Dziś dzień pamięci ofiar Holocaustu. W tym temacie znalazłam coś co mnie naprawdę ruszyło. Bardzo dobra akcja pamięci o tych co zginęli – link tu. Bo dla nas, Polaków, wymordowanie narodu i kultury która współistniała z nami przez kilkaset lat to Utrata.
Pochodzę z rodziny wielokulturowej w jakimś stopniu. Od strony matki z rodzony śląsko – niemieckiej w najbardziej klasycznym tego słowa znaczeniu, z krewnymi w Powstaniach Śląskich i w Wermachcie, z gwarą którą się mówiło w domu, gymisesupą, kraudakpustą na obiod. Od strony ojca z rodzinny rdzennie polskiej. I w jakiś sposób rozumiem, że ta różnorodność kulturowa osób które mieszkają w tym samym kraju nas ubogaca. Mimo różnego języka, potraw, kościoła do którego się chodziło.
Mam dwadzieścia dziewięć lat i siła rzeczy nie znam żadnego z Żydów którzy zginęli w czasie wojny. Ale czuję, w sensie społecznym, socjologicznym, że jest po nich dziura, Tęsknię za nimi. Bo wiem, że różnice potrafią ubogacać, a nie dzielić. Więc tęsknię, za wnukami tych którzy zginęli, z którymi mogłaby chodzić do liceum. I za ich prawnukami z którymi Natalis mógłby być w przedszkolu. Chciałabym móc powiedzieć tym którzy zginęli: Brak mi Was, waszych dzieci, wnuków, języka, tradycji. Znam was po śladach na ulicach Kazimierza, Krakowa, Żmigrodzie, Dukli. I dlatego przyłączam się do tej aukcji. Bo za wielu jest takich, co uważają, ze holocaust był be, ale w sumie fajnie, że ich nie ma. Nie jest fajnie.
środa, 27 stycznia 2010
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Don Giovanni
Dostałam od rodzica pod choinkę Don Giovanniego z Royal Opera House. Mnaimuśne. I na zachętę mały obrazek dla czytelniczek, które uważają, że opera jest nudna.
Czyli co Don Giovanni robił w piekle (-;
Mały screenshot (-;

Czekamy z kotem na interpretacje ze ten cały Komandor i porwanie do piekieł to była delirka ściema i jeszcze jedno kłamstwo i podstęp żeby się od niego odwalił Don Ottawio z policją. I ostania scena gdzie odchodzi w towarzystwie pięknych kobiet uzupełniać listę mille tre.
Czyli co Don Giovanni robił w piekle (-;
Mały screenshot (-;

Czekamy z kotem na interpretacje ze ten cały Komandor i porwanie do piekieł to była delirka ściema i jeszcze jedno kłamstwo i podstęp żeby się od niego odwalił Don Ottawio z policją. I ostania scena gdzie odchodzi w towarzystwie pięknych kobiet uzupełniać listę mille tre.
niedziela, 24 stycznia 2010
Na ekranie i na scenie
UWAGA: Dla osób, którym nie chce się czytać recenzji kinowo muzycznych – kawałek o Natalisku na samym dole. (-;
Kilka rzeczy ostatnio widziałam i z zabiegania nawet słowem nie wspomniałam. Nadrabiam więc zaległości w odwrotnej chronologii.
Wczoraj byliśmy z Kotem i Natalisem na „Skarbie Babuchy Burczymuchy” w Teatrze Ateneum w Katowicach. Rewelacja. Dzieci były zachwycone, świetne piosenki i sama treść bajki, pomysłowa scenografia i kostiumy. Zero tandety. A na dodatek wszystko okraszone delikatnymi i niegłupimi żartami zrozumiałymi dla dorosłych. ( Konia, konia królestwo za konia). Aktorstwo fenomenalne. W trzy osoby zagrali całą bajkę i jeszcze tło i narratora. I tu jeszcze raz smutne porównanie z niedalekim geograficznie Teatrem Nowym w Zabrzu, który z podobnym budżetem chałturzy i męczy widzów słabym nagłośnieniem, beznadziejną grą i tandetną fabułą. Dlaczego tak różne teatry? Nie wiem. Pewnie jak zwykle zarządzanie.
Tak czy inaczej „Skarb…” opowiada historię księcia Aleksandra który pożegnawszy się z rodzicami wyrusza na poszukiwanie przygód i żony. Poznaje dobrego smoka, który zostaje jego przyjacielem ( ratuje go z rąk zbójców) a potem zostaje okradziony przez Babuchę Burczymuchę – jędzę z lasu – posiadaczkę czarodziejskiej księgi, kota i skarbu. Potem sam ze smokiem okrada staruszkę i ucieka przed jej zemstą. A na samym końcu zdobywszy jej magiczną księgę sprowadza Babę Jagę do dawnej postaci czyli księżniczki i żeni się z nią.
Fajne to na scenie było, ale przyprawiło mnie o atak głupawki i odczytanie sztuki w kontekście feministyczno socjologicznym. Babucha Burczymucha – bogata, niezależna i odważna jednostka. Kobieta wyzwolona. Posiada dostęp do kobiecej siły, magii, ma kontakt ze świtem zwierząt i z naturą ( nie, kozła nie było). I ta Babucha jest przez złego księcia, reprezentującego patriarchalne wartości, sprowadzona do roli żony i obrabowana ze skarbu. Jej wygląd zostaje siłą zmieniony, aby zadowolić męskie gusta ( …jak wiele kobiet presja egoistycznych samczych gustów popycha w stronę skalpela chirurga….). Baba Jaga wykastrowana, ostateczny upadek czarodzicielstwa, zdominowanie pierwotnej kobiecej siły przez konwencje społeczną. A skarbu jej na końcu nie oddali, o!
I rozchichotana tą interpretacją wracałam do domu. Zahaczywszy o winiarnię i dwie butelki wina śliwkowego. To jest jeden z nielicznych alkoholi, po którym jak kocica się łaszę do patriarchalnego samca żeby mi dolał do kieliszka (-;
To na scenie. A tydzień wcześniej maiłam okazję oglądać Carmen z Met – w Sali kinowej Kina Kijów. Po spektaklu z Londynu nie myślałam, że Carmen jest w stanie mnie jeszcze aż tak zaskoczyć i oczarować. Muzycznie cudowne, cudowne, cudowne. I doceniam młodego dyrygenta który machał batutą z taką pasją i uśmiechem, że aż podskakiwał. ( A starsze panie komentowały z zachwytem w głowie „ Jaki on młodziutki….” )
Ja w ogóle dochodzę do wniosku, że z oper mam dwie ulubione Carmen i Don Giovanniego. I obie mają coś wspólnego – głównego bohatera/bohaterkę, który mało się przejmuje konwencjami społecznymi i etycznymi. I szuka. I cały czas czegoś pragnie. I to mnie za każdym razem w kolejnej interpretacji powala na kolana. Ten głód życia i wolności. A operowe miłości – zamurowywanie się w grobowcu, skoki w muru, umieranie z miłości i gruźlicy jakoś mnie mniej ruszają.
A co do samego spektaklu z Met. Po kolei, nie mogąc się powstrzymać od porównań do wersji Londyńskiej. Tło: Klasycznie, ale…akcja przeniesiona w czasy międzywojenne z dużym pożytkiem. Całość dekoracji, kostiumów wspaniała i perfekcyjna. Dodatkowo niesamowita choreografia, elementy tańca i ruchu.
Elina Garanca jako Carmen powalająca. Młodsza niż Antonacci, grała coś co przypomniało żywe srebro, byłą zmienna jak górski strumyk. Ona kochała, nienawidziła naprawdę. Czegoś tak pełnego pasji i wolności jeszcze nie wiedziałam. Roberto Alagana mniej zidiociały niż Kaufmann – nie wiedziałam, że z roli Don Jose można wykrzesać tyle ikry i emocji. Odszczekuję wszystkie złośliwe komentarz – Alagna potrafi grać. On był jednoczenie słaby i silny, kochający i pełen nienawiści, troszkę szalony.
Jedyne co podobało mi się mniej to Esamillio. Pan Kwiecień był chory – a jego dubler wyszedł jakoś blado. Szczególnie aktorsko – ale trudno zagrać młodego boga jak się ma mordkę szczurka ( po gębie to by mógł Leporella dobrze grać) Zwłaszcza jak mam porównanie do Ildebrando D'Arcangelo, który oprócz tego, że wygląda tak, że mógłby w ogóle nie śpiewać a i tak dostałby oklaski. A że śpiewa jak wygląda, to można sobie wyobrazić efekt….Mam tylko nadzieję, że jako baryton nie dostanie roli Scarpia w najbliższym czasie. Bo nikt nie pojmie czemu ona go nie chciała.
Czkam aż to cudo ( na Carmen, nie na Illdebrano) będzie na płytce. Wtedy zapraszam na oglądanie.
Druga rzecz z MET którą mieliśmy okazję oglądać w Kijowie to Opowieści Hoffmana. Było to już jakiś czas temu, ale mroziło jak dzisiaj. Opowieści mniej fabularnie poruszające niż Carmen – ot historia cierpiącego artysty kretyna, który trafiwszy na kobietę lalkę, chorowitą śpiewaczkę, a na końcu ladacznicę, ostatecznie postanawia cierpieć aby tworzyć i oddaje się w ramiona swojego osobistego demona i alkoholu. Dość fajne muzycznie ( Netrebko dała radę bardzo, ale aria lalki mocno męcząca). Co mi się jednak przede wszystkim podobało to oniryczność spektaklu. To jest opowieść w opowieści, sen, wspomnienie. Nic tu nie jest do końca realne, wszystko jest widziadłem i opowieścią mocno już zapijaczonego pisarza. Tak jak gdzieś czytałam opera w Nowym Yorku musi być klasyczna i tradycyjna, bo ma sponsorów o klasycznych gustach. I w tym kontekście to było odważne przedstawienie. Dziwne widziadło, nierealne ale przy tym bardzo spójne. Ha, mam nadzieję że Armida też będzie zaczarowana. No, wiedźma przecież.
A w kolejce do oglądania czeka „Co ty wiesz o Elly” – tyle dobrych recenzji, kino Irańskie, które dotychczas mnie urzekało, że aż boję się rozczarować. Zdam relacje – premiera Od 12 lutego.
A za dwa tygodnie babska impreza Bolly. Będzie nas dużoooo. Z jednej strony bardzo się ciesze, a z drugiej mam stracha organizacyjnego. Ale jest Ania, Madzia i Hania do pomocy zgłoszona więc z takim zapleczem dam radę.
A z telenoweli „ mamą być”.
Wymyśliłyśmy zabawę.
A wszystko przez to poprosiła mnie żebym zrobiła jej statek. Statek DLA wieloryba. Spodobało mi się to, że statek DLA a nie NA wieloryba. No wiec narysowałyśmy I wyciekłyśmy statek. O czerwonych żaglach. Na pamiątkę pewnego pana, który takim statkiem pływał. Statek miał 3 żagle, armatę i napis DLA WIELORYBÓW. Armatą strzelał do statków wielorybniczych. A jak się już topiły to wyciągał wielorybników I w ich krwi farbował żagle żeby były bardziej czerwone. Potem biegałyśmy po domu z papierowym statkiem i plastikowym wielorybem, Natalka wznosząc okrzyki „Mamo, strzelaj! Strzelaj! Widzę wielorybników, upuścimy im krwi!
Kilka rzeczy ostatnio widziałam i z zabiegania nawet słowem nie wspomniałam. Nadrabiam więc zaległości w odwrotnej chronologii.
Wczoraj byliśmy z Kotem i Natalisem na „Skarbie Babuchy Burczymuchy” w Teatrze Ateneum w Katowicach. Rewelacja. Dzieci były zachwycone, świetne piosenki i sama treść bajki, pomysłowa scenografia i kostiumy. Zero tandety. A na dodatek wszystko okraszone delikatnymi i niegłupimi żartami zrozumiałymi dla dorosłych. ( Konia, konia królestwo za konia). Aktorstwo fenomenalne. W trzy osoby zagrali całą bajkę i jeszcze tło i narratora. I tu jeszcze raz smutne porównanie z niedalekim geograficznie Teatrem Nowym w Zabrzu, który z podobnym budżetem chałturzy i męczy widzów słabym nagłośnieniem, beznadziejną grą i tandetną fabułą. Dlaczego tak różne teatry? Nie wiem. Pewnie jak zwykle zarządzanie.
Tak czy inaczej „Skarb…” opowiada historię księcia Aleksandra który pożegnawszy się z rodzicami wyrusza na poszukiwanie przygód i żony. Poznaje dobrego smoka, który zostaje jego przyjacielem ( ratuje go z rąk zbójców) a potem zostaje okradziony przez Babuchę Burczymuchę – jędzę z lasu – posiadaczkę czarodziejskiej księgi, kota i skarbu. Potem sam ze smokiem okrada staruszkę i ucieka przed jej zemstą. A na samym końcu zdobywszy jej magiczną księgę sprowadza Babę Jagę do dawnej postaci czyli księżniczki i żeni się z nią.
Fajne to na scenie było, ale przyprawiło mnie o atak głupawki i odczytanie sztuki w kontekście feministyczno socjologicznym. Babucha Burczymucha – bogata, niezależna i odważna jednostka. Kobieta wyzwolona. Posiada dostęp do kobiecej siły, magii, ma kontakt ze świtem zwierząt i z naturą ( nie, kozła nie było). I ta Babucha jest przez złego księcia, reprezentującego patriarchalne wartości, sprowadzona do roli żony i obrabowana ze skarbu. Jej wygląd zostaje siłą zmieniony, aby zadowolić męskie gusta ( …jak wiele kobiet presja egoistycznych samczych gustów popycha w stronę skalpela chirurga….). Baba Jaga wykastrowana, ostateczny upadek czarodzicielstwa, zdominowanie pierwotnej kobiecej siły przez konwencje społeczną. A skarbu jej na końcu nie oddali, o!
I rozchichotana tą interpretacją wracałam do domu. Zahaczywszy o winiarnię i dwie butelki wina śliwkowego. To jest jeden z nielicznych alkoholi, po którym jak kocica się łaszę do patriarchalnego samca żeby mi dolał do kieliszka (-;
To na scenie. A tydzień wcześniej maiłam okazję oglądać Carmen z Met – w Sali kinowej Kina Kijów. Po spektaklu z Londynu nie myślałam, że Carmen jest w stanie mnie jeszcze aż tak zaskoczyć i oczarować. Muzycznie cudowne, cudowne, cudowne. I doceniam młodego dyrygenta który machał batutą z taką pasją i uśmiechem, że aż podskakiwał. ( A starsze panie komentowały z zachwytem w głowie „ Jaki on młodziutki….” )
Ja w ogóle dochodzę do wniosku, że z oper mam dwie ulubione Carmen i Don Giovanniego. I obie mają coś wspólnego – głównego bohatera/bohaterkę, który mało się przejmuje konwencjami społecznymi i etycznymi. I szuka. I cały czas czegoś pragnie. I to mnie za każdym razem w kolejnej interpretacji powala na kolana. Ten głód życia i wolności. A operowe miłości – zamurowywanie się w grobowcu, skoki w muru, umieranie z miłości i gruźlicy jakoś mnie mniej ruszają.
A co do samego spektaklu z Met. Po kolei, nie mogąc się powstrzymać od porównań do wersji Londyńskiej. Tło: Klasycznie, ale…akcja przeniesiona w czasy międzywojenne z dużym pożytkiem. Całość dekoracji, kostiumów wspaniała i perfekcyjna. Dodatkowo niesamowita choreografia, elementy tańca i ruchu.
Elina Garanca jako Carmen powalająca. Młodsza niż Antonacci, grała coś co przypomniało żywe srebro, byłą zmienna jak górski strumyk. Ona kochała, nienawidziła naprawdę. Czegoś tak pełnego pasji i wolności jeszcze nie wiedziałam. Roberto Alagana mniej zidiociały niż Kaufmann – nie wiedziałam, że z roli Don Jose można wykrzesać tyle ikry i emocji. Odszczekuję wszystkie złośliwe komentarz – Alagna potrafi grać. On był jednoczenie słaby i silny, kochający i pełen nienawiści, troszkę szalony.
Jedyne co podobało mi się mniej to Esamillio. Pan Kwiecień był chory – a jego dubler wyszedł jakoś blado. Szczególnie aktorsko – ale trudno zagrać młodego boga jak się ma mordkę szczurka ( po gębie to by mógł Leporella dobrze grać) Zwłaszcza jak mam porównanie do Ildebrando D'Arcangelo, który oprócz tego, że wygląda tak, że mógłby w ogóle nie śpiewać a i tak dostałby oklaski. A że śpiewa jak wygląda, to można sobie wyobrazić efekt….Mam tylko nadzieję, że jako baryton nie dostanie roli Scarpia w najbliższym czasie. Bo nikt nie pojmie czemu ona go nie chciała.
Czkam aż to cudo ( na Carmen, nie na Illdebrano) będzie na płytce. Wtedy zapraszam na oglądanie.
Druga rzecz z MET którą mieliśmy okazję oglądać w Kijowie to Opowieści Hoffmana. Było to już jakiś czas temu, ale mroziło jak dzisiaj. Opowieści mniej fabularnie poruszające niż Carmen – ot historia cierpiącego artysty kretyna, który trafiwszy na kobietę lalkę, chorowitą śpiewaczkę, a na końcu ladacznicę, ostatecznie postanawia cierpieć aby tworzyć i oddaje się w ramiona swojego osobistego demona i alkoholu. Dość fajne muzycznie ( Netrebko dała radę bardzo, ale aria lalki mocno męcząca). Co mi się jednak przede wszystkim podobało to oniryczność spektaklu. To jest opowieść w opowieści, sen, wspomnienie. Nic tu nie jest do końca realne, wszystko jest widziadłem i opowieścią mocno już zapijaczonego pisarza. Tak jak gdzieś czytałam opera w Nowym Yorku musi być klasyczna i tradycyjna, bo ma sponsorów o klasycznych gustach. I w tym kontekście to było odważne przedstawienie. Dziwne widziadło, nierealne ale przy tym bardzo spójne. Ha, mam nadzieję że Armida też będzie zaczarowana. No, wiedźma przecież.
A w kolejce do oglądania czeka „Co ty wiesz o Elly” – tyle dobrych recenzji, kino Irańskie, które dotychczas mnie urzekało, że aż boję się rozczarować. Zdam relacje – premiera Od 12 lutego.
A za dwa tygodnie babska impreza Bolly. Będzie nas dużoooo. Z jednej strony bardzo się ciesze, a z drugiej mam stracha organizacyjnego. Ale jest Ania, Madzia i Hania do pomocy zgłoszona więc z takim zapleczem dam radę.
A z telenoweli „ mamą być”.
Wymyśliłyśmy zabawę.
A wszystko przez to poprosiła mnie żebym zrobiła jej statek. Statek DLA wieloryba. Spodobało mi się to, że statek DLA a nie NA wieloryba. No wiec narysowałyśmy I wyciekłyśmy statek. O czerwonych żaglach. Na pamiątkę pewnego pana, który takim statkiem pływał. Statek miał 3 żagle, armatę i napis DLA WIELORYBÓW. Armatą strzelał do statków wielorybniczych. A jak się już topiły to wyciągał wielorybników I w ich krwi farbował żagle żeby były bardziej czerwone. Potem biegałyśmy po domu z papierowym statkiem i plastikowym wielorybem, Natalka wznosząc okrzyki „Mamo, strzelaj! Strzelaj! Widzę wielorybników, upuścimy im krwi!
Etykiety:
Carmen,
Codzienności wombacie,
Natalis,
Opera,
Teatr
wtorek, 19 stycznia 2010
piątek, 15 stycznia 2010
Bad Boys...
Bad boys bad boys
Watcha gonna do, whatcha gonna do
when they come for you
Znacie to?
A to? Bardzo źli chłopcy troszkę inaczej.

Dzięki uprzejmości kolegi Piotra z Londynu dostałam właśnie niesamowitą płytę. Kupioną legalnie na mp3 ( dostępna niestety tylko dla obywateli Wysp, ale trudno). Arie bardzo mrocznych sukinsynów w bardzo szczególnym wykonaniu. Scarpia, Mefisto, Macki Messer i jeszcze kilku innych drani. Bryn Terfel rządzi i wymiata! A ja słucham z uszami szeroko otwartymi i wielkim uśmiechem na twarzy.
Watcha gonna do, whatcha gonna do
when they come for you
Znacie to?
A to? Bardzo źli chłopcy troszkę inaczej.

Dzięki uprzejmości kolegi Piotra z Londynu dostałam właśnie niesamowitą płytę. Kupioną legalnie na mp3 ( dostępna niestety tylko dla obywateli Wysp, ale trudno). Arie bardzo mrocznych sukinsynów w bardzo szczególnym wykonaniu. Scarpia, Mefisto, Macki Messer i jeszcze kilku innych drani. Bryn Terfel rządzi i wymiata! A ja słucham z uszami szeroko otwartymi i wielkim uśmiechem na twarzy.
środa, 13 stycznia 2010
Filmowo styczniowo.
Byłam w zeszłym tygodniu na filmie Parnassus Terrego Gilliama. Samego reżysera lubię i z okresu Monty Pytona i z Fisher Kinga, dlatego wiedziałam czego się spodziewać. Po filmie i po kilku dniach zastanowienia jestem na tak, ale. Jest kilka małych „ale”.
Film bajkowy. Wizualnie przepiękny, tajemniczy, gdzieś na pograniczu snu, bajki i książek Gagmana. Za scenografię, dekoracje i stronę wizualną filmu – zarówno w scenach z Londynu jak i z Imaginarium należą się barwa na stojąco. Kolejnym mocnym punktem jest gra aktorska – Tom Waits, Heath Leder, Lili Cole – wszyscy oni byli rewelacyjni. Kiedy człowiek się zastanawia nad ich postaciami – tak na sucho jakby napisać w kilku zdaniach i patrzy co oni wnieśli w te postacie jak je ożywili, to jest niesamowite. W związku ze śmiercią Leadera w trakcie zdjęć zastępuje go kilku aktorów. I o ile Deep jest rewelacyjny to Colin Farrell już nie – i tu się zaczyna pierwsze ale. Film w pewnym momencie zaczyna się rozłazić. Ja wiem, że to jest baśń, ale jakaś logika mogła by być zachowana. Coś jakby trzeszczy.
I tu jest problem. Spotkałam się z zarzutami, że nie wiadomo o co w filmie chodzi. Sama fabuła, jakby ją wyłuskać i spisać w kilku zdaniach jest piramidalnie głupia. Pomijając już dobry motyw zakładów z diabłem, to motyw opowieści w której trzeba wybrać jedną z dwóch dróg „ dobrą” i „złą” był dla mnie zbyt łopatologiczny i trywialny. I teraz jest pytanie czy reżyser miał to zrobić logiczniej – jak zwykła baśń, która swoją fabuła by moim zdaniem filmu nie udźwignęła. Czyże iść w jeszcze większy brak logiki oniryzm, motywy jak z Lincza bez jasnych reguł dobra i zła. To by było jeszcze bardziej zakręcone, ale mój głos jest, że to mogło by iść w tym kierunku. Biorąc pod uwagę wszystkie wypadki, które towarzyszyły filmowi to ogromy szacunek dla Gilliama, że to skończył. I że zrobił to po swojemu, nawet mimo pewnych nielogiczności. Dla mnie cały film jest wspaniałym wizualnie hołdem dla marzeń i wyobraźni. I dlatego daję 7/10. Mimo wszystko.
I jeszcze a propos filmów, zbieram sobie opinie o Awatarze. Tak z ciekawości. Na razie przeważając większość jest na nie. Albo na tak, z dużym ale. Ja się nie wybieram. Jestem obrzydliwym i niesprawiedliwym stworzeniem, które wyrobiło sobie opinię po kawałkach z netu i recenzjach. A czemu nie pójdę? Bo na Pocachontas ze smerfami w roli głównej jestem za duża. Nie pociąga mnie estetyka niebieskich mordek. Dwa to w chwili kiedy Amerykanie siedzą w obcym kraju o bogatych złożach i nagle pojawia się film nawołujący do pokoju dla naszych braci, to mnie to słabi. Nie mam ochoty na lekcję jak traktować inne istoty, zwłaszcza jeżeli nauczycielem jest produkcja z takiego a nie innego kraju. Fajnie, że mają katharsis na swoje traumy, ale ja się trzymam od tego z daleka. A jeżeli wszystko jest w romantyczno ckliwym sosie Pocachontas – Titanic to w ogóle uciekam. Wolę już żyłochlasty w stylu Białej Wstążki.
A poza tym martwię się jedną sprawę, która nie jest w zasadzie moją sprawą i o której nie mam prawa ani podstaw tu pisać. Ale się martwię po ludzku. I nic nie mogę zrobić. Mam nadzieję, że tak naprawdę nic się nie stało i tylko histeryzuje. Cóż, trzymajcie kciuki, żebym się okazała przewrażliwionym łosiem. Będzie to z pożytkiem dla wszystkich. A i trzymajcie kciuki in blanco. Bez zbędnych pytań.
A ponadto dalej sobie stukam pomaleńku Lustra. Rozdział trzynasty, ponad sto stron, zabiłam Kaia. Głupio mi. Krew na klawiaturze, patos w powietrzu, ale czasem trzeba. Rowing mogła Syriusza to mnie też wolno. Ale mi szkoda. Był dobrym konstruktem literackim, że tak powiem.
W zeszłym tygodniu miałam fajne spotkanie z kimś to był mi kiedyś bliski a kogoś nie widziałam wieki. I dobrze, nie wierzę w przypadki i spotkania czekając na tramwaj mają dobre konsekwencje. Chociaż to spotkanie uświadomiło mi jak bardzo się zmieniłam przez ostanie kilka lat. I chyba jestem z kierunku zmian zadowolona. Miedzy innymi przestałam z relacjach przyjacielskich desperacko szukać swojego odbicia lustrzanego. Nie to, że nie potrzebuję tych wspólnych światów książkowo, filmowych, podróży, rozmów babskich. To jest ważne. Ale nie najważniejsze. I jakoś też ważne są takie rzeczy jak lojalność, wytrzymałość na próbę czasu, decyzja że ktoś mimo, że różny ode mnie to chce być psychicznie blisko.
A dla zainteresowanych nowe hasła Natalsa, który dalej bawi się w hodowle wyobrażonych stworzeń. Tym razem koniki. Całe stado z nami jeździ.
Nat: - Moje koniki są głodne i jedzą mięsko.
Przem spokojnie tłumaczy, że konie mięsa nie jadają.
Nat ( zdenerwowana) – Nic mnie to nie obchodzi! One jedzą mięso i bardzo im smakuje.
Obraz różowych rumaków z mordami ufafranymi krwią jest deliryczny.
Film bajkowy. Wizualnie przepiękny, tajemniczy, gdzieś na pograniczu snu, bajki i książek Gagmana. Za scenografię, dekoracje i stronę wizualną filmu – zarówno w scenach z Londynu jak i z Imaginarium należą się barwa na stojąco. Kolejnym mocnym punktem jest gra aktorska – Tom Waits, Heath Leder, Lili Cole – wszyscy oni byli rewelacyjni. Kiedy człowiek się zastanawia nad ich postaciami – tak na sucho jakby napisać w kilku zdaniach i patrzy co oni wnieśli w te postacie jak je ożywili, to jest niesamowite. W związku ze śmiercią Leadera w trakcie zdjęć zastępuje go kilku aktorów. I o ile Deep jest rewelacyjny to Colin Farrell już nie – i tu się zaczyna pierwsze ale. Film w pewnym momencie zaczyna się rozłazić. Ja wiem, że to jest baśń, ale jakaś logika mogła by być zachowana. Coś jakby trzeszczy.
I tu jest problem. Spotkałam się z zarzutami, że nie wiadomo o co w filmie chodzi. Sama fabuła, jakby ją wyłuskać i spisać w kilku zdaniach jest piramidalnie głupia. Pomijając już dobry motyw zakładów z diabłem, to motyw opowieści w której trzeba wybrać jedną z dwóch dróg „ dobrą” i „złą” był dla mnie zbyt łopatologiczny i trywialny. I teraz jest pytanie czy reżyser miał to zrobić logiczniej – jak zwykła baśń, która swoją fabuła by moim zdaniem filmu nie udźwignęła. Czyże iść w jeszcze większy brak logiki oniryzm, motywy jak z Lincza bez jasnych reguł dobra i zła. To by było jeszcze bardziej zakręcone, ale mój głos jest, że to mogło by iść w tym kierunku. Biorąc pod uwagę wszystkie wypadki, które towarzyszyły filmowi to ogromy szacunek dla Gilliama, że to skończył. I że zrobił to po swojemu, nawet mimo pewnych nielogiczności. Dla mnie cały film jest wspaniałym wizualnie hołdem dla marzeń i wyobraźni. I dlatego daję 7/10. Mimo wszystko.
I jeszcze a propos filmów, zbieram sobie opinie o Awatarze. Tak z ciekawości. Na razie przeważając większość jest na nie. Albo na tak, z dużym ale. Ja się nie wybieram. Jestem obrzydliwym i niesprawiedliwym stworzeniem, które wyrobiło sobie opinię po kawałkach z netu i recenzjach. A czemu nie pójdę? Bo na Pocachontas ze smerfami w roli głównej jestem za duża. Nie pociąga mnie estetyka niebieskich mordek. Dwa to w chwili kiedy Amerykanie siedzą w obcym kraju o bogatych złożach i nagle pojawia się film nawołujący do pokoju dla naszych braci, to mnie to słabi. Nie mam ochoty na lekcję jak traktować inne istoty, zwłaszcza jeżeli nauczycielem jest produkcja z takiego a nie innego kraju. Fajnie, że mają katharsis na swoje traumy, ale ja się trzymam od tego z daleka. A jeżeli wszystko jest w romantyczno ckliwym sosie Pocachontas – Titanic to w ogóle uciekam. Wolę już żyłochlasty w stylu Białej Wstążki.
A poza tym martwię się jedną sprawę, która nie jest w zasadzie moją sprawą i o której nie mam prawa ani podstaw tu pisać. Ale się martwię po ludzku. I nic nie mogę zrobić. Mam nadzieję, że tak naprawdę nic się nie stało i tylko histeryzuje. Cóż, trzymajcie kciuki, żebym się okazała przewrażliwionym łosiem. Będzie to z pożytkiem dla wszystkich. A i trzymajcie kciuki in blanco. Bez zbędnych pytań.
A ponadto dalej sobie stukam pomaleńku Lustra. Rozdział trzynasty, ponad sto stron, zabiłam Kaia. Głupio mi. Krew na klawiaturze, patos w powietrzu, ale czasem trzeba. Rowing mogła Syriusza to mnie też wolno. Ale mi szkoda. Był dobrym konstruktem literackim, że tak powiem.
W zeszłym tygodniu miałam fajne spotkanie z kimś to był mi kiedyś bliski a kogoś nie widziałam wieki. I dobrze, nie wierzę w przypadki i spotkania czekając na tramwaj mają dobre konsekwencje. Chociaż to spotkanie uświadomiło mi jak bardzo się zmieniłam przez ostanie kilka lat. I chyba jestem z kierunku zmian zadowolona. Miedzy innymi przestałam z relacjach przyjacielskich desperacko szukać swojego odbicia lustrzanego. Nie to, że nie potrzebuję tych wspólnych światów książkowo, filmowych, podróży, rozmów babskich. To jest ważne. Ale nie najważniejsze. I jakoś też ważne są takie rzeczy jak lojalność, wytrzymałość na próbę czasu, decyzja że ktoś mimo, że różny ode mnie to chce być psychicznie blisko.
A dla zainteresowanych nowe hasła Natalsa, który dalej bawi się w hodowle wyobrażonych stworzeń. Tym razem koniki. Całe stado z nami jeździ.
Nat: - Moje koniki są głodne i jedzą mięsko.
Przem spokojnie tłumaczy, że konie mięsa nie jadają.
Nat ( zdenerwowana) – Nic mnie to nie obchodzi! One jedzą mięso i bardzo im smakuje.
Obraz różowych rumaków z mordami ufafranymi krwią jest deliryczny.
środa, 6 stycznia 2010
Brzemię
Podczas ostatniej wizyty w Krakowie przy okazji Opowieści Hoffmana weszłam na chwilę do księgarni. Po troszku żeby się ogrzać, po trochu, żeby poprzerywać z książkami. Jak zawsze. Od niechcenia kupiłam książkę. Trochę z polecenia Agi, trochę z zainteresowania tematem. Brzemię Jeanette Winterson leżało sobie na stole, obok naczynia z mate i czekało. Usiadłam dziś i przeczytałam jeden raz. Za szybko, zachłystując się słowami. Język i styl mnie oczarowały. Lekkie, błyskotliwe i daje kopa, wsiąka podskórnie i zmusza do myślenia. Nie patrzyłam tak na historię Atlasa, a teraz zobaczyłam to Brzemię, ten Ciężar i kilak rzeczy odbite jak w lustrze. Czy na tym właśnie polega cała heca z mitami? Że można je odczytywać cały czas na nowo i inaczej? Tak czy inaczej jestem zaskoczona i zachwycona. Książka wzięła mnie z zaskoczenia. I tak sobie myślę jak ja jednak lubię być tak zaskakiwana.
