środa, 15 maja 2013

Pierwsza komunistka


W niedzielę mieliśmy komunię Natalisa. Z dumą stwierdzam, że nie daliśmy się zwariować, nie zrobiliśmy mini wesela, dziwacznych drogich prezentów. I po wszystkim dochodzę do wniosków, że w całej atmosferze najbardziej irytujący są czasami...inni rodzice.

W szkole Natalisa bardzo fajnie przygotowano jeżeli z wiedzy religijnej. W kościele były spotkania raz na miesiąc, niewiele, ale bardzo dobrze prowadzone. Alby, skromna dekoracja kościoła, tylko kilka prób w ostatnim tygodniu. W ogóle ksiądz zachowywał się rewelacyjnie. Zwłaszcza jeżeli chodzi o spowiedź. Nie było karteczek, obrazków do zbierania i podejścia „ kościół jak urząd” co czasami widzę w niektórych parafiach.
Co mnie irytowało to wszechogarniająca histeria innych rodziców. Narzekania: a to spotkań za dużo, a to za mało prób. Dyskusje o pieniądzach, imprezach. Cala atmosfera nerwowości i napięcia. A na sam koniec w kościele chwilami zachowanie jakby na piknik przyszli.

Myślę sobie, że naprawdę szanuje moich niewierzących znajomych, że rezygnują z chrztu i komunii. Jeżeli ich dzieci będą chciały zawsze mogą w przyszłości do Kościoła trafić ( czego im szczerze życzę) a na razie są im oszczędzone ceremonie, w które praktykuje się już chyba tylko dla tradycji i spokoju babci. Rodzice, naprawdę nie musicie posyłać dzieci do komunii. A jeżeli chcecie to zrobić to wyluzujcie i najpierw się zastanówcie czemu to jest dla was ważne i potrzebne. Bo tylko wtedy to ma sens.

I tylko rozbawiał mnie tekst Natalisa kiedy jechaliśmy samochodem. „ Bo dzisiaj jestem pierwszą komunistką”. Prawie jak Róża Luksemburg, ha.



***

A z książek właśnie skończyłam czytać Asystentkę psiarza Fantasty i Portret pani Charbuque. Wydawnictwo MAG w jednym tomie serwuje nam zbiór opowiadań i mini powieść. jeżeli chodzi o opowiadania to są bardzo nierówne. Właściwie nie ma średnich tekstów; są absolutnie rewelacyjne i dziwacznie słabe. Czytając niektóre nie mogłam się oderwać, a inne nawet na spotkaniach ŚKF'u bym oceniła jako katastrofalnie słabe. Jeffrey Ford ma bardzo dobry styl i świetne pomysły, problem że czasem za bardzo udziwnia. Na szczecie powieść - Portret pani Charbuque - należy to tej lepszej części jego prozy. Pewien XIX wieczny malarz dostaje propozycję namalowania portretu kobiety, której nie widzi. Pani Charbuque siedzi za japońskim parawanem i powypowiada o swoim życiu. I wszystko jest gdzieś na granicy realizmu i snu, tego co możliwe i wyobrażone. Dokładnie ten typ fantastyki lubię najbardziej. Polecam.

piątek, 10 maja 2013

Bo Mikołajki też mogą być w maju





środa, 17 kwietnia 2013

Wróżka Zębuszka


Czuję, że moje dziecko znika. Rozpływa się się każdego dnia, a na jego miejscu pojawia się duży człowiek. Taki dla którego kochanie mnie nie będzie oczywistością, jak ciepłe mleko w nocy, ale wypracowanym kompromisem, wspólnym śmiechem i rozmowami.

Córka traci zęby. W nocy przychodzi wróżka zębuszka a mi chce się płakać jaka ona duża. Czuję, że coś dziecięcego i miękkiego z tymi zębami odchodzi. I muszę na to pozwolić. I patrze jak grając kurki trzy chce być jak Lindsey Straling.




A tymczasem młoda za kilka tygodni ma komunię. I dochodzę do wniosku, że jeżeli ktoś jest winien tego całego zamieszania i presji komunijnych imprez -prezentów- przygotowań to sami rodzice. To ich dopada jakiś amok. Po co? Ktoś nie wierzy, po co posyła. Ktoś wierzy to wie, że to nei ejst najważniejsze. U nas w parafii spotkania raz na miesiąc porządnie prowadzone i tylko jak zaczyna się wśród rodziców dyskusja o kwiatkach/albach/pierdołach to mam ochotę wyjść z siebie.

Z dialogów przedkomunijnych w domu
- E, a jakiś prezent byś chciała?
- 5 część Baśnioboru.
- Eeeee ( tytuł owego piątego tomu „ Klucze do więzienia demonów”) 
Chyba zestaw zegarek i rower był bardziej tradycyjny. 

środa, 27 marca 2013

Po Pyrkonie


Pyrkon, Pyrkon i po Pyrkonie.
Impreza na ponad 10 tyś osób, więc minus taki, że trudno było spotkać wszystkich znajomych, którzy byli. Miałam dwie prelekcje i panel. Pierwsza prelekcja „ Od wilka do wilkołaka, między strachem a wolnością” wyszła mam wrażanie nie tak źle. Przyznam że dość dużo się przygotowywałam i bardzo bardzo denerwowałam, zwłaszcza jak zobaczyłam na sali trzy razy tyle osób ile przewidywałam. Okropnie się boję wystąpień publicznych, ale samo szperanie po mitach, baśniach i przygotowywanie tematu jest strasznie fajnie. Więc prawdopodobnie na kolejne konwenty też wyskoczę z prelekcjami. Pewnie coś o Dybukach, Golemach lub motywach Baby Jagi. (-;

Potem miałam panel czyli trzech pisarzy znanych i cenionych ( Końtoch, Orbitowski, Darda) oraz ja odpowiadało na pytania. Tu było gorzej, bo pytania dotyczyły horrorów i literatury grozy, której ja nie znam i nie czytam.
Ogólnie czułam się jak garncarz któremu ktoś zadaje pytanie;
- Jakie łuki wykonujesz najchętniej?
- Ale ja nie wykonuje łuków tylko lepię garnki.
- Kolejne pytanie, jakich cięciw używasz najczyściej
- Żadnych, gdyż lepię garnki.
- Ach, a może opowiesz nam jakie strzały polecasz?
- Nie polecam żadnych gdyż naprawdę tylko lepię garnki. 

A wyglądało to tak: 
 

Śmierciowsko nie jest literaturą grozy. Nie czytam z małymi wyjątkami współczesnych horrorów. A Masterton kojarzy mi się jedynie z kiepskiemu poradnikami o seksie. Hough.

W niedzielę miałam ostaną prelekcję o dzieciach w fandomie. Dużo luźniej, mniej przygotowywania się i nerwów i też chyba wyszło nieźle.

Jedyne minusy to koszmarne mrozy i Mikołaj, który bardzo polubił konwent ale zupełnie nie od strony która nam się podobała. Chciał po czterdzieści razy robić pipip na bramkach i ogólnie nie było łatwo. Ale za to dojrzałam do decyzji o odstawianiu go od cyca. Tylko w dzień bo w nocy dalej dostaje mleka. Na razie drugi dzień okupuje to drugiem dniem histerii o wszystko. Łatwo nie jest, ale jakoś damy rade.

Przy okazji na Pyrkonie było kilka ważnych rozmów i dowiedziałam się jak dalece może sięgać podłość ludzka. Szczegółów tu nie podam, bo sytuacja nie dotyczy bezpośrednio mnie. Może rzeczywiście jestem starsze pokolenie, ale pewnych rzeczy się za moich czasów nie robiło. Historię, którą usłyszałam od znajomej nastolatki (-; przeszło moje poczucie pojmowania. Nie wiedziałam że można sięgnąć takiego bagna i dna. I to wszystko młodzi, kształcący się, piękni i inteligentni. Ohyda.


Obecna temperatura sprawia, że jestem permanentnie chora; jak nie spojówki to zatoki i ogólnie mój mózg hibernuje. Spadek odporności, anemia i ogólnie zaczynam przypominać zombie. Nie mogę się skupić na czytaniu, ani na pisaniu. A czytać mam co.

Skończyłam jakiś czas demu Drooda Dana Simmona. Dawno nei czytałam tak dobrej książki. Z jednej strony bardzo mocno osadzona w realnym Świecie Anglii XIX wieku, we wszystkich szczegółach tamtego życia, w relacjach pomiędzy Charlesem Dickensem a Wilkie Colinsem. A z drugiej absolutnie hipnotyczna, narkotyczna jazda w dół chorej podświadomości, koszmarów, londyńskiego pod-miasta i laudanum. Kto kłamie, kto mówi prawdę, co jest opowieścią fikcją pisarską a co koszmarem narkotycznym? Do tego Simmonowi udało się wykreować bohatera z krwi i kości,a przy tym takiego sukinsyna, że ciarki przechodzą. Cudo.

A teraz czekają na mnie
Dan Abnett Xenos ( bo służba Imperatorowi zobowiązuje, chociaż tłumaczenie nie należy to wybitnych)Ostatni świadkowie.
Utwory solowe na głos dziecięcy - Swietłana Aleksijewicz - Reportaż o dzieciach które przeżyły koszmar wojny ojczyźnianej, podejrzewam, że nie będzie łatwo ani miło.
Agniezka Hałas - Po stronie Mroku - przywiezione z Prkonu


A jak zaraz nie będzie cieplej, a ja nie będę zdrowsza to mniej szybo coś trafi. Wiosny, pomidorów i więcej czerwonych krwinek sobie życzę. O!

poniedziałek, 25 lutego 2013

W trzewiach dysku

Podczas porządków na dysku znalezione. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce....

















czwartek, 21 lutego 2013

Najpyszniejsze ciasto bananowe i złamany hiacynt

Jak w tytule. Najpyszniejsze ciasto bananowe i złamany hiacynt.

Cisto nam wyszło niewyobrażalnie pyszne. A hiacynt się wziął i złamał. Trudno.



No i naprawiłam aparat taśmą klejącą. A telefonu dla nie mam i mieć nie będę. Nie pytajcie dlaczego bo gryzę.

niedziela, 17 lutego 2013

Joker and the duke


Wczorajsza Metowa transmisja była moim czwartym Rigolettem więc porównania i oczekiwania miałam wystrzelone w kosmos. Cóż, porównania, zwłaszcza do Berlina nieuniknione i wychodzi na to, że obie adaptacje na podobnym poziomie, chociaż zupełnie różne.

Na początku ogromnie zirytował mnie pan konferansjer, ostrzegając że „ miłośnicy opery mogą przeżyć szok, bo wersja jest mocno nietypowa i unowocześniona”. Może ja nie jestem żaden miłośnik opery, ale to była najbardziej klasyczna wersja jaką widziałam. W ogóle nie było tu symbolizmu, ukrytych znaczeń i przesłań. Interpretacja była jednoznaczna i niemal filmowa. Tyle że przeniesiona w lata sześćdziesiąte naszego stulecia do Las Vegas.

I był to podwójnie rewelacyjny pomysł. Raz, że Las Vegas to nie jest jakieś tam miejsce - ot ładny setting - to zwłaszcza dla Amerykanów jest pewien symbol, którzy dobrze rozumieją. Druga sprawa jaki inny symbol lepiej pasuje do amoralnej świty księcia? Śliczne starodawne miasteczko w Mantui, gdzie wszyscy chodzą w rajtuzach? No proszę.

Pierwsze brawa za stroje, scenografię i reżyserię. Wszystko było zrobione na podstawie setek zdjęć z Las Vegas, każdy neon, każda zapinka, klamerka, każdy szczegół był cudownie wkomponowany. To się oglądało jak film. Dodatkowo całość była bardzo dobra choreograficznie i dynamiczna.

Muzycznie i aktorsko Zeljko Lucic jako Rigoletto wymiatał totalnie. Chyba nie wiedziałam czegoś lepiej zaśpiewanego i zagranego. W tym prochowcu, z tym głosem jest Mhhhroczny. Nasz rodak jako Książę był ...a czy ja wiem. Na początku mi się nie podobał bardzo, ale potem stwierdziłam, że jest ok i jest to jakaś wizja księcia cymbała. Co do Diany Damrau to mamy z Kotem inne zdania. Mi się podobało muzycznie. Ale faktem, jest że ona nie pasuje do tej roli bardzo. Grała jakoś tak dramatycznie i histerycznie, że brakowało mi w tym młodości i niewinności. Chwilami widziałam w niej już nie tyle córkę Rigoletta, co ciotkę. Może gdyby była jakoś bardziej naturalna...Ale jak dla mnie do słuchania świetna.

Pierwszy akt był dość fajny, chociaż 3 arie i duety dość mało dynamiczne potrafią znudzić. W sumie z rzeczy odkrywczych uświadomiłam sobie jak bardzo Rigoletto też jest zły. Próbuje podzielić swoje życie na czarne i białe, zamknąć w domu razem z Gildą cała swoją miłość i wrażliwość, ale tak naprawdę to jest sukinsynem, który siedzi po uszy w bagnie. Może właśnie ta nie pałacowa inscenizacja mi to tak wyraźnie pokazała.

Drugi akt Rigoletta jest chyba z rzeczy operowych rzeczą która najmocniej daje mi po emocjach. Może dlatego, że dotyka relacji ojciec - córka, może dlatego, że pokazuje człowieka przegranego, pełnego strachu, złości. Fakt faktem, że mało rzeczy na scenie rusza mnie emocjonalnie tak jak II akt R. A tu było jeszcze mocniej niż zazwyczaj. Povero Rigoletto, a potem Cortigiani i Si Vendetta były wstrząsające. Ojcu porwali córkę i poniekąd sam w tym uczestniczył. W sumie miał być głupi pijacki żart, wyszła tragedia. I teraz musi iść i stanąć przed całym towarzystwem udając, że nie wie co się stało. Chociaż wie, że to oni. Oni wiedzą, że on wie. Trzeba stanąć przed zgrają szyderców. Oni na początku z niego kipą, potem jest im trochę głupio, kiedy dowiadują się, że to córkę porwali. A na końcu dochodzi do głosu zbiorowa odpowiedzialność i „ a w sumie czego on ode mnie chce”.

A potem jest już tylko gniew, rozpacz i Cortigiani czyli coście sukinsyny zrobili. I tu zauważyłam bardzo ciekawą rzecz. Nie wiem czy to kwestia ten interpretacji, czy ja dopiero teraz to widzę. Kiedy Gilda przychodzi zbezczeszczona Rigoletto nie wpada w szał, ale ją pociesza. On by dał sobie z tym radę. On dostał szału po tym jak Gilda opowiada, że zakochała się w księciu. On jest o nią normalnie zazdrosny, jak facet nie jak ojciec! Zresztą w tej interpretacji dopiero dobrze widać jak bardzo chora jest relacja między Gildą a Rigolettem. W III akcje zabiera ją pod bar, żeby nawet kosztem cierpienia się odkochała i znowu należała emocjonalnie tylko do niego.

Drugie co zauważyłam, że Gildę porwał nie książę a ekipa z kasyna. Rigoletto nawet nie ma pewności, że książę w tym brał udział! A momentalnie całą złość kieruje na niego. Przema interpretacja jest taka, że on tak bardzo nienawidzi Księcia i tego że musiał mu służyć, że w sumie czekał tylko na pretekst żeby dać upust złości. Tamto życie w kasynie jest czymś czego nienawidzi najbardziej na świecie, nienawidzi siebie, że w tym siedzi, swojego tchórzostwa. I nagle Gilda zakochuje się w kimś z tego świta. Pal licho co jej zrobili, ale to jest zdrada! I wreszcie wszystko w nim pęka, żeby dokonać zemsty. Akt II zdecydowanie lepszy niż wszystkie interpretacje jakie dotychczas widziałam.

Akt III rewelacyjny. Para zbójców świetna, sama burza neonowa, pod baraczkiem gdzieś niedaleko pustyni, w jakimś barze - jak z kina akcji. Scena burzy zaśpiewana rewelacyjnie, jeden z najbardziej dynamicznych kawałków operowych. Może jakoś mniej mnie tu ruszyła śmierć Gildy. W jakimś sensie ojciec dopiero teraz ją zauważył, bo dotychczas wszystko działo się w jego głowie. To była jego złości, jego zemsta, jego szaleństwo.


I ostatnia rzecz, bardzo bardzo podobało mi się angielskie tłumaczenie z włoskiego. lekko unowocześnione pasujące do wersji Las Vegas. A najbardziej podobało mi się nazwanie Rigoletta słowem Joker. Bo to jest ten błazen nie z kostiumowego filmu o dobrym królu, ale ten zawierający cały tragiczny i mroczny potencjał tej postaci. 

A na dobranoc Książę który podobał mi się tylko trochę, ale widać więcej inscenizacji. 



***

A zupełnie na marginesie mieliśmy na 24 godziny trzeciego kota, którego na razie roboczo nazywamy Sierściata Menda. Jest młodym jeszcze nie kastrowanym kocurkiem, około półrocznym, należy do naszych sąsiadów, i okropnie zaczepia nasze koty. Prawdopodobnie usiłując namówić je na amory. W kontekście notki operowej i owych amorów powinniśmy nazwać go Don Kotello a nasz Donnna Karmira i Donna Szczanna. Opera buffa w aktach czterdziestu, całonocna, dłuższa jak Wagner, syczana i miałczona.