Hood.

Czuję się oszukana przez kulturę masową. Z reguły nie oglądam seriali. Wyjątek stanowił Rzym, ale to inna sprawa. I inna klasa. A teraz jestem ostro przeziębiona i skusiłam się na serial. Ponieważ był mi przez kilka różnych osób polecany i opowiada o micie który w dzieciństwie był dla mnie bardzo ważny.

Fakt, byłam wtedy niewiele starsza od Natalki, ale Robin Hood rządził. Najpierw był serial z Michaelem Predem. Serial miałam okazje obejrzeć jeszcze raz dwa lata temu kiedy mała była w szpitalu. I mimo wszystkich braków technicznych stwierdzam, że jest bardzo dobry. Zwłaszcza w porównaniu z tym kuriozum, które zobaczyłam dziś.

Ciągnęłam sobie mianowicie serial Robin Hood. Serial firmowany przez BBC, Brytyjski, polecany, 7,7 na imdb... I klops. Ja naprawdę nie oczekuję realizmu historycznego bo oglądałabym bandę obdartusów z nie leczonymi zębami mówiących coś w niezrozumiałej angielszczyźnie. Ale przynajmniej w jakimś zakresie duch epoki powinien być zachowany. Tak jak było w starym serialu. Z całą magią, Hernem Myśliwym i ogólnie całkiem solidną mityczną podbudową. I wspaniałą muzyką Clanadu.

Tu muzyki dobrej nie było. Fabuła była mniej więcej na poziomie Gummisów, ilość współczesnego słownictwa zabijała ( czekałam na stwierdzenie „Robin, ty socjalisto!”) a już najbardziej zabijały stroje gdzie szczytem wszystkiego był facet w bojówkach i glanach. Na przeciętnym larpie na Flambergu jest lepiej. No i oczywiście Braciszek Tuck w imię poprawności politycznej jest zamieniony na muzułmańską laskę. Jeszcze brakuje żeby była lesbijką. Nie żebym miała coś do lesbijek ( zwłaszcza tych ładnych) ale poprawności politycznej mówimy nie.

Jakoś rokowała na początku postać Guya z Guisborne – jako mrocznego sukinsyna z dylematami. Zresztą postać została mi polecona z przymiotnikiem „hot”. Cóż widocznie to hot było tak gorące że mu mózg wyżarło, bo od połowy odcinków jedyne archetypiczne skojarzenie to Tołdi z Gumisiów. No dobra przystojniejszy, ale reszta wypisz wymaluj.

Ostanie wersje filmowe z Russelem Crowe w ogóle sobie darowałam. Nie chcę niszczyć mitów. Zwłaszcza, że po tylu latach mam w pamięci Tamten Serial i oczywiście książkę Howarda Pyle. Napisana okrutnie XIX wiecznym stylem, wesoła, z pazurem i gorzkim zakończeniem. Ja chyba mając te 10 lat wierzyłam w tą historię, o tym jak został rzeźnikiem i rozdawał pannom mięso za całusa, jak wygrał turniej łuczniczy i o tym jak zmarł zdradzony.
Żałuję tylko, że nie mogę pić teraz alkoholu. Bo po kwarcie dobrego marcowego piwa ( takiego jak podawali pod Błękitnym Dzikiem) napisałabym crossover o tym jak Robin z wesoła kompanią przepędza precz tego smętnego socjalistę z gębą jak z boys bandu.

sobota, 4 września 2010

W deszczu, w Sosnowcu. A i tak genialnie!

Po wspaniałym koncercie Dikandy. Osobiście zamierzam wygrać fortunę i zostać ich grouppies. O ile muzyka z płyt mi się podobała to na żywo są po prostu rewelacyjni. Wymiatają. To było jedno z tych przeżyć, które się długo pamięta. Chociaż w deszczu. Może właśnie dlatego.

Tylko mnie złości. O koncercie dowiedziałam się bo sama co jakiś czas zaglądam na stronę Dikandy. W empikach, na plakatach, bilbordach nie było żadnego ogłoszenia. NIC. I może dlatego na koncercie rewelacyjnych i znanych zespołów które zapełniają sale koncertowe w Europie – u nas było od kilkunastu (!) do kilkudziesięciu osób. Na dużym stadionie. Gdzie oprócz Dikandy przyjechały bardzo ciekawe zespoły z Francji, Rumuni i Rosji.

I wkurzają mnie gadki organizatorów że pogoda nawaliła. Folk i muzyka pogranicza gatunków to nie jest piknik rodzinny, gdzie przychodzą sosnowieckie rodzinki, emeryci i znudzone lachony bo jest fajna pogoda. Mikołajki folkowe w bardziej wszawą pogodę przyciągają ludzi z całej Polski. Można? Ale w końcu to tylko Sosnowiec. Tylko szkoda tych zespołów z końca które przyjechały setki kilometrów żeby dla kilkunastu osób zagrać.

Ps. Kocham zestawienie akordeon i skrzypce. Absolutnie.