piątek, 13 lutego 2009

Zagadka śniezna

Dziś było zimno. Nie było burzy, ani nie byłam na morzu jednak marznąć w zadymce na przystanku przypomniałam sobie ten fragment. Ktoś poznaje z czego to jest? Nagroda do uzgodnienia (-;

„ Burza śnieżna na morzu jest zjawiskiem niezbadanym, sprawa niezrozumiałą, ciemną w każdym tego słowa znaczeniu. (…)
Świat staje się nagle niczym sklepienie lochu. Wśród nocy owej sypie się biały pył, zawisły miedzy niebem a morzem. Plamki te, piaseczki śniegu, opadają, unoszą się, błądzą. Są one jakby łzy śmiertelnego całunu, co zacząłby nagle poruszać się i żyć. A posiewowi temu towarzyszy zawsze szalony wiatr północno zachodni. Czarność osypująca się biało, wściekłość w mroku, zgiełku, do jakiego zdolny jest tylko, grobowiec, huragan u stóp katafalku, oto czym jest burza śnieżna.”


Ktoś wie? Czekam na dobre odpowiedzi.
Przynajmniej macie wyobrażenie jak wymarzłam.

niedziela, 8 lutego 2009

(-;




Na smutki i choróbska Rekin Gilbert i Rajmund Rybka Remora (-;

Czyli lezymy na wyspie z kołdry i marzymy o rafach koralowych i rekinach.

sobota, 7 lutego 2009

I wrócić masz tą ścieżką z żyjącą Eurydyką…

(notka tematyczna, nijak nie pasuje do tego co poniżej wiec piszę osobno)

Miałam okazję oglądać ostatnio dwa utwory w sposób specjalny z muzyką. Opery w których Muzyka jako taka odgrywa rolę niemal jednego z bohaterów. Orfeusz i Eurydyka i Czarodziejski Flet. Oba w wykonaniu Metropolita Opera. ( Nie, nie na żywo, tak dobrze to nie ma – kino Kijów w Krakowie i płytką DVD)

Te dwa utwory dzieli w czasie jedynie 29 lat, a muzycznie jest to cała przepaść. Orfeusza słuchało mi się w warstwie muzycznej bardzo trudno. Interpretacja była rewelacyjna Właściwie nie tyle współczesna co dokonane ponadczasowa. W Hadesie spotykamy dość zaskakujący zestaw: Lincoln, Kleopatra, Einstein, Marie Curie, Prince Diana, Mao Zediong i wielu innych. Warto zerknąć tu. Cudownie i zaśpiewane i zatańczone. Tam jest wiele chwil samej muzyki bez śpiewu i ją wizualnie zapełnił taniec. Powiedziałabym nawet że był tak samo ważny jak muzyka. I ciekawa interpretacja
- Orfeusz śpiewał schodząc do Hadesu żeby się na czymś skupić i nie patrzeć na straszydła
- W założeniu Amora, który mu tą podróż zaproponował, Orfeusz POWINIEN obejrzeć się za Eurydyką. Bo jaka była by ta jego miłość w końcu jakby się nie obejrzał? Jaka by była gdyby pozostał głuchy na błagania Eurydyki? Bardzo bajkowe zakończenie kiedy Amor po raz drugi zwraca ją Orfeuszowi i żyją długo i szczęśliwie.

Na pewno warto to było zobaczyć, chociaż warstwa muzyczna trudna. Długie pieśni, w których słowa praktycznie co wers się powtarzają. Gdybym nie wiedziała nic o Glucku i Mozarcie po samej muzyce powiedziałabym że jest tu bardzo długi okres pomiędzy tymi dwom dziełami.

29 lat jak cała przepaść. Może właśnie na tym polega geniusz Mozarta, że słucha się go jak coś absolutnie widzowi współczesnego. Magiczny Flet w reżyserii Julie Taymor. Tej samej czarodziejki, która reżyserowała Tytusa Andronikusa. Wizualnie olśniewające. Śpiewane po angielsku sprawia wrażenie niemal współczesnego musicalu. Nie wiem czy powinni iść tak daleko – ale powiem tylko tyle myślę, ze Mozartowi by się podobało. To było bajkowe, jak dziwna magiczna podróż do krainy marzeń.

Magiczny Flet jest pierwszym kandydatem do oglądania z Natalisem. I jednym z moich faworytów na najulubieńszą operę. Teraz sobie ostrzę zęby na wersję Kennetha Branagha i Bergmana. Zupełnie różne, ale myślę ze obie ciekawe. Po tym jak widziałam fragmenciki na youtubie przeżyłam opad szczęki i to już wiem o co kocura będę po powrocie męczyć. (-;

Depesze ze świata anisków

Znowu mnie wieki nie było, spieszę więc z postem typu Depesze ze Świata Anisków.

Miałam nie pisać o pracy. Nie wiadomo kto to przeczyta i albo się okaże że jestem niezadowolonym leniwym pracownikiem, który do wszystkich ma pretensje a nic nie mówi. Albo że mam maniakalnym entuzjastą. Nie wiadomo co gorsze.

Tyle, że praca pochłania mi całkiem dużo czasu i trudno mi pisać o tym co kot robi z wyłączeniem pracy. Trudno, najwyżej ktoś się kiedyś poczuje urażony/sfrustrowany aniskiem. Przeżyję.

Rozmawiałam już o przejściu na cały etat. I tak zawsze coś w domu muszę dodłubać. Zasadniczo ciągle jestem na etapie, że wszystko mnie cieszy. Lubię mieć coś do zrobienia na już, lubię tych ludzi wyszukiwać. Nie nudzi mi się, bo każda rozmowa jest inna. Wspólnie robimy szkolenie komunikacji. Na początku byłam przerażona, a teraz im więcej czytam tym bardziej mi się to podoba. Ale w sumie nie tyle rodzaj pracy jest ważny co atmosfera. Pamiętam, że kiedy po 4 dniach uciekłam z pracy urzędzie to nie sam rozdaj pracy mnie przeraził a towarzystwo. A tu są ludzie czasem o zupełnie różnych niż ja charakterach, ale co ważne niegłupi. A nic tak mnie nie męczy jak przebywanie w towarzystwie kretynów. Jak sobie te laski z urzędu przypomnę, to dalej mam traumę. Poza tym, może jestem naiwna, ale w jakiś sposób wierze w to co robimy. W sensie że nie jestem tylko pracownikiem, któremu się płaci, ale ze z grupą ludzi robię coś i ma to jakiś pozytywny wpływ na świat. Poczucie celowości i wspólnego działania jest cholernie ważne.

I na tym optymistycznym akcencie poprzestanę. Bez komentarza że mam ochotę ubić klienta X i jego projekty przyprawią mnie o jasną cholerę. Co jakiś czas z tym projektem tak mam: trzeba sobie pomarudzić wypiąć melisę…i dalej to robić. W sumie nasz klient X uczy mnie jednej cholernie ważnej rzeczy. Rób co możesz najlepiej jak możesz. Jak wyjdzie to się ciesz. A jak nie to sobie odpuść i nie myśl o tym ani chwilę dłużej. Po prostu dalej rób co możesz jak najlepiej.

A poza pracą to
- Ciągle chce mi się spać. Ale jak to trafnie ujął mój pan Kocur, są takie dni kiedy:

Ciśnienie

niskie

jest

Cząsteczka tlenu

spada

i siostry swej nie spotyka


- Natalis rośnie. Gada. Ścięłam jej włosy na krótko co jeszcze bardziej pokazało podobieństwo do kocura. Dyskutujemy sobie. Między innymi o tym czy siatka z walizki Przema nada się na durszlak na jagódki. Taki duży durszlak dla brontozaura. No bo przecież, jak brontozaur znajdzie w lesie jagódki, które najpierw obsika tyranozaur ( tyranozaury są złe! Obsikują jagódki!) to będzie je musiał je jakoś umyć. I wtedy siatka jak znalazł. Durszlak na jagódki przyprawił kocura o atak śmiechu.

Ogólnie bunt 3-latka przeszedł bezboleśnie. Rośnie mi dziecko pewne siebie, asertywne, potrafiące powiedzieć co i jak, opowiedzieć, że się złości. Ale jednocześnie pogodne i takie z którym da się wszystko spokojnie uzgodnić.


- Kocur w Portugali. Naukowo. Dom bardzo pusty. Z tej okazji założyłam sobie skypa: ania.glomb - zapraszam (-; Skype był na użytek rozmów z kocurem ale może się ogolnie tez przydać.
Natalis tez tęskni. Patrzy w okno i mówi że czeka na tatę. Ech.
Właśnie dostałam od Przema smsa, że mają tam bibliotekę z ŻYWYMI nietoperzami. Zjadają robaki więc są na posadzie bibliotekarzy niejako. Świat jest jednak fajny – chciałabym kiedyś zobaczyć nietoperze w bibliotece.
Przez tydzień bez Przema jeździłam do pracy z matką. Udało mi się nie pożreć. Ale negatywna energia utkwiła mi chyba w gardle bo teraz mam paskudną ropną anginę. Migdały jak kokosy. Błe. Chyba zdejmę z półki Księżniczkę Anginę. Podobne lecz podobnym. (-; Albo może fajnie sobie wyobrazić anginę, która nie jest anginą.
No bo co w końcu ( jak mawia mikołajek ) muszę być zdrowa. Fajności mnie czekają. W lutym Don Giovanni Kraków. Potem w marcu Carmen i Latający Holender. Sesja Ars Magica w Krakowie i wieczór tylko dla nas ( cudny sushi bar znalazłam w Bytomiu). I obecany Upiorowy tekst aniołaka na zamówienie.

A poza tym wiosna idzie. Czuć to było w powietrzu dziś. Na pohybel kalendarzom, które mówią ze luty. Na pohybel anginie!

środa, 14 stycznia 2009

I nie ma nic lepszego niż zjeżdżać z górki po tej stromej stronie.

Jednak to była ospa. Ja i kocur okupiliśmy to ponad tygodnia walki w wrednym wirusem. Kocur bardziej chory, z gorączką i bólem mięśni. Ja zmaltretowana psychicznie na widok mojej twarzy, która Wygląda zupełnie nie tak jak trzeba. Zawzięłam się na skórę. Nie wiem jak ja to zrobiłam siłą woli Afrodycką, silnymi lekami antywirusowymi czy inną chemią, ale jest już dobrze. Jest ładnie, raczej to chciałam powiedzieć. Tak czy inaczej zakończę całą ospę w weekend wizytą u kosmetyczki. Należy mi się.
Po lekach antywirusowych zostały przekrwione oczy –znak, że wątroba mnie nie lubi. Trudno, tak czy inaczej będzie musiała ze mną zostać.

Poza tym schudłam. Nie wiem ile, ale ciała mam mniej i nawet mnie to cieszy. Mam smaka tylko na mandarynki jabłka i zieloną herbatę. A na takiej diecie się nie spasie. Mam teorię, że moja wątroba odmawia trawienia cięższych rzeczy.

W czasie choroby maiłam mały epizod z polska służbą zdrowia. Potrzebowałam 2 dni L4 i z zamiarem zdobycia tychże udałam się do przychodni. Panie zbaraniały że mam 28 lat i nigdy nigdzie nie byłam zapisana, ale ok. Zapisały mnie na 12:30. Na 13 miałam odbiór Natalisa wiec dobrze. Przychodzę 12: 29 a ty 4 babcie przede mną. Grzecznie proszę, a one że tez są na 12 30 i mnie nie przepuszczą bo młoda i mam czas. Wkurwiona Demeter się zrobiłam. ( dziecko na mnie czeka!). Poszłam do rejestracji i tak aby mnie słyszano dałam znać ze „przez przypadek chyba zapisano kilka osób na tą samą godzinę… a mam ospę, bardzo zakaźną i czekać nie mogę”. Na dźwięk ospa zakaźna ludzie w poczekalni którzy ospy nie mieli mało bab przede mną nie związali, żeby mnie puściły (-; A potem pan doktor mnie obejrzał – dokładne – bo jak mówi w życiu ospy nie wiedział, bo on nie pediatra i zawsze trzeba się czegoś nowego nauczyć.. Fajnie mam dwa dni L4.

Następnego dnia krajobraz na mojej twarzy wyglądał ponuro. Paskudnie. Usmarowałam się czymś białym i ruszyłam w świat, żałując że nie mam maski. Przemykając pod ścianami usłyszałam za sobą „ Jak pani ślicznie wygląda, tak świątecznie…” Ómarłam. Zaczęłam się śmiać jak norka, z ospy z siebie. Bo fakt, wyglądałam jak ośnieżona choinka. Dalszą drogę przebyłam z rogalem na buzi i podniesiona głową. Choinki się nie przemykają pod ścianami. Dystans do siebie połową sukcesu. ( Druga połowa to dobrze dobrane leki)


Poza tum poczta przyszedł prezent niespodzianka. Otwieram pudełko…a tam … PASIKONIK. „Mam otworzyć skorpiona, mam otworzyć pasikonika” od razu mi przyszło do głowy. Wiem, że aluzja była niezamierzona, ale bardzo fajnie przypadkowa.

Niektóre niedokończone sprawy wracają w snach. Tylko, że inaczej potoczyć mogły by się wtedy. A teraz jest teraz i to nie ma już znaczenia. Gdybym była gobelinem to wystawały by ze mnie gdzieniegdzie pourywane nitki. Głęboki wdech, przypominam sobie te dobre chwile i znowu niczego nie żałuję. Pewne, rzeczy są jak ospa. Tylko raz.

I jest tylko teraz.
Dzisiaj poszłam z Natalisem na sanki. Niby mam siedzieć w domu, nie doziębić ospy. Pieprzyć to. Pieprzyć ospę. Chora mogę być potem, szczęśliwsza będę teraz. Teraz-Potem, Mogę-jestem – istotna różnica. Obłędnie fantastyczne uczucie. Płatki śniegu we włosach. Tulę mocno moja córkę i obie piszczymy z radości zjeżdżając sankach z „tego stromego” zbocza górki. Potem się turlamy. Świeży śnieg ciągle pada, a na osiedlu nie ma nikogo. Tak jakby padał tylko dla nas. Dziwne, ale od bardzo dawna nie czuję w taka pogodę zimna. Czuje tylko szczęcie od koniuszków nóg do nosa. Kieruje sankami, żeby nie wjechać w krzaki i wywalamy się w zaspę. Kocham Natalia tak mocno, że prawie tego nie mogę pojąć. W takich chwilach stwierdzam, że nie ma nic lepszego niż życie. Że nie ma nic lepszego niż dzielić z kimś na dwie części te spadające płatki śniegu. I nie ma nic lepszego niż zjeżdżać z górki po tej stromej stronie. Nie ma nic lepszego niż teraz.

A stan mojego gardła jutro rano mam głęboko gdzieś.

Dalej czytam Hyperiona. Wciągnęłam się do tego stopnia, że wychodząc rano bardzo się zdziwiłam, że Wyborcza nic nie pisze o wojnie międzyplanetarnej.

A słucham tego:

sobota, 3 stycznia 2009

Wehikuł czasu

Dostałam niesamowitą płytę.
Zawsze słuchając muzyki, nawet tej skomponowanej przed dziesiątkami lat, miałam wrażenie że słucham czegoś współczesnego. Mozart, Verdi, Czajkowski – grani na tylu instrumentach, w tylu interpretacjach, różnymi głosami przez te wszystkie lata, stanowią jakąś cześć naszej współczesnej kultury. Te dźwięki są z naszego świata. Są teraz.

Court Music and Songs
From Ages Discoveres 1492-1553
Hesperon XX
Jordi Savall
Secular Music from Christian and Jewish Spain



Jestem wgnieciona w fotel. Przeniesiona w czasie w tamte czasy. Tak jakby ktoś otworzył mi przed nosem magiczną bramę. I słyszę tamte głosy tak realne jakbym czuła ciepły wiatr na szyi.

I czytam Hyperion. Bramy miedzy światami stoją szeroko otwarte.

czwartek, 1 stycznia 2009

Na styczniowy wieczór

Hyperion, Coca Cola i to:




...i co z tego że za oknem zimno.