Dziwnie mi dzisiaj. Mam strasznie rozchwiane nastroje. W jednej chwili wożę dziecko w wanience do kąpieli po parkiecie ( ciekawe co na to sąsiedzi z dołu) i przy muzyce z Piratów z Karaibów zaśmiewającym się i mamy super zabawę. ( Ja udaję potwora morskiego i robie AGRRRAAAHHH). A już po chwili jakoś mi łyso. Tylko proszę nie zwalać na jesień. Ona niczemu nie winna. Dobrze, może troszkę podejrzewam czemu mi smutno, ale pozwolicie że zostawię to dla siebie.
A wracając do jesieni, to ( ponieważ zapewne niektórych z Was wpędza w melancholię) rano wymyśliłam kilka powodów dlaczego Lubić Jesień Należy. Jeżeli ktoś ma jeszcze jakieś pomysły to też zapraszam do dopisywania.
1)Nigdy nie smakuje tak herbata jak właśnie jesienią.
2) Te chwile kiedy rano jest jeszcze szaro,a my leżymy sobie pod kołdrą i jeszcze przez chwilę nie musimy wstawać. ( Dobrze jest mieć obok siebie ciepłego kota, albo rozespanego dziecia mówiącego „mama” - opcjonalnie oba te stworzenia). W każdym razie te chwile skradzione porankowi są baaardzo miłe. Śmiem twierdzić, ze są jednymi z przyjemniejszych chwil w życiu (-: Mrauuuu.
3) Kiedy juz w końcu jesienią wyjdzie jakieś słonko i widać kawałek nieba to jak nas to cieszy. A czy ktoś się cieszy takim niebem w lecie? Nie, i jeszcze narzekają ze upały.
4) Każdą chandrę i lenistwo można sobie łatwo uzasadnić - „bo jesień i pogoda taka”. Nawet jak sami w to nie wierzymy pozwala szybki uciąć wszystkie dywagacje i wtrącania się czemu nam źle.
5) Jest zupa grzybowa.
6) W puchatych swetrach nam zazwyczaj do twarzy.
7) Jeżeli jesienią musimy siedzieć dłużej w pracy - lub siedzieć w domu nie wychodząc, to zamiast marudzić radujemy sie w sercu, ze te matoły marzną na plusze a my tu w ciepełku herbatę popijamy. ( Kiedy to my musimy wyjść argument traci na aktualności).
Czyli ajk widzimy jesień nie jest taka zła. Nosy do góry i parasolki w dłoń.
wtorek, 29 sierpnia 2006
piątek, 25 sierpnia 2006
Tu od dawna powinna być notka. Ba, nawet dwie lub trzy. O rzeczach ważnych i mniej ważnych. I radosnych i smutnych. Tyle że jakoś nie mogłam się zabrać żeby je wszystkie spisać, a tera myśli mi pouciekały z głowy na wszystkie strony. Dobrze. Będzie zatem w punktach i chaotycznie. Czyli Depesze z Życia LaBrujów.
Wakacje mijają mi niepostrzeżenie. O wyjedzcie Rycerkowo-Rodzinno- Pańszczyźnianym obiecałam sobie nie pisać. Było beznadziejnie. I co tu więcej dodawać. Z kolei na Flambergu byłam jednym okiem. Na tyle ile mogłam być. Z ambitnych planów jechania tu i tam, grania i zwiedzania zostały się jakieś okruszki. Nie doceniłam stopnia w jakim 10,5 miesięczne dziecko potrafi absorbować. Jesteśmy z sobą zżyte tak, że czasem już nie wiem, która z nas żyje według rytmu tej drugiej. Chyba przez te miesiace emocjonalna pępowina jeszcze się zacieśniła. I cholera dobrze mi z tym.
Z rozkoszy tylko-dla-mnie to delektowałam się ostatnio książką M. Atwood Grace Grace. Cały czas miałam nieodparte wrażenie że słowa w niej były nie tyle napisane co wyszywane.
Cóż dalej? Udało mi się wreszcie zacząć sprawy remontowo – malarskie. Znaczy malowałam ja i Aniołak, a potem ja w asyście Indyga. I miałam z tego sporą zabawę. I nie mówię już tylko o ściennym efekcie, ale o całokształcie babrania się i tworzenia. I o pieśniach szpachlersko – malarskich. ( „Ach gdzie ta szpachla, gdzie ta gładź? ). Lubię robić rzeczy fizyczno – manualne.
Dalej popadam w bzika roślinnego. Prze tyle lat nie miałam ręki do kwiatków, a tu nagle zaczęły mi rosnąć. I to raczej ja się zmieniłam a nie rośliny. Bo ogrodnictwo wymaga dość specyficznego stanu ducha. Bardziej spokojnego niż miałam kiedyś i nieco zamkniętego w sobie. Takiego stanu na którym można się porozumiewać bez słów z kwiatami.
Ze spraw mniej przyjemnych to zostałam obdarowana przez rodziciela prezentem. Specjalnie dla mnie wybieranym i przywiezionym z Pragi. Miał się podobać. Bo ja niby lubię A. Muchę. Zazwyczaj. Tylko że moi rodziciele wybrali jego plakat ogromnych gabarytów, dziwacznej kolorystyki, na dodatek przedstawiający babsko tęgie, z miną jako żywo mojej nauczycielki z podstawówki. Błe. Tyle że to prezent i nie fajnie jak wyląduje w rulonie na kredensie. Zwłaszcza, że się darczyńca dowiaduje czy juz zawiesiłam. )-; I co ja mam zarobić. Tak mi przykro troszkę.
Ujjj. Patrzę na ten mów wpis z jakąś dezaprobatą. Nie tak miało wyglądać. Chciałam dłużej, bardziej osobiście. Chciałam wypisać listę Rzeczy Dobrych. Chciałam wam napisać że po raz pierwszy od wielu lat nie przechodzą mnie ciarki jak pomyślę o jesieni i że wreszcie jetem w środku spokojna. I o tylko innych rzeczach. Ale tak to jest jak własny blog się zakurzy. Muszę wyczyścić na nowo czajnik ( ten ze zdjęcia) co by Wam móc w czym herbatę podawać.
A tak na koniec tylko zdradzę, że jedna myśl za mną od wczoraj chodzi. Indygo podzieliła się ze mną spostrzeżeniem, że kilku „popularnych acz ambitnych pisarzy” pisze w sumie w ten sam deseń; dużo opisów szczegółów i detali z bliskiej perspektywy, zabawy narracją i ... przynajmniej jeden dokładny opis narządów męskich. Hmmm. A ja podobno takowych książek zazwyczaj nie lubię. Może nie wystarczająco go znam? Idę tam szukać wiadomych części. No co? Kocura nie ma to chyba poczytać można przynajmniej? Toć to Wysoka Lyteratóra. (-;
Wakacje mijają mi niepostrzeżenie. O wyjedzcie Rycerkowo-Rodzinno- Pańszczyźnianym obiecałam sobie nie pisać. Było beznadziejnie. I co tu więcej dodawać. Z kolei na Flambergu byłam jednym okiem. Na tyle ile mogłam być. Z ambitnych planów jechania tu i tam, grania i zwiedzania zostały się jakieś okruszki. Nie doceniłam stopnia w jakim 10,5 miesięczne dziecko potrafi absorbować. Jesteśmy z sobą zżyte tak, że czasem już nie wiem, która z nas żyje według rytmu tej drugiej. Chyba przez te miesiace emocjonalna pępowina jeszcze się zacieśniła. I cholera dobrze mi z tym.
Z rozkoszy tylko-dla-mnie to delektowałam się ostatnio książką M. Atwood Grace Grace. Cały czas miałam nieodparte wrażenie że słowa w niej były nie tyle napisane co wyszywane.
Cóż dalej? Udało mi się wreszcie zacząć sprawy remontowo – malarskie. Znaczy malowałam ja i Aniołak, a potem ja w asyście Indyga. I miałam z tego sporą zabawę. I nie mówię już tylko o ściennym efekcie, ale o całokształcie babrania się i tworzenia. I o pieśniach szpachlersko – malarskich. ( „Ach gdzie ta szpachla, gdzie ta gładź? ). Lubię robić rzeczy fizyczno – manualne.
Dalej popadam w bzika roślinnego. Prze tyle lat nie miałam ręki do kwiatków, a tu nagle zaczęły mi rosnąć. I to raczej ja się zmieniłam a nie rośliny. Bo ogrodnictwo wymaga dość specyficznego stanu ducha. Bardziej spokojnego niż miałam kiedyś i nieco zamkniętego w sobie. Takiego stanu na którym można się porozumiewać bez słów z kwiatami.
Ze spraw mniej przyjemnych to zostałam obdarowana przez rodziciela prezentem. Specjalnie dla mnie wybieranym i przywiezionym z Pragi. Miał się podobać. Bo ja niby lubię A. Muchę. Zazwyczaj. Tylko że moi rodziciele wybrali jego plakat ogromnych gabarytów, dziwacznej kolorystyki, na dodatek przedstawiający babsko tęgie, z miną jako żywo mojej nauczycielki z podstawówki. Błe. Tyle że to prezent i nie fajnie jak wyląduje w rulonie na kredensie. Zwłaszcza, że się darczyńca dowiaduje czy juz zawiesiłam. )-; I co ja mam zarobić. Tak mi przykro troszkę.
Ujjj. Patrzę na ten mów wpis z jakąś dezaprobatą. Nie tak miało wyglądać. Chciałam dłużej, bardziej osobiście. Chciałam wypisać listę Rzeczy Dobrych. Chciałam wam napisać że po raz pierwszy od wielu lat nie przechodzą mnie ciarki jak pomyślę o jesieni i że wreszcie jetem w środku spokojna. I o tylko innych rzeczach. Ale tak to jest jak własny blog się zakurzy. Muszę wyczyścić na nowo czajnik ( ten ze zdjęcia) co by Wam móc w czym herbatę podawać.
A tak na koniec tylko zdradzę, że jedna myśl za mną od wczoraj chodzi. Indygo podzieliła się ze mną spostrzeżeniem, że kilku „popularnych acz ambitnych pisarzy” pisze w sumie w ten sam deseń; dużo opisów szczegółów i detali z bliskiej perspektywy, zabawy narracją i ... przynajmniej jeden dokładny opis narządów męskich. Hmmm. A ja podobno takowych książek zazwyczaj nie lubię. Może nie wystarczająco go znam? Idę tam szukać wiadomych części. No co? Kocura nie ma to chyba poczytać można przynajmniej? Toć to Wysoka Lyteratóra. (-;
poniedziałek, 31 lipca 2006
Wróciłam.
Pierwsza rzecz to, że wiatru z połonin nie przyniosłam, bo z małym Natalisem po takowych nie dałam rady chodzić. Ale mimo to było cudownie.
Zacznę od miejsca. Przez pierwsze kilka dni chodziłam w kółko i węszyłam, czy to możliwe że tak fajne miejsca w ogóle istnieją. Zupełne odludzie, 5 km od drogi, w cudownej dolinie, cały dom z niesamowicie pozytywną atmosferą czegoś ciepłego i dobrego, wspaniałe wegetariańskie jedzonko, dobre traktowanie zwierzów domowych ( a o to na wsi czasem ciężko) i biegające w około zwierza dzikie. Były chwile kiedy czułam się trochę samotna – z innych gości były cale rodziny, a ja byłam tylko z Natalisem. Potem przestało mi to przeszkadzać. Czułam się jak wielka bryła lodu, która w jakiś sposób emocjonalnie się rozmraża. Potrzebny mi był taki czas. I jak tylko się rozmroziłam to musiałam już wracać.
Choć były też rzeczy które mi troszkę przeszkadzały. Strasznie ciągnęło mnie w góry. Do Lackowej to prawie wyłam. I właśnie na takie samotne wyprawy miałam największą ochotę. Do pół i lasów i ptaków drapieżnych w ciszy po jasnym niebie krążących. A musiałam siedzieć na miejscu. Ale jeszcze pochodzę. Kiedyś.
Druga rzecz to, że mimo całego uroku tamtego miejsca nie umiałam poczuć się tam jak u siebie. Czułam się trochę tak jak na wyjazdach z Anią i Marcinem. Dobrze, ciepło, bezpiecznie, ale boleśnie czuć że to nie mój świat. Wyciszam się wtedy i wchodzę w siebie. Tak jak w Chmielu czy Taize od razu czułam się jak u siebie i otwierałam na innych. Ale to nie ważne że nie jest to mój świat. Cieszę się że inni mają takie dobre miejsce.
A i refleksja z innej beczki. Oprócz mnie w Ropkach było kilka rodzin z dziećmi. I dochodzą do wniosku, że chyba jestem jakąś inną mamą. Taką bardziej przypominająca zwierzaka z młodym niż „mamusię” z gazety Twoje dziecko. Natalis łaził po trawie, jadł chlebek z podłogi, śmiał się jak dziki i w ogóle dobrze mu było. A z innymi mamami nie mogłam złapać wspólnego języka.
W ogóle to poznałam nowy typ homo sapiens. Mianowicie „mamusie” i „tatusiów”. Obiekty takie mówią dziwnym, nieco piskliwym głosem, zwracają się do swoich pociech, nawet tych najmłodszych, w wołaczu nie w mianowniku. Zabraniają im wszystkiego co w jakikolwiek sposób może zaszkodzić ich zdrowiu. Nie zabraniają natomiast niczego co zagraża zdrowiu ( psychicznemu zwłaszcza) otoczenia. Od rana słuchać „Filipie, umyj ręce. Filipie uważaj na schodach”. Nikt nie zabrania natomiast bachorowi tupać, hałasować, kaprysić, szantażować. Kiedy dziciuk taki przez przypadek trafi nogą w piłkę, już mama i babcia biją brawo na stojąco, że gwiazda futbolu nam rośnie. Błeh. Dodatkowo nabrałam szczególnej nieufności do rodziców nazywających swe pociechy: Marysia, Zuzia, Franek, Jasiu i Józiu. Pachnie mi to mamusiowaniem.
Dobrze, że nasz Natalis rośnie bez nim mamusi. Za to z mamą, co się z tarza po trawie pluska w wodzie i nie bije brawa na stojąco jak „śliczna kupka w pieluszce się pojawi”. I że ta mama ma Kocura-Tatę –Natalisa co dalej jest paskudnym cynicznym kocurem, co gra w rpg, robi dużo fajnych rzeczy i pazurów wcale nie stracił. A nie bezzębnym milusim tatusiem co mówi śmiesznym głosikiem i tak wczuwa się w rolę tatki, że zapomniał że może być facetem.
A jutro znowu znikam. Tym razem nie dla przyjemności. Jadę do Rycerki. W każdym razie pozytywne jest to że za jakiś czas wrócę.
To do zobaczenia.
Pierwsza rzecz to, że wiatru z połonin nie przyniosłam, bo z małym Natalisem po takowych nie dałam rady chodzić. Ale mimo to było cudownie.
Zacznę od miejsca. Przez pierwsze kilka dni chodziłam w kółko i węszyłam, czy to możliwe że tak fajne miejsca w ogóle istnieją. Zupełne odludzie, 5 km od drogi, w cudownej dolinie, cały dom z niesamowicie pozytywną atmosferą czegoś ciepłego i dobrego, wspaniałe wegetariańskie jedzonko, dobre traktowanie zwierzów domowych ( a o to na wsi czasem ciężko) i biegające w około zwierza dzikie. Były chwile kiedy czułam się trochę samotna – z innych gości były cale rodziny, a ja byłam tylko z Natalisem. Potem przestało mi to przeszkadzać. Czułam się jak wielka bryła lodu, która w jakiś sposób emocjonalnie się rozmraża. Potrzebny mi był taki czas. I jak tylko się rozmroziłam to musiałam już wracać.
Choć były też rzeczy które mi troszkę przeszkadzały. Strasznie ciągnęło mnie w góry. Do Lackowej to prawie wyłam. I właśnie na takie samotne wyprawy miałam największą ochotę. Do pół i lasów i ptaków drapieżnych w ciszy po jasnym niebie krążących. A musiałam siedzieć na miejscu. Ale jeszcze pochodzę. Kiedyś.
Druga rzecz to, że mimo całego uroku tamtego miejsca nie umiałam poczuć się tam jak u siebie. Czułam się trochę tak jak na wyjazdach z Anią i Marcinem. Dobrze, ciepło, bezpiecznie, ale boleśnie czuć że to nie mój świat. Wyciszam się wtedy i wchodzę w siebie. Tak jak w Chmielu czy Taize od razu czułam się jak u siebie i otwierałam na innych. Ale to nie ważne że nie jest to mój świat. Cieszę się że inni mają takie dobre miejsce.
A i refleksja z innej beczki. Oprócz mnie w Ropkach było kilka rodzin z dziećmi. I dochodzą do wniosku, że chyba jestem jakąś inną mamą. Taką bardziej przypominająca zwierzaka z młodym niż „mamusię” z gazety Twoje dziecko. Natalis łaził po trawie, jadł chlebek z podłogi, śmiał się jak dziki i w ogóle dobrze mu było. A z innymi mamami nie mogłam złapać wspólnego języka.
W ogóle to poznałam nowy typ homo sapiens. Mianowicie „mamusie” i „tatusiów”. Obiekty takie mówią dziwnym, nieco piskliwym głosem, zwracają się do swoich pociech, nawet tych najmłodszych, w wołaczu nie w mianowniku. Zabraniają im wszystkiego co w jakikolwiek sposób może zaszkodzić ich zdrowiu. Nie zabraniają natomiast niczego co zagraża zdrowiu ( psychicznemu zwłaszcza) otoczenia. Od rana słuchać „Filipie, umyj ręce. Filipie uważaj na schodach”. Nikt nie zabrania natomiast bachorowi tupać, hałasować, kaprysić, szantażować. Kiedy dziciuk taki przez przypadek trafi nogą w piłkę, już mama i babcia biją brawo na stojąco, że gwiazda futbolu nam rośnie. Błeh. Dodatkowo nabrałam szczególnej nieufności do rodziców nazywających swe pociechy: Marysia, Zuzia, Franek, Jasiu i Józiu. Pachnie mi to mamusiowaniem.
Dobrze, że nasz Natalis rośnie bez nim mamusi. Za to z mamą, co się z tarza po trawie pluska w wodzie i nie bije brawa na stojąco jak „śliczna kupka w pieluszce się pojawi”. I że ta mama ma Kocura-Tatę –Natalisa co dalej jest paskudnym cynicznym kocurem, co gra w rpg, robi dużo fajnych rzeczy i pazurów wcale nie stracił. A nie bezzębnym milusim tatusiem co mówi śmiesznym głosikiem i tak wczuwa się w rolę tatki, że zapomniał że może być facetem.
A jutro znowu znikam. Tym razem nie dla przyjemności. Jadę do Rycerki. W każdym razie pozytywne jest to że za jakiś czas wrócę.
To do zobaczenia.
piątek, 21 lipca 2006
Jutro jadę. Przywiazę wam troszkę wiatru z połonin.
Kiedy stałem w przedświcie a Synaj
Prawdę głosił przez trąby wiatru
Zasmreczyły się chmur igliwiem
Bure świerki o góry wsparte
I na niebie byłem ja jeden
Plotąc pieśni w warkocze bukowe
I schodziłem na ziemię za kwestą
Przez skrzydlącą się bramę Lackowej
I był Beskid i były słowa
Zanurzone po pępki w cerkwi baniach
Rozłożyście złotych
Smagających się wiatrem do krwi
Moje myśli biegały końmi
Po niebieskich mokrych połoninach
I modliłem się złożywszy dłonie
Do gór, do Madonny brunatnolicej
A gdy serce kroplami tęsknoty
Jęło spadać na góry sine
Czarodziejskim kwiatem paproci
Rozgwieździła się Bukowina
Kiedy stałem w przedświcie a Synaj
Prawdę głosił przez trąby wiatru
Zasmreczyły się chmur igliwiem
Bure świerki o góry wsparte
I na niebie byłem ja jeden
Plotąc pieśni w warkocze bukowe
I schodziłem na ziemię za kwestą
Przez skrzydlącą się bramę Lackowej
I był Beskid i były słowa
Zanurzone po pępki w cerkwi baniach
Rozłożyście złotych
Smagających się wiatrem do krwi
Moje myśli biegały końmi
Po niebieskich mokrych połoninach
I modliłem się złożywszy dłonie
Do gór, do Madonny brunatnolicej
A gdy serce kroplami tęsknoty
Jęło spadać na góry sine
Czarodziejskim kwiatem paproci
Rozgwieździła się Bukowina
czwartek, 13 lipca 2006
Dobrze. Wciąż żyję. Nawet mam się lepiej. Kilka refleksji po pobycie w szpitalu. Po pierwsze wreszcie zrozumiałam do czego ma służyć „bycie na czczo przed operacją”. Pacjent głodny o odwodniony się nie buntuje i nie ucieka. Lezie potulnie jak owca na cięcie. Nawet nie protestowałam jak mi igłę do kręgosłupa wbijali.
A potem długie dni leżenia w gorącu, nudy, bolenia tu i tam. Jestem tym już serdecznie zmęczona. Rozbiło mnie to dokumentnie. Mam zamiar wziąć prysznic i ruszyć na spacer. W stronę życia. To co że mi jeszcze nie wolno? Mam ochotę - wot co.
I dzięki bliskim za wsparcie, dobre myśli i smski. Pomagały. Bardzo.
A potem długie dni leżenia w gorącu, nudy, bolenia tu i tam. Jestem tym już serdecznie zmęczona. Rozbiło mnie to dokumentnie. Mam zamiar wziąć prysznic i ruszyć na spacer. W stronę życia. To co że mi jeszcze nie wolno? Mam ochotę - wot co.
I dzięki bliskim za wsparcie, dobre myśli i smski. Pomagały. Bardzo.
czwartek, 6 lipca 2006
Dobrze przyznam się. Boję się jutra. Boję się bólu, komplikacji. Boję się rozstania z Natalisem. Ale chyba nie mam odwrotu i alternatywy, bo coś z Tym trzeba zrobić. Proszę o pozytywne myślenie i modlitwę. W okolicach 14- 16 szczególnie. Mam nadzieję, że będę miała trochę szczęścia. Jak to się mówi. Wszystko będzie dobrze. Musi być.
