środa, 14 stycznia 2009

I nie ma nic lepszego niż zjeżdżać z górki po tej stromej stronie.

Jednak to była ospa. Ja i kocur okupiliśmy to ponad tygodnia walki w wrednym wirusem. Kocur bardziej chory, z gorączką i bólem mięśni. Ja zmaltretowana psychicznie na widok mojej twarzy, która Wygląda zupełnie nie tak jak trzeba. Zawzięłam się na skórę. Nie wiem jak ja to zrobiłam siłą woli Afrodycką, silnymi lekami antywirusowymi czy inną chemią, ale jest już dobrze. Jest ładnie, raczej to chciałam powiedzieć. Tak czy inaczej zakończę całą ospę w weekend wizytą u kosmetyczki. Należy mi się.
Po lekach antywirusowych zostały przekrwione oczy –znak, że wątroba mnie nie lubi. Trudno, tak czy inaczej będzie musiała ze mną zostać.

Poza tym schudłam. Nie wiem ile, ale ciała mam mniej i nawet mnie to cieszy. Mam smaka tylko na mandarynki jabłka i zieloną herbatę. A na takiej diecie się nie spasie. Mam teorię, że moja wątroba odmawia trawienia cięższych rzeczy.

W czasie choroby maiłam mały epizod z polska służbą zdrowia. Potrzebowałam 2 dni L4 i z zamiarem zdobycia tychże udałam się do przychodni. Panie zbaraniały że mam 28 lat i nigdy nigdzie nie byłam zapisana, ale ok. Zapisały mnie na 12:30. Na 13 miałam odbiór Natalisa wiec dobrze. Przychodzę 12: 29 a ty 4 babcie przede mną. Grzecznie proszę, a one że tez są na 12 30 i mnie nie przepuszczą bo młoda i mam czas. Wkurwiona Demeter się zrobiłam. ( dziecko na mnie czeka!). Poszłam do rejestracji i tak aby mnie słyszano dałam znać ze „przez przypadek chyba zapisano kilka osób na tą samą godzinę… a mam ospę, bardzo zakaźną i czekać nie mogę”. Na dźwięk ospa zakaźna ludzie w poczekalni którzy ospy nie mieli mało bab przede mną nie związali, żeby mnie puściły (-; A potem pan doktor mnie obejrzał – dokładne – bo jak mówi w życiu ospy nie wiedział, bo on nie pediatra i zawsze trzeba się czegoś nowego nauczyć.. Fajnie mam dwa dni L4.

Następnego dnia krajobraz na mojej twarzy wyglądał ponuro. Paskudnie. Usmarowałam się czymś białym i ruszyłam w świat, żałując że nie mam maski. Przemykając pod ścianami usłyszałam za sobą „ Jak pani ślicznie wygląda, tak świątecznie…” Ómarłam. Zaczęłam się śmiać jak norka, z ospy z siebie. Bo fakt, wyglądałam jak ośnieżona choinka. Dalszą drogę przebyłam z rogalem na buzi i podniesiona głową. Choinki się nie przemykają pod ścianami. Dystans do siebie połową sukcesu. ( Druga połowa to dobrze dobrane leki)


Poza tum poczta przyszedł prezent niespodzianka. Otwieram pudełko…a tam … PASIKONIK. „Mam otworzyć skorpiona, mam otworzyć pasikonika” od razu mi przyszło do głowy. Wiem, że aluzja była niezamierzona, ale bardzo fajnie przypadkowa.

Niektóre niedokończone sprawy wracają w snach. Tylko, że inaczej potoczyć mogły by się wtedy. A teraz jest teraz i to nie ma już znaczenia. Gdybym była gobelinem to wystawały by ze mnie gdzieniegdzie pourywane nitki. Głęboki wdech, przypominam sobie te dobre chwile i znowu niczego nie żałuję. Pewne, rzeczy są jak ospa. Tylko raz.

I jest tylko teraz.
Dzisiaj poszłam z Natalisem na sanki. Niby mam siedzieć w domu, nie doziębić ospy. Pieprzyć to. Pieprzyć ospę. Chora mogę być potem, szczęśliwsza będę teraz. Teraz-Potem, Mogę-jestem – istotna różnica. Obłędnie fantastyczne uczucie. Płatki śniegu we włosach. Tulę mocno moja córkę i obie piszczymy z radości zjeżdżając sankach z „tego stromego” zbocza górki. Potem się turlamy. Świeży śnieg ciągle pada, a na osiedlu nie ma nikogo. Tak jakby padał tylko dla nas. Dziwne, ale od bardzo dawna nie czuję w taka pogodę zimna. Czuje tylko szczęcie od koniuszków nóg do nosa. Kieruje sankami, żeby nie wjechać w krzaki i wywalamy się w zaspę. Kocham Natalia tak mocno, że prawie tego nie mogę pojąć. W takich chwilach stwierdzam, że nie ma nic lepszego niż życie. Że nie ma nic lepszego niż dzielić z kimś na dwie części te spadające płatki śniegu. I nie ma nic lepszego niż zjeżdżać z górki po tej stromej stronie. Nie ma nic lepszego niż teraz.

A stan mojego gardła jutro rano mam głęboko gdzieś.

Dalej czytam Hyperiona. Wciągnęłam się do tego stopnia, że wychodząc rano bardzo się zdziwiłam, że Wyborcza nic nie pisze o wojnie międzyplanetarnej.

A słucham tego:

sobota, 3 stycznia 2009

Wehikuł czasu

Dostałam niesamowitą płytę.
Zawsze słuchając muzyki, nawet tej skomponowanej przed dziesiątkami lat, miałam wrażenie że słucham czegoś współczesnego. Mozart, Verdi, Czajkowski – grani na tylu instrumentach, w tylu interpretacjach, różnymi głosami przez te wszystkie lata, stanowią jakąś cześć naszej współczesnej kultury. Te dźwięki są z naszego świata. Są teraz.

Court Music and Songs
From Ages Discoveres 1492-1553
Hesperon XX
Jordi Savall
Secular Music from Christian and Jewish Spain



Jestem wgnieciona w fotel. Przeniesiona w czasie w tamte czasy. Tak jakby ktoś otworzył mi przed nosem magiczną bramę. I słyszę tamte głosy tak realne jakbym czuła ciepły wiatr na szyi.

I czytam Hyperion. Bramy miedzy światami stoją szeroko otwarte.

czwartek, 1 stycznia 2009

Na styczniowy wieczór

Hyperion, Coca Cola i to:




...i co z tego że za oknem zimno.

wtorek, 30 grudnia 2008

2008 i 2009

Tak mnie przed końcem roku naszło na podsumowania. I na to co bym chciała żeby było w przyszłym. W końcu kiedy myśli się pozytywnie o przyszłości wiele dobrego się spełnia.

Rok trochę jak rzeka. Dużo się działo i jedyne co można było zrobić to wskoczyć i jakoś płynąć. To był dobry rok. Nie utonęłam. Często byłam szczęśliwa, nie chowałam głowy w piasek i brałam życie jak leci. Rok nie zmarnowany. Pełny dźwięków, zapachów i książek. Pod koniec roku odblokowałam się w pisaniu. I niech tak zostanie.

Po wielkiej histerii wróciłam do pracy i dobrze mi to zrobiło. Uczę się. I wszystko jakoś szybciej do przodu idzie. Poza tym zrobiłam coś czego się bałam, a to dodaje pewności siebie. Prywatnie: Blisko. Z Kocurem z Nat. Chociaż Nat zaczynam czuć, że pomału rozluźnia tą ścisłą symbiozie ze mną. I dobrze (-; Rozwija się i chyba nic nie cieszy bardziej. Jest już nie częścią mnie – a sobą. Córką, którą kocham.

W tym roku dusze też obtłukłam, ale to też nie źle. Tak musiało być. To jest jak wodospad - huk, ból, a potem duże oczyszczenie. I też siła, kiedy wiedzieć, że potrafię się nie oglądać za siebie. Siła, że nie żałuję czegoś co mnie zaczynało niszczyć.

Jedynego czego w roku żałuje to epizodów dołów i marudzenia. Czasami nie widzi się przepaski na własnym nosie.



Jestem ciekawa następnego roku.

Chciałabym być blisko ludzi ważnych. W zagonieniu praca – dom nie zapominać o rozmowach i wizytach. Nie wymienię , bo wszystkich i tak nie wymienię. Przema – jego najbardziej. Nat. Tym którzy byli i są.
Chciałabym pokazać Nat coś zaczarowanego.
Chciałabym zejść w głąb siebie i trochę tam pobuszować. I co z tym związane pojechać w Góry. Wyższe niż Bieszczady. Gdzieś tam śnią mi się Alpy. Posiłować się z własną fizycznością, ze skałami i z duszą. Od jakiegoś czasu śnią mi się niedźwiedzie. Nie wilki o jakich pisała Cantandora, ale właśnie te kudłate na pół drapieżniki – na pół duchy gór. Może przez pewien ślad, który znalazłam w
Chciałabym w pracy być lepsza. Dokładniejsza i skuteczniejsza. Z większą ilością radości robienia czegoś. A potem wychodzić i nie myśleć o pracy ani chwilki dłużej.
Chciałabym złapać kilka cudownych słów i dźwięków.
Chciałabym mieć oczy i uszy otwarte i nie żałować straconych szans.
Czekam też na Mikołaja – mojego -kiedyś – syna. I czuję, że to jeszcze nie w tym roku. To musi samo we mnie urosnąć. W końcu wszystko ma swój czas i porę. I kto jak kto, ale niedźwiedzice o tum wiedza.

piątek, 26 grudnia 2008

Motomysz i anisko dawno temu


To jest Moto-Mysz. A dokładnie jej rysunek autorstwa mojego dziecka. Mysz jest nakręcana i koty przed nią uciekają. Jest z tego zabawa. W ogóle patrząc na rysunki Nat, na to co opowiada to aż robi mi się miękko w kolanach patrząc jak się rozwija. Może to dziwne, ale te wszystkie pierwsze "mamo" nie robiły na mnie wrażenia. Najpierw był ten okres mleczny - czas doskonałego połączenia, a teraz zaczął się proces oddzielania. Oddzielania i wzrastania Nat jako osobnego człowieka. Kogoś kto błyskawicznie przyswaja wszystko co się jej mówi i pokazuje - a potem tworzy w swojej głowie swój własny obraz świata. Niesamowite to jest.


W czasie wizyty u rodziców wyszperane na komputerze ojca.
No, troszkę jestem do Natalisa podobna.
A swoją drogą Nat ma krostki - nie wiadomo jeszcze czy Ospa czy Odra. Jednego i drugiego nie miałam. Ryzyko zarażenia wynosi 90%. Super. Już się cieszę. Wrrrr.




środa, 24 grudnia 2008

Wesołych Świąt!

Wesołych Dobrych Świąt Wszystkim!
Życzę wam Miłości, Spokoju ducha, optymizmu i ciepła. Dobrych ludzi w około, oczu otwartych , żebyście nigdy w życiu nie zostawali w tyle i niczego się nie bali. Udanych skoków na głęboką wodę w tym roku życzę. Sobie i wam. Mru.

W sumie czego innego każdemu z was życzę. Inne życzenia pójdą myślami do Warszawy do Czarodziejów, inne nad morze, inne do Krakowa/Rudy śląskiej, inne do Gliwic. Inne do jeszcze innych miejsc., Tak czy inaczej ten świąteczny czas myślę o was ciepło.

Choinka z pozdrowieniami dla Choinki Zuzy.



I mały Natalis.




Nagła zmiana planów i w tym roku jednak nie w Łupkowie. Trochę mi żal, ale decyzja miała swoje podstawy. Jaka była Wigilia? Dobra. Bardzo dobra. Dorosła.
Po raz pierwszy w trójkę z kocurem. Po raz pierwszy wzięta odpowiedzialność na nas za to jakie to będą święta. Nie powiem, że się nie bałam jak to wyjdzie. Nie lubimy tych z rodzinną? Jasne, można się spotykać jak co roku i udawać męczennika. A tak wzięłam / wzięliśmy odpowiedzialność na siebie. To chyba taki czas tester – nie da się ukryć za dużo za choinką i uszkami. Coś się otwiera i wychodzi czy jest dobrze, czy pusto. Zresztą ja mam dużą traumę świąteczną i trochę mnie kosztuje żeby na tej dziurze coś budować.

Czuję się spokojnie, ciepło i jakoś dorośle. Jakbym poczuła, ze coś jest kawałkiem, mojego ( naszego) życia, mojej ( naszej) rodziny, moich ( naszych) Świąt. Trochę budzenie w sobie archetypicznej Hestii. I to nie w tym najpłytszym wymiarze „ posprzątaj ugotuj” ale w tym głębszym – tworzenia miejsca – domu – własnej przestrzeni. Bardzo to nowe, ale i przyjemne.
Nie obeszło się bez wpadek kulinarnych. Wymyśliłam kutię. Namoczyłam pszenicę, gotuję ją ( coś szybko dobra była, ale ok zrobiłam). Potem chce gotować kaszę pencak i patrzę na opakowanie a tam jak byk „ pszenica” - zrobiłam kutie z kaszy. Jest oryginalne. Jadalne nawet też, choć w tym roku gościły u nas smaczniejsze potrawy.

A w tle leci prezent Świąteczny – Bryn Terfel – Opera Arias. Ten pan mnie gotów do Wagnera przekonać. Co ja mówię do Wagnera, jakby tym głosem śpiewał pieśni weselne polskie to bym padła (-;


A i zapomniane sprawozdanie z remontu. Melduję że skończyliśmy. Na pierwszym planie Pająk Stefan. Tak jak widać ściany są fioletowo – lawendowe, sufit żółtawy, a na dole są kwiatki wszelakie i ślimaki. Dużo było z tym pracy. Bardzo dużo. Ale zrobiliśmy coś razem. Kawałek naszej przestrzeni, naszym pomysłem i pracą a nie tylko przelewam na rzecz firmy remontowej. To jest jakiś pierwotny instynkt – moja jaskinia – sama skóry wieszam. W każdym razie skłamałabym jakbym powiedziała, że nie jestem zadowolona. (-;






sobota, 6 grudnia 2008

Spadającity sufit, pająk, jeden mały cud, dużo teatru i panda zen. To tak w skrócie.

Hu, hu, hu. Jestem, nie padłam. Acz po ostatnim weekendzie myślałam, że padnę - ze zmęczenia.

Zeszła sobota. Robimy remont. I to już bardziej konkretnie. Z pędzlem. Mieliśmy skończyć o 20 skończyliśmy o 3 w nocy. Mały wypadek z sufitem co spadł nam na głowę. Cóż, zawsze lepiej sufit niż niebo. Jutro też robimy ale to wykańczanie. Zdjęcia będą ( pająka Stefana też), ale dopiero jak skończymy.

Ale zaraz zaraz, ja opowiadałam kto to Stefan? W czasie remontu wylazł zza pieca pająk. Gigantyczny. Taki jak z owej sceny z Kay prawie (-; Moja córka łypie i nie wie co myśleć. Więc ja żeby nie robić histerii zawołałam „ Jaki cudny pajączek nas odwiedził!” No więc ona się grzecznie pyta pająka jak ma na imię. Odpowiadam dyskretnie za niego że Stefan. Stefan dostał coś do jedzenia, ale do niego nie podchodzono, bo Stefan nie lubi. Cały wieczór gadała ze ( raczej do) Stefana. A w nocy budziła się co kilka godzin i leciała na ścianę patrzeć czy Stefan jest. Rano niestety Stefan wybrał wolność. Podejrzewam, że dalej żyje za piecem. Malowaliśmy ostrożnie. Relacje z remontu i wizyty Stefana jak skończymy czyli niebawem.


Poza tym wspaniała wiadomość z Warszawy. Jak to cieszy jak się ludziom układa. Zwłaszcza jak to układanie jest na granicy Cudu. Nie będę pisała co, żeby nie zapeszać. Ja jestem z wami myślami ciągle. Oby wiosna była pełna życia (-;


Poza tym ostatnio tygodnie teatralne.

Najpierw my Kraków Biesy. Bardzo, bardzo dobrze było. Kawał solidnej dramatycznej sztuki. Bez dziwactw i eksperymentów jakich spodziewałam się po teatrze STU. O tyle większe brawa, że Biesy to twardy kawał słowa, który nie tak łatwo w teatr przenieść. Stawrogin zagrany rewelacyjnie – oszczędnie, bez patosu, tak jak sobie wyobrażałam. On tu jest sukinsynem. Piotr Wierchowieńsk rewelacyjny. Trochę gorzej wyszły panie ( młodsze pokolenie). Pani Lebiadkin nie przekonała wcale. Zastanawiam się czy ta nadmierna teatralność to jej własna interpretacja czy pomysł reżysera.

Ale tak czy inaczej podobało się. To taki teatr dramatyczny na jakimś się wychowałam ( duże słowo, z jakim się zetknęłam będąc jeszcze młodsza i głupsza niż jestem (-; ) i ta forma cięgnie jak magnes. Bliskością aktora, mocą przekazu i słowami. Ja jestem już tydzień po i cały czas o tym myślę. Sięgam do książki. Siła Dostojewskiego, czy teatru? Nie wiem.

Dziś też polazłam do teatru. W ramach Mikołaja córka dostała na prezent bilety do teatru. ( Zgodnie z zasadą „daj coś co byś samemu chciała dostać”). Poszliśmy do Katowic na Klonowych Braci w Teatrze Ateneum. I byłam bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona. Zaskoczona mocą jej odbioru ( śmiała się i płakała i trzęsła) – i zaskoczona całkiem dobrym kawałkiem teatru. Fajna bajka, ładne lalki, dobrzy aktorzy. Zero bylejakości. Tylko teraz muszę tłumaczyć „że jak przyjdzie baba Jaga to my ją pogrzebaczem pogonimy”. Myślę, że za kilka lat przyjdzie czas na operową wersję Jasia i Małgosi. Sama jej jestem ciekawa.

Jak o tym piszę, to po raz kolejny dochodzę do wniosku, że jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w posiadaniu dzieci jest możliwość dzielenia się swoimi pasjami i wartościami. Opowiadania i pokazywania świata. Teatru, opery i chyba najbardziej książek. Kupiliśmy ostatnio ( troszkę przypadkiem) Zdumiewające opowieści Pandy – czyli bajki filozofii zen. Cudownie ilustrowane, proste i niegłupie. Do tego stopnia, że kocur kazał mi je czytać codziennie i medytować nad nimi.