wtorek, 18 grudnia 2012

I znowu Święta


-->
Ostatnio fotorelacja piernikowa, ale dużo inne go się dzieje, tylko wszystko tak szybko, szybko, e nawet nie mam czasu usiąść i spisać.

Czytamy z Natalią Czarnoksiężnika z Archipelagu. W sumie to jakaś przełomowa chwila dla mnie, bo to zawsze była jedna z moich najważniejszych książek. To czytanie to rodzaj inicjacji, przejścia w wiek opowieści. I przy tej okazji znalazłyśmy dwa filmy na motywach tej książki. Jedna wersja rysunkowa japońska. Bardzo dziwna z totalnie poplątana fabułą trzeciej - czwartej części - w sumie nawet fabularnie nijak nie ma się do książki, ale w jakiś dziwny sposób oddaje jej ducha. ( W sumie wersji japońskiej daję 7/10)

Druga to wersja filmowa amerykańska. Niby fabuła się dość wiernie zgadza, a jednak film drobnymi niuansami zabija ducha filmu. Diabeł tkwi w szczegółach. Wymienię kilka kwiatów tej opowieści. Ged jest od razu nastolatkiem starszym i nie ma motywu dorastania. Roke to koedukacyjna (!) szkoła ze stołówką jak z amerykańskiego filmu. Nemerle ginie jak ostatni idiota kiedy jakiś zły książę rzuca w niego toporem ( a nie odchodząc na drugą stronę po walce z cieniem). Ged po ataku cienia dochodzi do siebie w tydzień i zasadniczo nie ma poważniejszych zmian. Sam cień wygląda jak skrzyżowanie zombiaka z dementorem. Mogę jeszcze długo wymieniać - ostatecznie daję 2/10. Sama nie wiem za co. Ale film jest doprawdy pouczający - jak kilkoma drobnymi szczegółami zniszczyć wydźwięk filmu. Prawie jak nieszczęsny Upiór filmowy zabił wersję musicalową.

A poza tym po kilkumiesięcznej przerwie ciąg dalszy telenoweli ja i moja rodzina. W ostatnim odcinku ( emitowanym w wakacje) po kolejnej awanturze z matką, było jej na tyle przykro, że poprosiła ojca żeby „coś z tym zrobił” a on zerwał ze mną kontakt. Było mi trochę przykro, ale na dłuższa metę czas bez awantur i emocjonalnych przepychanek był ulgą. I nagle telefon z domu. Czy możemy się pogodzić. Otóż ( tatam...) ojciec nie rozmawia ze mną „ bo jestem zła córką” ale ma żal i pretensje do matki bo to jej wina i ona jest złą matką. I tylko on wielki dobry tata, który zachował się jak obrażony chłopczyk, który kopnie wszystkich na podwórku i zbierze obrażony swoje zabawki bo ludzie są niedobrzy. I jeszcze na złość wszystkim zrobi sobie kuku.

Spotkałam się z mamą. Rozwiało się fajnie i spokojnie. Chociaż główna myśl rozmowy to „ a weź wróć do domu, niech już będzie dobrze, bo tata się ...( tu parafrazując) wykazuje ogrom dokuczliwych dla otoczenia zachowań autodestrukcyjnych. Mały szantażyk i córka ma udawać jak jest dobrze.

Rozmowa była fajna i niefajna. Fajna bo od dłuższego czasu po raz pierwszy rozwiałyśmy bez agresji. Niefajnie, bo doszło do mnie że absolutnie nie ma szans na jakiekolwiek zrozumienie, kontakt emocjonalny, bliskość. Że z rodzicami jestem na tyle różna, jak różne mogą być tylko dwa gatunki. Całą swoją tożsamość budowałam na tym, żeby być inna niż oni i teraz już się tego nie odwróci. Że w nich jest tyle strachu, żalu, smutku, pesymizmu i nieufności. Ale nie ma szansy tego zmienić, bo o takich rzeczach nie mówi się głośno. A już w ogóle nie przed obcymi ( moja propozycja wspólnej terapii spotkała się z oporem jakbym chciała rozpalić ognisko na stacji benzynowej). I nigdy nie będzie ani zrumienienia. A tak naprawdę ja przez cały czas tego oczekiwałam, że będę rozumiana i akceptowa.

A najzabawniejsze, że cała awantura w wakacje poszła o drobną ale znaczącą rzecz. W czasie wakacyjnego wyjazdu z rodzicami Natalka zażądała Barbie. Oczywiście ją dostała, ale z komentarzem „ bo Natalka to się tylko do Barbie nadaje”. Mnie to wkurzyło i wyszło jak wyszło. Teraz chciałam to wyjaśnić. I okazało się, że moja mama barbie nie cierpi a ja jako matka powinnam dziecko k s z t a ł t o w a ć i też na takie zabawki nie pozwalać. Drobiazg. Ale wkurzył mnie bo lata naszych konfliktów, a być może też obecny stan opierały się na tym, żeby próbować mnie kształtować żebym wyszła na ludzi. Żebym się uczyła, nie chodziła po knajpach, nie wpadła w złe towarzystwo. Potrzebna była kontrola i nadzór. Na ludzi na szczęście nie wyszłam, ale nauczyłam się skutecznie kłamać i kombinować.

Oczywiście mogłabym Natalkę k s z t a ł t o w a ć - posyłać na angielski, skrzypce ( co i tak robi) zabraniać Barbie i monster high. Tylko że to zapoczątkowałoby proces który mógłby mieć dwa rozwiązania - lepsze ( to które miało miejsce w moim przypadku) - po pewnym czasie dziecko by się zamknęło na mnie, znalazło własny świat i kreatywne sposoby obejścia matczynych zakazów. I gorszy scenariusz - udałoby mi się ukształtować córkę na doskonałą osiągającą sukces kukiełkę, która swoją wartość widzi w spełnianiu życzeń mamusi, bądź kogo tam jeszcze.

Wychowanie polega na akceptowaniu świata i charakteru młodej. Mogę jej pokazywać mój świat, Beskid Niski, operę, skrzypce, rpg, książki. A przy tym interesuję się tym co ją bawi i ciekawi. I na tym buduję nasz kontakt. I akceptuję, że w życiu pójdzie gdzie chce.

Myślałam co zrobić. Początkowo chciałam też pogadać z ojcem i mu wygarnąć. Ale to chyba nie ma sensu. Zrobiłabym to, gdybym wierzyła, że może być dobrze. Nie wierzę w porozumienie. Ojciec mnie zostawił emocjonalnie i póki sam tego nie przyzna, nie usłyszę przepraszam, to mogę na najniższym poziomie udawać, że jest ok. Nic więcej. Resztę stracił na własne życzenie.

Pozostaje mi odpuścić sobie potrzebę posiadania rodziców, nie oczekiwać od nich absolutnie niczego i zbudować kontakt neutralny na szacunku jaki należy im się jako ludziom. Nie otwierając się na milimetr i nie oczekiwać niczego. Są jacy są i trzeba sobie odpuścić. Duże dziewczynki muszą dorosnąć i żyć bez rodziców. I bez złości do nich.


A w ogóle Święta to dla menie czas bardzo schizofreniczny. Jestem rozbita na dwie części. Uwielbiam nasze święta domowe, pierniki, choinkę, nasze wieczory. I alergicznie nienawidzę rodzinnej wigilii na której zależności kto kogo nie lubi są bardziej skomplikowane niż w modzie na sukces. Trochę jak wigilia firmowa, trzeba to przejść, zjeść co dobre i wrócić do domu. Pamiętam lata kiedy walczyłam o miłe wigilie z rodzicami i teściami. I dobijała mnie atmosfera sztuczności i obcości. Więc sobie darowałam. Trochę cyniczna się robię na stare lata.

Tak czy inaczej życzę Wam Wesołych Świąt!

PS. Mam ochotę na bardzo dziwnego imprezowego Sylwestra. Zobaczymy co się uda zrobić (-;

PS 2 Jeżeli w rmf classic nie przestana zaraz puszczać tych świątecznych słodkich smętów zaraz mnie coś trafi! WRRRR

0 komentarze:

Prześlij komentarz