czwartek, 20 grudnia 2012

Oj...


Nie wiem co bardziej Mru. Ta muzyka czy muzyk w nausznikach.

wtorek, 18 grudnia 2012

I znowu Święta


-->
Ostatnio fotorelacja piernikowa, ale dużo inne go się dzieje, tylko wszystko tak szybko, szybko, e nawet nie mam czasu usiąść i spisać.

Czytamy z Natalią Czarnoksiężnika z Archipelagu. W sumie to jakaś przełomowa chwila dla mnie, bo to zawsze była jedna z moich najważniejszych książek. To czytanie to rodzaj inicjacji, przejścia w wiek opowieści. I przy tej okazji znalazłyśmy dwa filmy na motywach tej książki. Jedna wersja rysunkowa japońska. Bardzo dziwna z totalnie poplątana fabułą trzeciej - czwartej części - w sumie nawet fabularnie nijak nie ma się do książki, ale w jakiś dziwny sposób oddaje jej ducha. ( W sumie wersji japońskiej daję 7/10)

Druga to wersja filmowa amerykańska. Niby fabuła się dość wiernie zgadza, a jednak film drobnymi niuansami zabija ducha filmu. Diabeł tkwi w szczegółach. Wymienię kilka kwiatów tej opowieści. Ged jest od razu nastolatkiem starszym i nie ma motywu dorastania. Roke to koedukacyjna (!) szkoła ze stołówką jak z amerykańskiego filmu. Nemerle ginie jak ostatni idiota kiedy jakiś zły książę rzuca w niego toporem ( a nie odchodząc na drugą stronę po walce z cieniem). Ged po ataku cienia dochodzi do siebie w tydzień i zasadniczo nie ma poważniejszych zmian. Sam cień wygląda jak skrzyżowanie zombiaka z dementorem. Mogę jeszcze długo wymieniać - ostatecznie daję 2/10. Sama nie wiem za co. Ale film jest doprawdy pouczający - jak kilkoma drobnymi szczegółami zniszczyć wydźwięk filmu. Prawie jak nieszczęsny Upiór filmowy zabił wersję musicalową.

A poza tym po kilkumiesięcznej przerwie ciąg dalszy telenoweli ja i moja rodzina. W ostatnim odcinku ( emitowanym w wakacje) po kolejnej awanturze z matką, było jej na tyle przykro, że poprosiła ojca żeby „coś z tym zrobił” a on zerwał ze mną kontakt. Było mi trochę przykro, ale na dłuższa metę czas bez awantur i emocjonalnych przepychanek był ulgą. I nagle telefon z domu. Czy możemy się pogodzić. Otóż ( tatam...) ojciec nie rozmawia ze mną „ bo jestem zła córką” ale ma żal i pretensje do matki bo to jej wina i ona jest złą matką. I tylko on wielki dobry tata, który zachował się jak obrażony chłopczyk, który kopnie wszystkich na podwórku i zbierze obrażony swoje zabawki bo ludzie są niedobrzy. I jeszcze na złość wszystkim zrobi sobie kuku.

Spotkałam się z mamą. Rozwiało się fajnie i spokojnie. Chociaż główna myśl rozmowy to „ a weź wróć do domu, niech już będzie dobrze, bo tata się ...( tu parafrazując) wykazuje ogrom dokuczliwych dla otoczenia zachowań autodestrukcyjnych. Mały szantażyk i córka ma udawać jak jest dobrze.

Rozmowa była fajna i niefajna. Fajna bo od dłuższego czasu po raz pierwszy rozwiałyśmy bez agresji. Niefajnie, bo doszło do mnie że absolutnie nie ma szans na jakiekolwiek zrozumienie, kontakt emocjonalny, bliskość. Że z rodzicami jestem na tyle różna, jak różne mogą być tylko dwa gatunki. Całą swoją tożsamość budowałam na tym, żeby być inna niż oni i teraz już się tego nie odwróci. Że w nich jest tyle strachu, żalu, smutku, pesymizmu i nieufności. Ale nie ma szansy tego zmienić, bo o takich rzeczach nie mówi się głośno. A już w ogóle nie przed obcymi ( moja propozycja wspólnej terapii spotkała się z oporem jakbym chciała rozpalić ognisko na stacji benzynowej). I nigdy nie będzie ani zrumienienia. A tak naprawdę ja przez cały czas tego oczekiwałam, że będę rozumiana i akceptowa.

A najzabawniejsze, że cała awantura w wakacje poszła o drobną ale znaczącą rzecz. W czasie wakacyjnego wyjazdu z rodzicami Natalka zażądała Barbie. Oczywiście ją dostała, ale z komentarzem „ bo Natalka to się tylko do Barbie nadaje”. Mnie to wkurzyło i wyszło jak wyszło. Teraz chciałam to wyjaśnić. I okazało się, że moja mama barbie nie cierpi a ja jako matka powinnam dziecko k s z t a ł t o w a ć i też na takie zabawki nie pozwalać. Drobiazg. Ale wkurzył mnie bo lata naszych konfliktów, a być może też obecny stan opierały się na tym, żeby próbować mnie kształtować żebym wyszła na ludzi. Żebym się uczyła, nie chodziła po knajpach, nie wpadła w złe towarzystwo. Potrzebna była kontrola i nadzór. Na ludzi na szczęście nie wyszłam, ale nauczyłam się skutecznie kłamać i kombinować.

Oczywiście mogłabym Natalkę k s z t a ł t o w a ć - posyłać na angielski, skrzypce ( co i tak robi) zabraniać Barbie i monster high. Tylko że to zapoczątkowałoby proces który mógłby mieć dwa rozwiązania - lepsze ( to które miało miejsce w moim przypadku) - po pewnym czasie dziecko by się zamknęło na mnie, znalazło własny świat i kreatywne sposoby obejścia matczynych zakazów. I gorszy scenariusz - udałoby mi się ukształtować córkę na doskonałą osiągającą sukces kukiełkę, która swoją wartość widzi w spełnianiu życzeń mamusi, bądź kogo tam jeszcze.

Wychowanie polega na akceptowaniu świata i charakteru młodej. Mogę jej pokazywać mój świat, Beskid Niski, operę, skrzypce, rpg, książki. A przy tym interesuję się tym co ją bawi i ciekawi. I na tym buduję nasz kontakt. I akceptuję, że w życiu pójdzie gdzie chce.

Myślałam co zrobić. Początkowo chciałam też pogadać z ojcem i mu wygarnąć. Ale to chyba nie ma sensu. Zrobiłabym to, gdybym wierzyła, że może być dobrze. Nie wierzę w porozumienie. Ojciec mnie zostawił emocjonalnie i póki sam tego nie przyzna, nie usłyszę przepraszam, to mogę na najniższym poziomie udawać, że jest ok. Nic więcej. Resztę stracił na własne życzenie.

Pozostaje mi odpuścić sobie potrzebę posiadania rodziców, nie oczekiwać od nich absolutnie niczego i zbudować kontakt neutralny na szacunku jaki należy im się jako ludziom. Nie otwierając się na milimetr i nie oczekiwać niczego. Są jacy są i trzeba sobie odpuścić. Duże dziewczynki muszą dorosnąć i żyć bez rodziców. I bez złości do nich.


A w ogóle Święta to dla menie czas bardzo schizofreniczny. Jestem rozbita na dwie części. Uwielbiam nasze święta domowe, pierniki, choinkę, nasze wieczory. I alergicznie nienawidzę rodzinnej wigilii na której zależności kto kogo nie lubi są bardziej skomplikowane niż w modzie na sukces. Trochę jak wigilia firmowa, trzeba to przejść, zjeść co dobre i wrócić do domu. Pamiętam lata kiedy walczyłam o miłe wigilie z rodzicami i teściami. I dobijała mnie atmosfera sztuczności i obcości. Więc sobie darowałam. Trochę cyniczna się robię na stare lata.

Tak czy inaczej życzę Wam Wesołych Świąt!

PS. Mam ochotę na bardzo dziwnego imprezowego Sylwestra. Zobaczymy co się uda zrobić (-;

PS 2 Jeżeli w rmf classic nie przestana zaraz puszczać tych świątecznych słodkich smętów zaraz mnie coś trafi! WRRRR

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Pierniczymy







czwartek, 6 grudnia 2012

Mikołajowo





Mojemu Synkowi z okazji Imienin, których normalnie nie obchodzę, ale on to co innego, bo Mikołaj to Mikołaj i to imię jest ważne samo w sobie. Życzę mu żeby był Odważny. Żeby nie bał się myśleć, odkrywać, wędrować i tworzyć.


A tymczasem od wczorej dwa razy w tygodniu po 4 godziny spędza w żłobie. ( W żłobku znaczy się). I bardzo mu się tam podoba. Skradł serca pań i teraz próbuje zaprowadzić swoje porządki. I tylko metce serce krwawiło jak go zostawiło.


A tą piosenkę już kiedyś puszcałam, ale ona mówi czemu Mikołaj to Mikołaj i nie mogło być inaczej.





I jeszcze obrazek Mikołajowy. Ha!

poniedziałek, 19 listopada 2012

Robimy pakę



Zniża się grudzień i jak w zeszłym roku będziemy organizować paczkę. W zeszłym roku udało się uzbierać coś ponad 800 jak mnie pamięć nie myli. Dajcie znać czy
- chcecie się złożyć
- jeżeli tak to ile ( muszę orientacyjnie wiedzieć jaki mam budżet przy wyborze rodziny)
- czy chcecie dać też jakieś rzeczy materialne
- czy chcecie razem ze mną uczestniczyć w wyborze rodziny ( w zeszłym roku pomogły mi Zuza i Madzia) oraz razem dostarczyć paczkę ( ostatnio pomogą Natalia ta dorosła (-; )

Jakby coś piszcie na ania.glomb@gmail.comWszystkich współpaczkowiczów informuję na bieżąco ile mamy i co kupiliśmy i kiedy dostarczamy.

piątek, 16 listopada 2012

Trzy razy filmowo




Miałam okazję chodzić w ostatnim czasie częściej do kina. Trzy filmy, zupełnie od siebie różne, różne tematy, różne style i formy. Żadnym nie byłam tak zachwycona jak Wiedźmą Wojny, ale każdy z jakiegoś względu był wart zobaczenia.

Bestie z południowych krain - 7/10
Mój błąd, że idąc na film zrobiłam sobie kosmicznie wysokie oczekiwania. Spodziewałam się, że film mnie porwie, powali na kolana...i trochę się rozczarowałam. W sumie wyszłam z kina dość zirytowana, ale im więcej o filmie myślę tym bardziej go doceniam. Bestie pokazują historię z punktu widzenia kilkuletniej dziewczynki, która mieszka z ojcem w szałasie, na terenie zalewanych przez wodę slumsów. Realny świat miesza się z wyobraźnią, powódź z opowieściami. I jeżeli jedno filmowi mam oddać, to, że jest to pierwsza rzecz, która jest rzeczywiście i dobrze pokazana z punktu widzenia dziecka. To rzeczywiście jest świat widziany oczami kilkuletniej dziewczynki. Przypomniałam sobie siebie w wielu bohaterki i dokładnie tak mogłam przeżywać świat.

Film jest też o relacjach ojciec - córka. I może właśnie dlatego tak mnie zirytował? Ojciec przez cały film strasznie mnie wkurzał, ale po prawie miesiącu od projekcji dochodzę do wniosku, że jednak go lubię. Bo we współczesnym świecie mamy za dużo tatusiów, miłych układnych panów, którzy zarabiają na rodzinę, w środku chowają wszystkie problemy emocjonalne i są psychicznie złamani. Trochę jak w American Beauty. Tu mamy coś zupełnie odwrotnego. Ten ojciec jest barbarzyńcą. Umiera, jego dom zalała woda, a ona do końca pozostaje dziki, emocjonalny, odważny, nawet głupio - kiedy odgania burzę strzelając w niebo, ale cały czas jest autentyczny i w jakiś sposób niezłomny.

Skyfall 7/10
Zupełnie inna kategoria filmu. Przyznam, ze nie byłam fanką Bondów. Zwłaszcza, w tym okropnym wydaniu z Brosmanem, z opalenizną z solarium i sztuczny uśmieszkiem. I dopiero od kiedy zobaczyłam Craiga to serce mi mocniej zabiło. Trzecia cześć cyklu z Cragiem jest najspokojniejsza, akcja dzieje się nieco wolniej i w jakiś sposób wymyka się schematom. Film jest ciągle tym czym Bond powinien być - sensacyjnym komiksem, ikoną popkultury, ale do tego idzie krok głębiej. Nie natrętnie zadaje pytania - „dlaczego”. Do tego rewelacyjna, muzyka, montaż, pejzaże. Bawiłam się świetnie i o to na Bondach chodzi.

Ps. Mały spojler. Kobietą Bonda w Skyfally jest M. Dwie panie są tylko dublerkami w scenach łóżkowych. I nikt mi nie wmówi, że jest inaczej.

Pokłosie 6/10
Nie oczekiwałam wiele, bo z filmów polskich tak naprawdę podobał mi się jeden - Wenecja Kolskiego, a całej reszcie nie dałabym 5 punktów. Ale ze względu na tematykę wzięłam pod pachę przyjaciółkę o zgoła innych poglądach społeczno - politycznych i poszłam do kina.

Film bardzo bardzo nierówny. Chwilami rewelacja, wbija w fotel, chwilami telenowela Polsatu. Zacznę od minusów. Gra aktorska Ireneusza Czopa marna. Nie wiem kto pisał te dialogi, ale oscylują między napuszonymi tekstami o tematyce etyczno - moralnej, a tekstami żuli spod budki z piwem. Jak to napisała pewna znajoma Marta
- blablablableble
- ależ bracie, moralność nie ma ceny
Dalej uderzyło mnie bardzo powierzchowne i stereotypowe pokazanie polskiej wsi. Tak to Reymont Chłopów pokazywał, ale to było dobre kilkaset lat temu. I coś się zmieniło. Ani to obraz realistyczny, ani sprawiedliwy i uczciwy. Zwłaszcza wobec tych, którzy w czasie wojny Żydów ukrywali. A że jest tak przerysowany i sztuczny, to zamiast refleksji wywołuje śmiech.

Koszmarne jest też zakończenie. Zupełnie nie wiarygodne. Albo mieszkańcy wszyscy wiedzieli co się kiedyś stało - ale wtedy nie będą posądzając bohatera o bycie Żydem. Albo nie wiedzą co się stało - ale wtedy ich agresja byłaby mniejsza, co najwyżej wybita szyba. Nie ma to dla mnie rąk, nóg ani żadnego prawdopodobieństwa.

Co mi się natomiast podobało. Maciej Stuhr gra fenomenalnie. Tak samo jak całe starsze pokolenie aktorów. Scena kiedy dowiaduje się o przeszłości rodziców wbija w fotel.
Dobra muzyka i montaż.
No i co najwalniejsze, uważam, ze taki film jest potrzebny. W ramach jakiegoś masochistycznego hobby trochę się zaczytywałam o mechanochemiach pogromów. Nie ma znaczenia, czy to był Wołyń, Rwanda, Jedwabne, czy rzezie Ormian. Przeczytałam chyba wszystko co się dało. I mechanizm jest zawsze ten sam. To jest ta sama historia, niezależnie od tego czy to była maczeta czy siekiera, stodoła czy rów. A potem milczenie i tajemnica.

I takie historie w Polsce się zdarzały. Nie powołuje się na emocjonalne książki Grossa, ale na świadectwa historyczne. I mównic o tym trzeba, nie żeby się kajać i przepraszać, ale dlatego, że to ma wartość oczyszczającą. Jestem patriotką, jestem dumna z bycia Polką, i jeżeli bym miała gdzieś maszerować to z flagą biało-czerwoną, ale nie sądzę że ten film jest antypolski. Film piętnuje coś co nie ma nic wspólnego z narodem, a z ogólnoludzką podłością, zawiścią i skurwysyństwem. Nie będę budowała mojego poczucia narodowego na dzieciach wrzucanych widłami do ognia.

To jest takie myślenie, obecne też w niektórych rodzinach, że choćby się nie wiem jak źle działo to o swoich tylko dobrze. A nawet jak coś było źle, to nie mówmy o tym, bo gdzie indziej jest gorzej, a zły to ptak co własne gniazdo kala ( niedobrze mi się robi jak słyszę to przysłowiowe). Wolę być uczciwa do mojego kraju i rodziny. Być dumna z tego co jest powodem do dumy i nazywać po imieniu to co jest powodem do wstydu.

Dlatego uważam, że ten film jest ważny. I szkoda, że został zrobiony tak płytko, stereotypowo i tak drętwymi dialogami. nawet genialny Stuhr nie do końca to wyratował.

Druga moje refleksja że Pokłosie to nie jest w sumie ani film o pogromach ani o antysemityzmie. To film o pamięci zmarłych. O tej pamięci, która należy się pomordowanym i tej którą mamy o naszych bliskich. O ich winie i chwale. O relacjach żywy i zmarli. O pamięci. I pod tym względem film się broni.

I jednego mi brakuje i mnie smuci. To dobrze, że Polacy rozliczają się ze swoich upiorów w szafie. Tylko szkoda, że kiedy ktoś chce mówić o naszych zabitych to podnosi się krzyk, że to nacjonalizm, dawne dzieje, że kto o tym pamięta, że to psucie układów z Ukrainą. Czekam na Pokłosie w wersji Ukraińskiej. O Wołyniu.

wtorek, 13 listopada 2012

Wombat do kupienia

Tadammm! Majne Damen und Heren ( czy jak to szło) Ludzie i inne Zwierzaki. Wombat się sprzedaje. Jeszcze nie wiem czy dobrze, ale jestem już w empiku wysyłkowym, na Merlinie i na allegro.

Co nie znaczy, że należy jedynie przez net kupować. Polecam zadzwonienie do księgarni w której się kupuje, powiedzenie, żeby sprowadzili i potem kupienie. A nuż sprowadzą dwa egzemplarze i jeszcze ktoś się skusi.

A jak kto przeczyta to czekam na kominku 10024814 na opinie. I oczywiście chętnie odpowiem na pytania Co Autor Miał Na Myśli I Czemu Tak Idiotycznie To Napisał, Że Się Czytelnik Nie Pokapował. 

I przy tej okazji dziękuję;
- Agnieszce za cudowną okładkę. Jest magiczna. A jak się czytelnikom nie spodoba treść to zawsze będą coś z tego mieli. 

- Ani Końtoch, Aniołakowi i Serathe za betę koszmarków, zbrukanych sarenek i tym podobnych tworów. Za wsparcie i mądre komentarze.

- Panu Kocurowi Mężowi za rozmowy i komentarze i cierpliwość

- Zuzie za rozmowy w kuchni bo wtedy wykiełkowało ziarenko. I za jej opowieść. 

- Ludziom z ŚKFu za bardziej i mniej mądre komentarze i rady

- Ewie za Dance Macabre